poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Jeszcze dziś

Trudno mi się pozbierać.
Wzruszenie dławi w gardle, łzy zacierają obraz świata.
Wczoraj - jak nigdy - spędziłam przed TV bite pięć godzin.
Nie żałuję ani minuty.



Tak wielu rzeczy uczę się na nowo.
Warto było tego dożyć.
Doczekać.

Dziś świętuję 32 - lecie mojego macierzyństwa.
32 lata temu o 10.10 urodziłam dziecko.
Chłopczyka.
Na nim jednym się nie skończyło:)
Jestem szczęśliwą matką, pamiętam, już o tym pisałam.
Moje dzieci nie spełniają moich oczekiwań - spełniają swoje.
Kibicuję im, jestem z nimi ciesząc się z każdego całym sercem.
I jakoś tak... tak jakoś myślę, że w chwili trudnej, w czas zły zachowaliby się "jak trzeba".
Może się mylę?
Nie wydaje mi się.

P.S. Ostatnie dni w pracy okrutne, bolesne.
Czujemy się jak ścigane, zaszczute zwierzęta...
Rycząc dziś mężowi w klapę przyznałam jednak, że dam radę.
(nikomu innemu w klapę nie ryczę).
MUSZĘ dać radę.
Muszę pomóc cierpiącym bardziej niż ja.
I muszę, muszę - w skali o wiele mniejszej niż Inka - zachować się "jak trzeba".
Nie wykluczam jednak, że  po "zachowaniu się jak trzeba" najzwyczajniej w świecie z całych sił trzasnę drzwiami i wyjdę.
Ot, tak -  po prostu.
W nowe życie.

Do nowego życia zostały dwa dni.
Tylko i aż.
Kluczowy będzie jutrzejszy.
Pojutrzejszy powinien być już tylko formalnością.
Jutro muszę jasno i otwarcie powiedzieć NIE.
Zrobię to.
Zachowam się.
Zachowam się "jak trzeba".

niedziela, 28 sierpnia 2016

To środkowe

zdjęcie.
Te czy.
Z trudem przez łzy na nie patrzę.


Oglądam pogrzeb "Inki i "Zagończyka.
Brak słów...

piątek, 26 sierpnia 2016

Spłakałam się

do imentu.
Ze szczęścia...
Ja siedzę w domu (praca i chory/zdrowiejący kot).
Moi buszują w Beskidach.

Układają się sprawy po ludzku nie-do-poukładania.
Moi buszują rodzinnie.
Dzieci nasze robią rzeczy przecudne, rzeczy, o których mogliby marzyć niejedni rodzice.
Dzieci mamy wspaniałe, a ich połówki są równie cudne...
Ojcu dzieci opada kopara.
Nie wiem, czy ją podniesie.

Nic już nie napiszę, bo znów ryczę.
Właśnie dostałam pięknego mms-a
Wierzcie kochani, wierzcie.
Że nawet kiedy Wasze cierpienie sięgnie zenitu koniec tego cierpienia może Was zadziwić.

Ja nie wierzyłam.
Nie spodziewałam się.
Ale "Pan nieba, Pan świata, Pan wszystkiego, co będzie" może zaskoczyć niejednego z nas.
Jestem Mu niewyobrażalnie wdzięczna.
Za wszystko, czego mnie nauczył...


czwartek, 25 sierpnia 2016

Pożarłam

zamówione do domku sushi.
Mniam, mniam, mniaaaaaam!
(mamy najlepszą/jedną z najlepszych w Polszcze susharnię - serioserio!)

Obżarta do imentu popijam czerwone wytrawne.
Raz jeszcze mniam!
Następne sushi + czerwone wytrawne nieprędko będą moim udziałem, wszak to... hmmmm.... trochę kosztuje:)

Zatem mię - rozpuszczonej, rozleniwionej nie chce się już dzisiaj NIC.
Myślenie moje jest w stanie spoczynku,  ciało domaga się tegoż samego (ukontentowane wszak spożytym sushi oraz zełkniętym czerwonym wytrawnym) - zatem przepis na suszone pomidorki w oliwie najwcześniej udostępnię jutro.
Uprzejmie upraszam przebaczenia oraz zrozumienia.

Czwartek przeżyty!
Piątek, poniedziałek, wtorek i środa - przede mną.
Dam radę, dam radę, daaaaaaaaaaaaaaam raaaaaaaaaaaaaaadęęęęęęęęęęęę!!!

I tym optymistycznym akcentem się żegnam.
Oby do jutra - do publikacji przepisu na suszone pomidorki w oliwie.
Tytułem wstępu - 5 kg (plus) dojrzałych pomidorków lima, 1 litr oliwy z oliwek, sól, cukier puder (opcjonalnie), 12 sztuk 200 ml słoiczków.
Jutro napiszę, jak to się robi.
Zdziwicie się - bo proste to jak... konstrukcja cepa! :D

Kalendarium

Do przetrwania:

1. czwartek -        25.08.2016
2. piątek -            26.08.2016
3. sobota -           27.08.2016 (dzień wolny od pracy)
4. niedziela -        28.08.2016 (dzień wolny od pracy)
5. poniedziałek -   29.08.2016
6. wtorek -            30.08.2016
7. środa -             31.08.2016 (luuuz, podpisanie protokołu przekazania).
************************************************************************************
wrzesień 2016.
NOWE
PRACOWE
ŻYCIE.
DLA KILKUDZIESIĘCIU OSÓB.

Pięć dni wytrzymam.
Choćbym się miała skichać, znieść sto najostrzejszych, zaprawionych curarą szpil (nie podejrzewam, nic na to nie wskazuje), zaharować czy nawet... zapłakać na amen (nie planuję!)
Mam wsparcie i oparcie.
Nie jestem sama.
Dam radę.
Damy radę.
Zatem idę posmarować stopy kremem z masłem shea, ubieram bawełniane skarpetki i wbijam się w nowe szpilki.
Ataboh w komentarzu napisała, że trza trenować.
Wiem, wiem - idę trening wcielać w życie:)

P.S. Patrzę, jak ongiś niezwyciężonemu człowieku z dnia na dzień, z godziny na godzinę tępią się pazury i wypadają zęby jadowe.
Jak nie może już PRAWIE NIC.
To dobry widok, choć niekoniecznie przyjemny.
Do samopoczucia tegoż człowieka nie dokładam ani odrobiny.
Nie mam też nijakiej satysfakcji.
To po prostu jest sprawiedliwość...

środa, 24 sierpnia 2016

Ludzieeee!!!

Róbcie suszone pomidory w oliwie.
Mówię Wam - obłęd w ciapki!
Roboty niewiele, smak przecudny, koszty do przełknięcia.

Pomidory - lima.
Oliwa - najlepiej grecka.
Trochę soli, czosnku, cukru - pudru i ziół.
Jeśli kto łasy na przepis - zapodam, za darmoszkę :D

Samo zdrowie.
Właśnie pożarłam słoiczek 200 ml - kromka razowego chleba własnej produkcji plus pomidorki własnej produkcji plus oliwa z pomidorków (tych z własnej produkcji).
Miód i orzeszki! (znaczy: pomidorki plus chlebek :)
Najserdeczniej polecam.

Dzisiejszy

(edycja: a właściwie wczorajszy, bo post się opublikował po północy)
był dobry.
Dzień znaczy.
Zostało jeszcze sześć, z czego trzy powinny być spokojne.

To się dzieje, to naprawdę się dzieje.
Ciągle niedowierzam.
Czas samą siebie przekonać.
Albo zwyczajnie dotrwać do godziny "zero".

Stanowczo pora oswoić szpilki, coby mi stóp w swoim czasie nie zeżarły i cobym się nie wyrżnęła po kilku krokach:)

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Są.

Czarne.
Skórzane.
Lakierowane.
Są SZPILKI!

I jest torebka.
Do rzeczonych powyżej analogiczna.
Zaszalałam okrutnie, ale cieszę się niczym prosię w deszcz.
Niczym dziecko niespodzianką.

Dalej suszę pomidory.
Wychodzą coraz pyszniejsze.
I nauczyłam się robić kremy.
Do ciała.
Kilka różnych olejów, kilka kropel aromatycznego olejku, mikser - i mam.
Wspaniałe, odżywcze, niealergizujące.
Pierwszy "wypust" rozdałam:)

Czekam na dostawę masła shea i innych cudeniek.
Za niewielkie pieniądze zaopiekuję się doczesną powłoką własną, rodziców i znajomych.
Moja skóra to kocha:)

Zatem szpilki i torebka czekają na TEN DZIEŃ, rozglądam się jeszcze za sukienką, jak nie znajdę ubiorę się w coś sprawdzonego.
Odliczam dni.
Osiem minus jeden = siedem.
Jeszcze siedem.
Dzisiejszy już minął.
Na szczęście bezboleśnie.

P.S. Chyba nie ma takiego balsamu, który uleczyłby wszystkie rany, których zaznaliśmy przez ostatnie lata.
Nie ma.

piątek, 19 sierpnia 2016

środa, 17 sierpnia 2016

Nareszcie.

Nareszcie będziemy mogli bez lęku każdego dnia iść do pracy.
Być w niej bez nieustannego oglądania się wokół siebie.
Bez strachu przyznawać się do pomyłek.
Nie obawiać się zatrutych strzał i długich, ostrych szpil.
Rany będą goić się jeszcze długo.
Cierpienia zapomnieć się nie da, co więcej - trzeba je dobrze zapamiętać.

Przetrwałam wyłącznie dzięki zbudowaniu zaufania w niewielkiej grupie.
Zaufałyśmy sobie, choć nie było łatwo.
Budowanie trwało wiele lat.
Dziś jesteśmy przeorane wspólną dolą, znamy swoje słabe i mocne strony i mamy świadomość siły, jaką dała nam ta wspólnota.
Naszą siłą było realne pomaganie i wyciąganie się nawzajem z pracowej niedoli, kiedy spadały na nas gromy, a siła rażenia była odwrotnie proporcjonalna do tego, co zostało określone jako nasza wina.
Bądź też winy nijakiej nie było...

Siejemy dobro.
Ktoś z nas kupuje pizzę i nie chce za nią pieniędzy, choć zjadamy ja na spółkę.
Ty przynosisz mi zdobytą w "peweksie" kurtkę, jest cudna, zawsze taką chciałam mieć - i dajesz mi ją w prezencie. Ot tak, po prostu.
Ja Tobie robię paznokcie, bo umiem, bo Cię to cieszy,bo czujesz się przez to piękniejsza.
A Ty - Ty przywozisz mi z dalekiej podróży oliwę w przecudnej karafce, wiesz, że oliwę uwielbiam.
Ja Ci jutro podaruję dwa słoiczki śliwkowego dżemu z mojej spiżarni, wiem, że uwielbiasz dżemy.

To nie jest "coś-za-coś".
Nikt z nas nie ma oczekiwań, wymagań.
To dzieje się samo.
Z serca.
Po prostu z serca, z impulsu, z chwili lub z potrzeby.
Jestem nieprawdopodobnie wdzięczna za tych ludzi i często im to powtarzam.
Bez nich nie dałabym rady, choć oni nie do końca mi wierzą, bo wyglądam na silną.

Zostało jeszcze 14 dni.
To będą dni długie, bolesne i trudne.
Muszę je przetrwać; tak się składa, że będę na pierwszej linii frontu.
Ale wiem, że po tej wieloletniej bolesnej nocy wreszcie nastanie dzień.
I będzie pięknie, normalnie, pracowicie, zwyczajnie.

Rano wstanę i pójdę do pracy.
Uśmiechnę się do moich nowych szefów - dobrych, mądrych ludzi, których od dawna dobrze znam.
I nie będę już drżała na dźwięk telefonu, nie będę się bała tego, co się za nim kryje.

Ci, którzy wyglądają na silnych i dobrze sobie radzących nie zawsze takimi są.
Moja siła pochodzi spoza mnie.
W ostatnim okresie doszłam do ściany...

W dniu, w którym wszystko się zmieni ubiorę się najpiękniej, jak mogę.
Kupię sobie szpilki, najpiękniejsze jakie znajdę (zaznaczam, że nie noszę szpilek).
Będzie fryzura, makijaż, manicure - wszystko szczególnie staranne.
Perfumy też będą wyjątkowe.
Bo będę świętować.
Będę świętować mocno i radośnie ten cud, który po ludzku nie miał prawa się zdarzyć - a zdarzy się na pewno.

Niech się zatem zdarzy cud jeszcze jeden.
Niech w całym, dużym poranionym zespole odbudują się choć w niewielkim stopniu takie relacje, jakie udało się stworzyć w naszej małej grupce.
Tego życzę wszystkim moim współtowarzyszom
Współtowarzyszom nowej, lepszej doli.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Zaglądam

na bloga.
Z kuchni dochodzi pikanie minutnika.
Suszę pomidory, to już końcówka, muszę lecieć.
Odstawiam laptopa na ławę.

Wracam.
Laptop wyłączony!
Zza kanapy patrzy na mnie para okrągłych zdziwionych ślepiów.
- Ale o co chodzi??? - mówią.

Odpalam kompa.
Parę ustawień zmienionych, komp uruchamia się wolno.
Na szczęście nie ma nowej notki na blogu ani na fb:)

Teraz poluje.
Żaden owad się nie ostoi, żaden!
Nie spocznie, dopóki nie utłucze.
W międzyczasie leczymy gronkowca.
Oporna ta cholera, oporna jak jasny gwint.
To już kilka miesięcy leczenia.
Na szczęście poprawa jest, ale idzie to jak krew z nosa.

Znów pika minutnik, czas zalać pomidory gorącą oliwą.
Zdziwione okrągłe ślepia wywalam na drapak.
Jeszcze nie skończyłam notki:)

*************************************************************

Wróciłam.
Pomidory na dziś skończone.
Z 5 kg świeżych owoców mam 4 półlitrowe słoiczki dobrze upakowanego, zalanego przednią oliwą suszu.
Uwielbiam!
Trza będzie suszyć do imentu, ino oliwa trochę kosztuje.

Zaczyna cichutko padać deszcz.
Kocie michy pełne, kuweta ogarnięta, leki zapodane.
Ja idę spać.
Larwa kontynuuje domowe łowy.
Dobrej nocy:)

niedziela, 14 sierpnia 2016

I jeszcze raz

Teksty tej Pani warto czytać.
(ku komentarz o wysadzeniu bloku w Gdańsku).
Kataryna właśnie zmieniła adres, więc zapodaję.