czwartek, 8 grudnia 2016

"Ekshumacja ciała złożonego w grobie Piotra Nurowskiego wykazała, że pochowano tam szczątki innej ofiary katastrofy smoleńskiej, a nie prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

CYTATY:

Roman Imielski, dziennikarz "Gazety Wyborczej" 23.11.2016
"Ekshumacje są po to, żeby przedłużać i podsycać kolejne niepewności"

Ryszard Petru (12.11.2016)
"Ekshumacje ofiar katastrofy smoleńskiej to działanie wyłącznie polityczne. To jest cynicznie wykorzystywanie tragedii. To jest kopanie rowu wobec rodzin, które sobie tego nie życzą. To dla nich olbrzymia trauma. Politycy PiS idą w to, nikogo nie słuchają. Chcą tylko rozdrapać rany, wywołać podział na tych, których wierzą w zamach, i tych, którzy nie wierzą. Dziwię się, że dokonuje się ekshumacji, bo to pewne sacrum, które jest teraz besztane przez PiS.

Lech Wałęsa (17.11.2016)
Są takie choroby, że ktoś lubi w tych umarlakach grzebać. Trzeba to zrozumieć, ale ja nie mam na to ochoty – powiedział Lech Wałęsa. Jak stwierdził, "ludzie, którzy biorą się za rządzenie i reprezentowanie nas, muszą się poddać badaniom psychologicznym".

Grzegorz Schetyna (11.11.2016)
"To jest coś niegodnego i nieprzyzwoitego, i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jestem przekonany, że Ci którzy podejmują tę decyzję odpowiedzą za to nie tylko moralnie, ale także prawnie".

Agnieszka Holland (21.11.2016)
„Boje się, że oni rzeczywiście zainfekują te nieszczęsne zwłoki w czasie ekshumacji”.

Dominika Wielowieyska (7.11.2016)
"Jeżeli rodziny uważają, że nie ma potrzeby sprawdzania tego, to zostawcie to po prostu".

ks. Adam Boniecki (15.11.2016)
"Są takie sprawy, w których milczenie jest czymś, co historia kiedyś publicznie będzie wyrzucała Kościołowi. Że nie zabrał głosu w sprawach, które dotyczą moralności w życiu publicznym".

Ewa Kopacz (9.11.2016)
Dzisiaj te ekshumacje będą służyć przede wszystkim grze politycznej, którą będzie się przeciągać po to, żeby udowodnić tezę, którą postawił sześć lat temu jeden człowiek ze swoim zespołem, a dokładnie Macierewicz"

Bronisław Komorowski (14.11.2016)
Nie mogę zrozumieć motywacji. Jeśli ktoś za chwile wysunie następne oskarżenie, że kosmici są źródłem katastrofy smoleńskiej, to jeszcze raz będziemy robili ekshumacje?!”

Michał Szułdrzyński, dziennikarz "Rzeczpospolitej", 14.11.2016
"Spór o ponowne badanie zwłok ofiar może wywołać emocje, nad którymi rządzącym trudno będzie zapanować".

Szymon Hołownia w "Tygodniku Powszechnym" (10.11.2016)
"Decyzja o ekshumacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej nawet bez zgody ich rodzin to barbarzyństwo".

Wojciech Czuchnowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej" (17.10.2016)
Ekshumacja, to jedna z bardziej drastycznych czynności procesowych, powinna być podejmowana tylko w wyjątkowo uzasadnionych przypadkach. Prokuratura PiS takiego uzasadnienia nie ma. (...) PiS, która przejęła śledztwo smoleńskie i za wszelką cenę, chce podważyć wcześniejsze ustalenia, nie ma takiego uzasadnienia."

środa, 7 grudnia 2016

W piątek

o godzinie 9.00 operacja Kofilinki.
Niepokój miesza mi się z radością, że po wielu miesiącach kocizna będzie zdrowa.

W uszku jest polip.
Gnije i wydala ropną wydzielinę.
Gronkowca niby zwalczyliśmy, ale ostateczna prawda wyjdzie na jaw w piątek.

Zwierzątko się mnie boi.
Mniej więcej od 8 miesięcy codziennie gmeram jej w uszku.
Na mój widok chowa się w najciemniejszy kąt.
Wyłazi nocami, przychodzi się przytulić i pochrapać wespół wzespół.

Będzie musiała trochę pocierpieć, niestety.
Teraz siedzi na swoim bocianim gnieździe i myje sobie futerko nieświadoma logiki zdarzeń.
Jutro około 19.00 dostanie ostatni przedoperacyjny posiłek.
A w piątek rano zawiozę ją do mojego zaufanego weta.
I będę czuwać u jego wrót.

Później będę miziać, podawać przeciwbólaki, karmić, czuwać.
Moja dobra dyrekcja dała mi dzień wolny.
Moja dobra, najlepsza na świecie dyrekcja.

Marzę o tym, że moje zwierzątko odzyska całkowite zdrowie.
Że przestanie się mnie bać.
Że z ufnością wskoczy mi na kolana i pozwoli się wygłaskać do imentu.
Że nie będę stanowić dla niej nijakiego zagrożenia...

Kocham tę kociznę.
Kocham cię, Kofi.
Niech ta operacja przywróci ci zdrowie.
Niech się tak stanie.

wtorek, 6 grudnia 2016

Całemu światu

pomóc się nie da.
Ale temu blisko  siebie zdecydowanie tak.
Jestem zwolennikiem pomocy stałej, celowanej do konkretnej osoby i tak też staram się czynić.

Jedną osobę której pomagam pominę - to już kilka lat, ona wie że o nią chodzi, może nawet czasem tutaj zagląda. Niech jej się szczęści, niech znajdzie pracę, życzę jej tego z całych sił.
Niech się wreszcie poczuje bezpiecznie.

Druga sprawa to szlachetna paczka, organizuje ją ktoś inny, my z mężem dołączamy się w takim zakresie, w jakim się zobowiązaliśmy.
Pani Pelagia będzie zabezpieczona na długi czas. I to jest radość.

Trzecia sprawa to nasza koleżanka pracowa, pisałam o niej, to ta, którą zaatakował nowotwór. Bierze kosztową chemię, zorganizowaliśmy się wśród współpracowników, chemia ma trwać rok, dokładamy się do comiesięcznej kosmicznej ceny leku, dokładamy się wspólnie zbierając całkiem spore kwoty. To też jest radość, choć szans na wyzdrowienie chyba brak, za to są szanse na przedłużenie życia i o to oczy się walka.

To ziemskie życie trudne jest i niekoniecznie sprawiedliwe.
Dlatego chcę się dzielić tym, co mam i po prostu to robię.
To jest częścią mojego życia i nie służy bynajmniej poprawianiu sobie samopoczucia.
Ja wychowałam się w biedzie.
Dokładnie wiem, co to znaczy bardzo skromnie żyć, ubogo jeść.
Moi rodzice od zawsze poważnie chorują, majątek szedł na leki ratujące życie, za resztę się jadło i kupowało najpotrzebniejsze rzeczy.

Kiedy dowiaduję się, że ktoś nie ma butów, ciepłej kołdry na zimę i przymiera głodem... nie umiem tego znieść. Muszę DZIAŁAĆ. I robię to.

Głodnych nakarmić.
Spragnionych napoić.
Nagich przyodziać.

Nie, nie dlatego, że Kościół mi KAZAŁ.
To wypływa ze środka.
Z serca.
To jeden z elementów "zachowania się, jak trzeba".
I zrobienia - jako sługa nieużyteczny - tylko tego, co zrobić należało.

Bardzo szybko zapominam o tym, że daję.
Kompletnie nie pamiętam, ile daję.
Zatem nie wie moja lewa ręka, co czyni prawa.
I tak jest dobrze.
I tak ma być.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

sobota, 3 grudnia 2016

Z niczego.

Dokładnie - z niczego nie zamierzam się tłumaczyć.
Ani też nikomu udowadniać, że  - mimo obaw - nie jestem wielbłądem.
Nie jestem.
Człowiekiem jestem.
To chyba jest jasne.

Moje postawy i poglądy są spójne od lat.
Jeśli w ostatnim czasie wyłania się z mojego pisania coś nowego nie oznacza to bynajmniej, że się zmieniłam.
Po prostu punkt ciężkości przeniósł się w najistotniejsze dla mnie obszary, a ja daję temu wyraz.
Jeśli o tym wcześniej ne pisałam to znaczy, że po prostu nie chciałam.
A teraz już chcę - i wręcz nie mogę inaczej.

Małypsychopato - niech Cię nie przerażam, śpij spokojnie.
Dalej jestem kobietą z jajami, może nawet większymi, niż onegdaj.
Bo widzisz, trzeba większej odwagi do przyznawania się do takich przekonań, o jakich piszę od pewnego czasu - niż do opisywania dobrych historii czy też pisania o dzierganiu.
Niech Cię zatem wątpliwości czy też niepokoje opuszczą.
Jestem przy zdrowych zmysłach, stabilna i świadoma tego, co jest dla mnie ważne.
Zapewniam Cię - dokładnie sprawdzam to, co udostępniam i o czym piszę.
Tobie także zalecam to samo.

Jutro odpoczywam - rodzinną bandą wybieramy się do ciepłych wód, coby się odprężyć, wypływać, wybąbelkować zmęczone mięśnie i kości.
Żeby się sobą wzajemnie nacieszyć.
Kocham pływanie i zamierzam się jutro w nim zapomnieć.

P.S. Wszystkim rozczarowanym faktem, że nie jestem kimś, kogo sobie wyimaginowali polecam nieco dystansu.
"Jeżeli ktoś mówi o tobie dobrze to nie czyni cię lepszym.
Jeśli ktoś mówi o tobie źle nie czyni cię to gorszym.
Po prostu jesteś tym, kim jesteś."

Autora tych słów nie pamiętam.
Jestem tym, kim jestem - od lat.
Nie chorągiewką na wietrze, nie kameleonem.
TYM, KIM JESTEM.
Nawet, gdyby to miało być powodem zawodu dla większości z Was.
Tyle - tylko tyle - i aż tyle.

piątek, 2 grudnia 2016

czwartek, 1 grudnia 2016

W magazynie

Anity Gargas.

Porażająca buta i bezczelność.
Oby został rozliczony.

Paskudne to wybrzeże.
W kontekście afery Amber Gold.
Pecunia non olet.

wtorek, 29 listopada 2016

czwartek, 24 listopada 2016

Ja się z tym zgadzam.

 Bo to po prostu jest prawda.

Można go nie lubić.
Można wyzwać, wyśmiać, nazwać naciągaczem.
A on po prostu robi swoje.
I robi to skutecznie, robi to dobrze.

"Postać ojca Rydzyka stała się więc papierkiem lakmusowym pozwalającym odróżnić prawdziwych zwolenników społeczeństwa obywatelskiego od farbowanych lisów".

Z tym zdaniem też się zgadzam.
Obrazek użytkownika zetjot
Blog
Przypominam na początku, że polska demokracja dopiero się zaczyna. W demokracji podłoże stanowią instytucje obywatelskie - powoływane przez ludzi oddolnie instytuacje społeczeństwa obywatelskiego. Nie należy ich mylić z odgórnie inicjowanymi w latach ubiegłych NGOsami, bo to były instytucje powoływane przez znajomych króliczka do wsparcia instytucji państwowych czy wykorzystania funduszy przez nie oferowanych i uległy one spatologizowaniu w tym systemie. Jak pokazały niedawno media, były to organizacje klientelistyczne, w których zdobyte środki w większości wydawane były na wynagrodzenia dla personelu.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/zetjot/ojciec-rydzyk-lider-autentycznego-spoleczenstwa-obywatelskiego

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.
Obrazek użytkownika zetjot
Blog
Przypominam na początku, że polska demokracja dopiero się zaczyna. W demokracji podłoże stanowią instytucje obywatelskie - powoływane przez ludzi oddolnie instytuacje społeczeństwa obywatelskiego. Nie należy ich mylić z odgórnie inicjowanymi w latach ubiegłych NGOsami, bo to były instytucje powoływane przez znajomych króliczka do wsparcia instytucji państwowych czy wykorzystania funduszy przez nie oferowanych i uległy one spatologizowaniu w tym systemie. Jak pokazały niedawno media, były to organizacje klientelistyczne, w których zdobyte środki w większości wydawane były na wynagrodzenia dla personelu.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/zetjot/ojciec-rydzyk-lider-autentycznego-spoleczenstwa-obywatelskiego

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Pani Pelagia

Malutkie, jednoizbowe mieszkanko.
Po opłatach i wydatkach na leki zostaje jej niecałe 200 zł na miesięczne najpotrzebniejsze zakupy.
Więc głoduje.
Ma jedne buty w rozmiarze 40/41.
Jedne jedyne.
Idzie zima - to pewne.

Potrzebuje żywności.
Najlepsza jest żywność trwała - mąki, kasze, ryż, trwałe konserwy, olej, ryby w puszce.
Już się na to zapisałam. Kupię.
Buty zimowe też jej kupię.
Jedyne jej skromne marzenie - sypana kawa Woseba.
Też kupię.

Ma 84 lata.
Nie ma pralki.
Myślimy, że przydałby się sprawny telewizor - takie okienko na świat.
Widzimy, że potrzebne by były garnki, patelnie, ciepły koc, ciepła kołdra, pościel...

Przerastają mnie takie dramaty.
Ta niemożność, ten brak, ta bezsilność do imentu...
Zrobię, co mogę, odbiorę sobie i oddam jej, nie można, nie można tak żyć.

Jeszcze potrzebna jest używana, ale sprawna pralka.
Środki czystości.
Ona nie ma marzeń, ma jedynie POTRZEBY...

Gdyby ktoś coś...
Będę wdzięczna w jej imieniu.
Takie ludzkie nieszczęścia łamią mi serce.
Takich nieszczęść jest całe mnóstwo...

piątek, 18 listopada 2016

Zgubiło się.

Dziecko.
Od 15.30 miało być pod moją opieką - i nie było.

Dziecko ma komórkę.
Dzwonię.
Nie odbiera.

Matka dziecka ma komórkę.
Dzwonię.
Nie odbiera.

Ojciec dziecka...
Wstrzymuję się.
Dogadywałam się z matką dziecka.

Czekam.
Mijają minuty.
Telefony milczą.
Szarzeje, wieje, leje.
Dziecka nie ma.

Dziecko ma komórkę.
Dzwonię.
Nie odbiera.

Matka dziecka ma komórkę.
Dzwonię.
Nie odbiera.

Do ojca dziecka piszę: "gdzie dziecko???"
Jest po 18.00.
Ojciec dziecka dzwoni.
Nie wie.

Za chwilę dzwoni matka dziecka.
"Oj maaaamuś, przecież ci pisaaaałam smsaaaa..."
Tak, że dziecko chwilkę będzie u matki w pracy.
CHWILKĘ, nie ponad dwie godziny.

Wyłączyłam telefon, nie chce mi się z nikim gadać.
Napięcie powoli spada.
Notkę sponsoruje M jak "Mezzek".
Trzeba czymś ukoić nerwy.

Może się jutro z matką dziecka dogadam.
Ona chciała dzisiaj, ale mnie trafiło dokumentnie.
Tak mi się zdarza raz na 10 lat.
Zamykam się i znikam.
Potrzebuję tego jak powietrza.
Nawet kot trzyma się z daleka - chyba czuje, że coś wisi w powietrzu.

czwartek, 17 listopada 2016

Nadmierna

introspekcja nie jest dla mnie dobra.
Być może dla nikogo nie jest, dla mnie jednak z całą pewnością.
Doświadczyłam takowej, przecierpiałam, wyszłam z nawyku, już mi więcej (mam nadzieję) nie grozi.

Zatem unikam.
Stosuję jedynie wówczas (ale tę zwyczajną, nie nadmierną), kiedy jakaś silna emocja bądź sygnały somatyczne sugerują, że coś we mnie jest nie tak.
Wtedy staram się odkryć co się dzieje, uświadomić to sobie, przeżyć - i pożegnać bez żalu tak przyczyny, jak też i skutki.
I tak się dzieje, i tak jest dobrze.
Nic nie ląduje na strychu podświadomości.

Ostatnio jednak coś mnie zaskoczyło.
Nawykła do odbierania i analizowania sygnałów negatywnych nie dostrzegłam, że moje ciało wysyła sygnały zgoła inne.
Że budzę się rano wyspana i wypoczęta.
Że mięśnie mam rozluźnione, kark niebolesny.
Że rano piję kawę, układam włosy, robię lekki makijaż - w spokoju.
Że ogarniam kocią kuwetę, nakładam porcję świeżej karmy, nalewam do miseczki wodę - bez pośpiechu.
Że pakuję do torby śniadanie, miziam kociznę na pożegnanie, przekręcam klucz w drzwiach - bez stresu.

Idę do pracy.
Po prostu IDĘ DO PRACY.
Szef mi nie strzeli w tył głowy, jego zastępca nie wbije noża w plecy.
Niczego nie muszę się bać.
Nikt nie musi, jeśli tylko uczciwie pracuje.
Rzecz jasna nie wszyscy tak robią i nie każdy ten spokój docenia...

Moje szefostwo nie ucieszy się z mojego błędu czy porażki, jeśli tylko uczciwie o tym poinformuję i poproszę o pomoc.
Ja zwyczajnie tę pomoc otrzymam, ot tak, po prostu.
Ja już mogę czegoś nie wiedzieć...
Moje szefostwo doceni każde zaangażowanie, każde staranie.
Moje szefostwo jest zwyczajne, nijak nie nadęte, cholernie pracowite.
Moje szefostwo cieszy się, kiedy podwładnym dobrze się dzieje...

Nie jestem już przyczajonym do skoku lampartem czy panterą.
Byłam - i nie wiedziałam, że jestem.
Robię swoje.
Pracuję.
Jest normalnie, jest tak normalnie, że trudno w to uwierzyć.
Mija trzeci miesiąc, odkąd nastały zmiany.
Emocje już dawno opadły, pozostała rzeczywistość, a ja się do niej uśmiecham...

Kot właśnie pożarł wieczorną porcję i mości się na drapaku.
Męża zgarnęła firma, każąc mu po nocy naprawiać, co się w międzyczasie popsuło.
Ja leżę w wyrku i skrobię ten post.

Życzę każdemu z Was doświadczania tego, co w końcówce pracy zawodowej, w ostatnich jej latach jest mi dane.
Pokoju.
Spokoju.
Szacunku.
Zwyczajności...