Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje włóczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje włóczek. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2011

Skazana na...

no na cóż ja mogłabym być skazana?
Na kolejne ponczo - a jakże:)

Zainspirowana zostałam Wielkim Mistrzem.
Tak wielkim, że powiedziałabym o nim... Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać!
Onieśmielił mnie z lekka i o palpitacje nieomalże przyprawił pomysł poczynienia takiego udziergu.
Ale nie święci garnki no i małpę na rowerze też podobno nauczyć można - pomyślałam, że się zmierzę.
I wyszło!

Nie napiszę, ile było prucia:)
Napiszę, że sporo kombinacji, ale to akurat lubię - robiło się ciekawie i trzeba było intensywnie myśleć. Projekt zatem inspirowany Wielkim Mistrzem, ale ja go cichcem nazwę autorskim, albowiem Mistrz o moim istnieniu nie wie i się nie dowie.
I nie wszystko zrobiłam tak jak on - ponczo jest inne, a pomysł dołożenia mitenek i czapki był mój - więc powstał pomysł i powstał zestaw - i mój-ci-on! Po całości:)

Wełna - L-I-M-A....
Lima, moja miłość tegoroczna.
Lima w świetnej cenie u Tuptupa w magicloopie.
Do końca września jest na nią promocja.
Poszło mi na ten zestaw 1000 gram wełny z maluśkim haczykiem:)

Dziergałam miesiąc.
Dziergałam w domu.
Dziergałam w EuroCity w drodze do Katowic.
Dziergałam w Katowicach.
Dziergałam w pociągu w drodze powrotnej.
Wiecie, ile trwa droga z Katowic do mnie do domu? Jedną rękawkomitenkę:)))
Domawiałam wełnę, bo mi co rusz jej brakowało, a jeszcze przecież ten cudny melanż jasnych beżów muszę mieć na zapas, bo w głowie nowe pomysły się lęgną.

Do rzeczy.
Dziś była pierwsza sesja fotograficzna - dostałam do męża nowego-starego canona, kompaktowego. Może z czasem dojdę do lustrzanek - póki co dumna i blada uczę się pstrykać na nowym sprzęcie. Pozowała mi koleżanka - niesamowicie pogodny, ciepły człowiek. Uśmiałyśmy się jak dzikie norki, ubawiłyśmy się - "wielka" pani fotograf i "fachowa" modelka:)
Niemniej wyszło wszystko bardzo ciepło i sympatycznie - sami zobaczcie:



Z czapką i mitenkorękawkami:


 Z uśmiechem:)


 

Detal z tyłu:


Czapkę można też nosić "na smerfetkę" - przypomina krasnala:)



A golf jest tak ogromny, że można z niego zrobić twarzowy komin:



Wisienka na torcie:)))


Cały projekt łączy się z ogromnymi emocjami, wzruszeniem, radością i smutkiem na przemian.
Mało który wywołał we mnie tyle uczuć:)
Cieszę się, że się wszystko udało, bo mogło być różnie.
Na koniec jeszcze detal, który młody człowiek skomentował dziś widząc rzecz na monitorze: "Aaaaale fajna łapa!":D:D:D


Golf dla Marty:)




Cieszę się:)
Pokazanie tego zestawu w pracy zaowocowało sporym zainteresowaniem... i zamówieniem kolejnych motków limy u Agi:)
Ten jasny niejednolity beżowy melanż jest piękny, piękny jest też ciemniejszy lekki melanż beżów, piękne są szarości - też lekko melanżowe, przełamujące jednolitość koloru, a zupełnie się nie narzucające.
Piękne - a ja szczęśliwa, że udało mi się zrobić coś innego, ciekawego, wielofunkcyjnego.
Cieszę się jak dzika norka!
I cieszę się, że mogę się cieszyć:)))
A mojej modelce tak się spodobała zabawa w pozowanie, że mam ją zakontraktowaną do wszelkich sesji zdjęciowych, co mnie bardzo cieszy:) Jest naturalna, sympatyczna, ma piękny uśmiech - j figurę dobrą do wszelkich udziergów. Przy czym jak się inne dziouchy zwiedziały, że bawimy się w sesje zdjęciową to też chcą! Będę miała problem, jak pogodzić to towarzystwo:)



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Radość, radość!

Ubrać w słowa to, co się wydarzyło - niepodobna.
Po raz kolejny plany okazały się planami, a życie życiem - i to drugie było niesamowite, intrygujące i tak nieprawdopodobne, że sama bym tego nie wymyśliła.

Pisałam, że w wigilię pójdę płakać w poduszkę, pisałam, prawda?
Że w samotności, boleśnie, żeby nikt nie słyszał?
Otóż uprzejmie informuję, że TAK PŁAKAĆ nie miałam powodu ani okazji!
Było tak:

W dniu wigilii, kiedy jeszcze trwał wir przygotowań przyszedł niespodziewany sms.
Zamarłam z wrażenia.
Z logicznego punktu widzenia nie powinno go być.
Pomyślałam, oddzwoniłam.
I od tego momentu zmieniło się całe nasze świętowanie.
I runęły plany...

Płakałam krótko, mocno, wtulona w męża drżącego ze wzruszenia - płakałam z radości.
Dlaczego - zaraz, później napiszę.
Później wir dalszych przygotowań, przepiękna, żywa, pełna śmiechów wigilia, a w niej dwójka maluchów (3,4 roku i 2,5 roku) rozświetlająca wszystko.
Taki skład jaki tam był mógł się zebrać przy stole tylko z woli Najwyższego - skład niespodziewany, liczny, ludzie, których łączą nie tylko więzy krwi, ale On, przede wszystkim On.

A kiedy wszyscy już posnęli... późna, nocna, trzygodzinna rozmowa telefoniczna.
Dużo w niej emocji, wrażeń, przeżyć, rozmawiałyśmy wszak ze sobą pierwszy raz (nie wszystko dokładnie pamiętam, skończyłyśmy o drugiej, musisz mi wybaczyć!:) Nie pytać, z kim gadałam - i tak nie powiem, tajemnica!

Krótki sen, szybkie śniadanie, jeszcze trochę wahania, bo śniegu u nas po pas, a na drodze szklanka, lustro, lo-do-wis-ko!
A skąd wahanie?
Bo był sms, tak?
A później rozmowa telefoniczna, tak?
A z rozmowie ten ktoś, z kim na rozmowę telefoniczną nawet nadziei nie miałam powiedział: "A może byście przyjechali...?"

Jazdę odradzali wszyscy - wyglądało to próbę samobójczą.
Mój mąż, mój asekurancki mąż, który wszystko zawsze pięć razy rozważy, zanim cokolwiek zrobi podjął SZYBKĄ decyzję, że ryzykujemy. Zupełnie jak nie on...

Zrobiliśmy 330 km. 100 km kopnego śniegu na przemian z lodowiskiem, później już w miarę normalnie. Dotarliśmy o 23.30.
A później... ciepły dom, rozmowy do 4 w nocy, kolorowe świeczuszki, pyszne drinki i piwo, delikatna muzyczka.
Wspólny śmiech.
Ja nie pamiętam, kiedy my ostatni raz wspólnie się śmialiśmy...
Roztapianie zmrożonych serc.
Jeszcze nie bliskość, ale już nie chłód.
Jeszcze broń w pogotowiu, ale już nie walka.
Początki zrozumienia.
Przełom - po prostu przełom.
Po największym życiowym cierpieniu jedna z największych radości mojego życia.
Dużo, bardzo dużo muszę się jeszcze nauczyć...

Od wyjazdu do przyjazdu upłynęło 24 godziny, oboje z mój-ci-onym bezwzględnie musieliśmy być dzisiaj w pracy.
Trochę szkoda, bo wszyscy chcieliśmy pobyć ze sobą dłużej, czego też nijak pojąć się po ludzku nie da, bo od lat wspólne przebywanie było dla nas wszystkich tylko źródłem bólu.
Mimo wszystko nie straciliśmy nic, bo to był i jest naprawdę nowy początek!

Nie muszę pisać, że jestem szczęśliwa?
Bardzo, bardzo szczęśliwa.
Nie tylko z powodu tych 24 godzin.
Bardziej z tego, że jest tak, jakby... jakby lekko opadła pięcioletnia mgła.
Jakby po tych ślepych do bólu latach zaczynała być widoczna droga, mały kawałek, krótki odcinek. Kolejny krok. Wiem, jak i gdzie mam go postawić. Wiem to już z mężem oboje.

Jestem szczęśliwa, choć w temacie tak wiele jeszcze przede mną! Jakby nie patrzeć - w bólu czy w radości - ja się nie mam kiedy w życiu nudzić:)
Napiszcie, jak u Was.
I o szczęściu, i o nieszczęściu.
O tym, o czym chcecie.
Napiszcie.

A na koniec - wszak to dziewiarski blog, sama sobie o tym przypominam - kilka fotek tego, co do mnie dotarło ze sklepu "Kaszmir" od Laury. W zachwytach się rozpływać już nie będę, zachwyty nad tymi włóczkami są bezdyskusyjne, oczywiste, gwarantowane i stałe:)))


Wełna wensleydale - połysk, szlachetność, ciepło, piękno, w dotyku... konkret:)






Wełna z merynosów - miękkość, loczki, skrętki, ciepło, piękno:




P.S. Po cichu, po wielkiemu cichu powiem, że czekam na następne:)))
Dzieje się kolejna Estonian Flowers, mam ponad połowę (poprzednią oddałam:), a już dziś na druty pójdzie aestlight z merynosa z jedwabiem (vide poprzednia notka) - święta miałam takie zawirowane, że dopiero dziś zaczynam odpoczywać:)))

wtorek, 21 grudnia 2010

Kłamstwa

mojego aparatu fotograficznego doprowadzą mnie wkrótce do śmiertelnego zejścia. Albo do uszkodzenia aparatu, co też nie będzie dobrym rozwiązaniem, albowiem gadzina będzie mi jeszcze potrzebna, na jaką  lepszą sztukę kasy brak. Lepszą ma mój-ci-on, ale się chytrzy i se tylko na tę sztukę popatrzeć mogę. No, czasem mi sesyję zrobi albo jakie zdjęcie udziergów też cyknie, ale to nie to co maszyna własna.

Wściekłam się byłam, bo wczoraj dostałam prezent. To znaczy nie na prezent się wściekłam, prezent najcudniejszy z cudnych, przepyszny i serca w nim tyle, że wartość ma wyjątkową. No i prezent chciałam pokazać, bo jak radość się dzieli to ona się mnoży, no takie niematematyczne to jest ale prawdziwe. To się podzielić zamiarowałam. I przed chwilą rzeczoną idiotenkamerą szczeliłam fotki - i kłamstwo wyszło na jaw. Kłamstwo aparatu, kłamstwo kolorystyczne! Dziad jeden. Na razie rzuciłam go w ciemny kąt i udaję, że go nie znam, za to fotki pokazać muszę takie, jakie są.







Kolor oszukany - nie wierzcie własnym oczom! Prawdziwy kolor nazywa się tryton i jest w tym sklepie, u Laury. Kolor jest... no trytonowy, no! W Laurowym sklepie nazywa się tryton i już. Jest jak... jak morze o wczesnym zmierzchu - zmienny, połyskujący, niejednolity, niby odcienie zieleni, kropelka szmaragdu... no tryton i już!

Ja rzadko dostaję prezenty. Nie, żebym narzekała - tak po prostu jest. Wychowano mnie w dystansie do przedmiotów, ba - może nawet w lekkiej pogardzie... A teraz jest mi dane powoli odkrywać ich... mistykę? Przesłanie? Przedmiot może być wspaniałym nośnikiem - już to wiem. Nośnikiem uczuć, nośnikiem obecności.
I wiem, że ten też takim nośnikiem jest - i dlatego oprócz tego, że piękny, szlachetny i wspaniały to na dodatek jeszcze sercu bardzo bliski.
Już wiem, co z niego będzie - Laura mi doradziła, a właściwie potwierdziła mój wybór. Pomocy potrzebowałam, bo z jedwabnym merynosem jeszcze nie pracowałam. 

Laura - bardzo Ci dziękuję... Bardzo mnie ten prezent wzruszył. Bardzo.

Kończę i wracam do roboty.
Na pracowym stoliczku stoi paczuszka, czeka na kuriera. Kurier umówiony już jest.
Kurier ma obowiązek dostarczyć ją jutro rano w umówione miejsce.
Niech spróbuje coś schrzanić, to znajdę i suchej nitki nie zostawię - sprawa jest specjalnego znaczenia i załatwiona ma być, innej opcji nie uznam.
Zawartość paczuszki pokażę na blogu, jak właścicielka ją dostanie i zawartość zobaczy.
A na blogu pokażę, albowiem udzierg to jest:)
Jak zgodnie z planem dostanie to jutro pokażę.

Zanim popracuję to się jeszcze pomiziam.
Pod biurkiem.
Z moim trytonem:)))


środa, 8 grudnia 2010

Włóczkoza zakaźna

Tak nazywa się ta choroba.
Dzisiaj ustanowiono nazwę, należy do wikipedii zapodać.
Rozprzestrzenia się - w odróżnieniu od innych chorób - również drogą internetową.
Powiedziałabym, że nawet szczególnie tą drogą!
Nie ma na nią lekarstwa.
No, może jedno: totalny brak kasy.
Jednakże prawdziwie zarażona nawet nie mając kasy nijakiej i tak na włóczki rzeczoną znajdzie.
Z najciemniejszego kąta ostatnie oszczędności wyciągnie.
Chleba nie kupi, a na jedwab wyda....
Koniec, panie, koniec!:)

Oczywiście rzecz jasna pisząca tego posta sama zarażoną i ostro infekującą będąc (ostatnią poczynioną świeżo chustę napięłam na szpilki w pracy,mam tam stosowną wykładzinę w symetryczne kropki,  po czym zachwycona dziełem własnem niczym dziecko przywlokłam do "piaskownicy" każdego, kto był płci żeńskiej i po okolicy się pętał, coby zachwyt mój podzielił, a spróbowałby nie.........) nikogo w tej materii nie potępiam, a wręcz współodczuwam:)

Przejdźmy do tematu zasadniczego.
Nie wierzyłam.
Że kiedykolwiek takie coś udziergam.
Taka jedna (ta sama co zawsze, nie będę się powtarzać:) wzór mi 13 listopada 2010 pokazała.
Schemat rozpisała.
Próbkę piękną dała i moją nieudolną sprawdziła.
O gdybym ja wiedziała, czym się to skończy...
Włóczkoza przeszła w chustozę!
Wiem, bo już zamówiłam włóczkę na chustę następną - a na jeszcze jedną mam w paczce pod biurkiem, dziś przyszła, o taka:





To wróćmy do tematu głównego.
Zdjęcia na ludziu później, bo jeszcze nie mam.
Dziewiarski opis też później, bo dziś do nocy ciemnej w robocie siedzę.
Dziś kilka "napiętych" fotek:)









To jeszcze nie ósmy cud świata i jeszcze nie klasyka gatunku.
Nie wiem, czy takowa kiedykolwiek będzie:)))
Czuję jednak, że pokonałam jakąś poprzeczkę - i pójdę dalej! Następnym wyzwaniem będzie aeolian z przepięknej cieniutkiej wełny z merynosa z jedwabiem. Daję sobie dużo czasu na jego zrobienie - tym bardziej, że w tak zwanym międzyczasie czekają inne pilne robótki, o czym już niebawem.

Nazwałam tę chustę "Estonian Flowers" - niech mnie kto poprawi, jeśli po angielsku to ma się nijak!
Klęłam po kilka razy w każdym rzędzie.
Kilkanaście razy powtarzałam "nigiwiciu":)))
Aż w końcu mam.
Jest ogromna. Jest piękna! Jest moja...:)

Od czasu, kiedy ją zrobiłam mam wielki szacunek dla dziergających chusty i szale.
Spotkałam się z opiniami, że to dzierganie ze schematu, że nudne, że mało twórcze.
Każdy, kto tak myśli niech najpierw spróbuje, jaka to mrówcza praca.
A do mrówczej pracy trzeba mieć szacunek - i już!

Do kid moheru adriafilu dostałam od właścicielki sklepu sporo próbeczek, cieszę się, że tak dużo, jest sposobność przyjrzeć się różnościom - zobaczcie:


Zaraz sobie pomacam i pomiziam te próbki, ale coś mi się zdaje, że regia stretch ma u mnie spore szanse - w kwestii pięciopalczasych rękawiczek:)

niedziela, 28 listopada 2010

Zaś czerwono, ale musi tak być:)

I zaś ponczek, szczególny bardzo, bo i dla osoby szczególnej:)))

Miły, przytulaśny, cieplutki. Mechaty i włochaty. Z mnóstwem ciepłych emocji w każdym oczku i lekką niepewnością w trakcie dziergania, czy rozmiar będzie właściwy. Na szczęście był i jest:)))
Klon poprzedniego czerwoniastego, ba - nawet odcień ten sam, ino włóczka inna.

Proszę państwa - oto miziany swego czasu na kolanach Włoch na swej uroczej właścicielce!
Rzeczona wygląda w nim przepięknie i niezmiernie kobieco, oczyma własnemi widziałam, płcie męskie komplementami potwierdzają - aż żal, że na tych zdjęciach jest taka niewyraźna...:)))






(Czy państwo widzą ten włos, jego kręconość, obfitość i cudność? Zazdraszczam okrutnie!)



I brocha:





Broszka cudnej urody (jak dla mnie) projektu mojej córcianki, ino nie wiem, dlaczego mi cholera jedna na tym zdjęciu niewyraźna wyszła! Jutro się dowiem i naprawię:)
I jutro wkleję dziewiarskie szczegóły.

P.S. 1 - już naprawiłam, a właściwie Vi naprawiła.
P.S. 2 - dziewiarskie szczegóły poniżej.

Dodane 29.11.2010.

To teraz dziewiarskie szczegóły:
  1. Projekt - wiadomo, jaki, przepis poniżej:)
  2. Włóczka - merino angora ISPE, o taka , nazwałam ją "winny Włoch", bo jest koloru ciemnego czerwonego wina;  - 70% wełna merino, 30% angora, 50 gram 160 metrów. Nitka ładnie skręcona, mięciusieńka, kosmata i włochata, delikatna w dotyku, niesamowicie przyjemna w mizianiu:)
  3. Druty - 5 mm, Knitt-pro.
  4. Ilość włóczki - na wszystko razem 12 motków, dziergałam podwójną nitką, choć były momenty, że tego żałowałam - bałam się, że dzianina wyjdzie za gruba. Na szczęście moje obawy się nie potwierdziły. Poza tym to było moje pierwsze zetknięcie z angorą, bliskie spotkania z moherem dopiero przede mną;)
  5. Efekt - bardzo miękka, bardzo przyjemna dla ciała dzianina, niesamowicie ciepła. Kompletnie niegryząca - wrażliwiec włóczkowy, dla którego była robiona zaświadczył, że prawdę mówię:)
  6. Uwagi i ostrzeżenia - z włóczką trzeba delikatnie, zachować należy najwyższy stopień ostrożności w obchodzeniu się z rzeczoną. Prać oczywiście ręcznie, w letniej wodzie, wydeptać w ręczniku, suszyć rozłożone. Prać według przepisu zbiorowego autorstwa zamieszczonego w jednej z poprzednich notek.
  7. Uwagi eksploatacyjne - upraszam właścicielkę o takowe, jak tylko się nimi podzieli natychmiast zamieszczę.
  8.  Już się właścicielka podzieliła, więc cytuję:" Włóczka przemiła w dotyku, megaciepła, nic a nic nie gryzie. Nie przewiewa jej. Dzianina ładnie się układa, gniecie się troszkę, ale potem na ludziu pod własnym ciężarem się prostuje.
    Na razie mocno kłaczy - te kłaczki wyłażą, czepiają się odzieży, ale samo ponczko się nie kulkuje, nie zbija się ten włosek w kulki - czyli super. Włóczka bardzo szlachetna, nigdy takiej nie miziałam:)" (
    a doprawdy miziała włóczek przeogromne mnóstwo:)
To jest trzecia kupiona przeze mnie włóczka z firmy ISPE (poprzednio wielbłąd i kiddys mohair) i do żadnej z nich nie mam zastrzeżeń. Pięknie uprzędzione, dokładnie takie jak w opisie, szlachetne. "Winnego Włocha" mam jeszcze kilka motków na ciepły, delikatny sweterek - bluzkę, a z kiddys mohair`u powstanie niedługo piękny, zwiewny szal utkany przez moją kochaną Mistrzynię Od Chust i Szali:). Wydaje mi się, że nie przesadzę, jeśli napiszę, że ISPE to jest po prostu marka sama w sobie i że włóczki tej firmy można kupować w ciemno. Mimo wszystko jednakże na własną odpowiedzialność:)))

sobota, 20 listopada 2010

Strażacki:)

Rok temu kupiłam sobie czarne, czarne buty.
I czarną, czarną kurtkę...
I czarne, czarne spodnie...
I jak nic trzeba było coś z tą czernią zrobić, bo stanowczo za czarna była:)


Się wymyśliło i się dziergnęło.
Się nie przewidziało, że kolor będzie strażacki.
Ale jako że czerni było dużo to strażacki ją ożywił.
I tak powstał zestaw czapa + szalik + długaśne, naciągane na rękawy kurtki rękawiczki.
Komplet na siarczyste mrozy (jak dla mnie minus jeden to już jest siarczysty:)

Nie mam na ludziu, bo słonka nie ma. Zatargałam co miałam do roboty i mizernym aparatem osobistem obfociłam. Będzie słonko to dokleję fotkę na ludziu:)

Dodane 22.11.2010:

Już mam na ludziu:) Wrzucam na początek, coby widać było.

 Odsłona pierwsza:




Odsłona druga - z sznaucurką:)


J jeszcze jedno:



 Kawałek szalika:



Czapa na piłce do siatki:




 I zbliżenie wykończenia:




 Rękawice prawie do łokci:



 I całość:


 I jeszcze raz:



Szczegóły techniczno - włóczkowe wkrótce, albowiem dziś padamnanos i naryjopad:)
(cienizna te fotki, mąż robi ładniejsze, muszę się naumieć)


To teraz dziewiarskie szczegóły:
  1. Komplet własnego pomysłu, inspiracja u Violet (mailowe pogaduchy)
  2. Włóczka - rozetti first class żarówiasta, kupiona tutaj  - 50% wełna merino, 50% akryl microfibra, 50 gram 115 metrów. Nitka ładnie skręcona, miękka, jakość włóczki jak na mieszankę wełny z akrylem według mnie jest wyjątkowa. Ostatnio rozpuściłam się wełnami 100%, ale z first class raczej nie zrezygnuję. Nitka ma świetną sprężystość, to pewnie ta microfibra. I jest niedroga. Z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu - nie wymaga specjalnej pielęgnacji, jest bezpieczna i daje świetny efekt. I nieźle sie blokuje, choć oczywiście nie ta, jak wełna 100%.
  3. Druty - 4 mm, Knitt-pro, do czapki i rękawiczek druty nr 3, skarpetkowe, dziergałam na okrągło.
  4. Ilość włóczki - na wszystko razem 10 motków. Wzór włóczkożerny, rękawice bardzo długie, dzierganie podwójną nitką - to wszystko spowodowało duże zużycie włóczki.
  5. Efekt - ciepła dzianina, po praniu dość miękka, dobrze się nosi. Prawie się nie mechaci, jest wytrzymała i sprężysta, miła dla ciała. Mechacą się lekko rękawiczki, ale takie ich prawo. Robię im lifting golarką i jest ok.
  6. Uwagi i ostrzeżenia - właściwie brak. Prać oczywiście ręcznie, w letniej wodzie, wydeptać w ręczniku, suszyć rozłożone.A właściwie odwirować też można - kiedy ten komplet robiłam nie miałam jeszcze pojęcia o pielęgnacji delikatnych dzianin:)
  7. Uwagi eksploatacyjne - nie mam żadnych negatywnych. Nosi się świetnie, dobrze grzeje, przy wielkich mrozach wkładam pod spód drugą parę rękawiczek i nie rusza mnie nic:) Bardzo lubię ten komplet i będę go pewnie nosić aż do zdarcia - kosztował mnie dużo pracy i bardzo mi się podoba. No i ta żarówa do czerni - jak dla mnie miodzio:)

wtorek, 16 listopada 2010

Chusta podróżniczka:)

Podróżniczka - bo w całości wydziergana w podróży - w czasie jazdy lub też na miejscu. Szału co do efektu nie będzie, bo zdjęcia w sztucznym świetle. Wkładka w stroju przypadkowym, więc nie bardzo pasującym do chusty. O modelu i wzorze pisałam w poprzednim poście, jest bardzo zwyczajny - kto nie uwierzył to się teraz wynudzi:)

Kolorowa. Moja pierwsza (choć taka to już trzecia;). Ciepła, radosna, rozjaśniająca ciemne stroje i bure dni, świetnie zastępująca szal, otulająca ramiona. Ta widoczna na zdjęciach zrobiona trochę na nietoperka - tak jak chciałam. Już wiem, jak to zrobić i będę mogła powtórzyć:)

Tu w całości:



I z tyłu:


I z profilu:



I z bliska - zamotana w ulubiony sposób:




To teraz dziewiarskie szczegóły:
  1. Projekt chusty ogólnie znany, zmodyfikowany przeze mnie dodaniem dodatkowych oczek (mniej więcej w 4 rzędach równomiernie rozłożonych w całej chuście co 5 oczko dodałam oczko dodatkowe z poprzecznej nitki, to dało efekt nietoperka)
  2. Włóczka - Magic Yarn Art,  kupiłam ją rok temu tutaj  - wełna 100%, 100 gram 200 metrów. Nitka 1-ply. Wełna konkretna,  dość zgrzebna, podgryzająca, z włoskiem. Na gołe ciało nie próbowałam i w życiu nie spróbuję:) Jedyna kolorowa włóczka YA, z jaką miałam do czynienia, większych zastrzeżeń nie mam.
  3. Druty - 4 mm, Knitt-pro.
  4. Ilość włóczki - na wszystko razem około 4 motków. Niecałych 4 motków.Tym razem dziergałam nitką pojedynczą.
  5. Efekt - ciepła dzianina, po praniu dość miękka, dobrze się nosi. Prawie się nie mechaci, jest wytrzymała.
  6. Uwagi i ostrzeżenia - właściwie brak. Prać oczywiście ręcznie, w letniej wodzie, wydeptać w ręczniku, suszyć rozłożone.
  7. Uwagi eksploatacyjne - nie mam żadnych negatywnych. Poprzednią chustę (bo ta jeszcze ciepła) eksploatowałam bardzo mocno i często bez należnego szacunku, nic się z nią nie działo.
W czeluściach domowych szaf wykopałam jeszcze ciepły sweter, pokażę za czas jakiś. Jak dostanę fotki od właścicielki włoskiego pączka to również je zamieszczę. Na wykończenie (rękawy) czeka golfik z melanżowego merino fingering, ale dużo bardziej kusi mnie estoński kwiacior, co się go na wojażach nauczyłam.  No i śmieją się do mnie nowe włóczki - urugwajskie merynosy 3-ply, tweedowe duńczyki, piękna winna cascade, kashmir w kolorze ecru i piękna włóczka aranowa na takiż sweter przeznaczona. Wszystko to na osobistych półeczkach. Śmieje się też przepiękny jedwab Debbie Bliss w elegancką bluzkę mający się zmienić i te moteczki merino lace, co na zdjęciu frontowym kolorami świecą.

Na wszystko przyjdzie czas.
Na razie na druty pójdzie chyba estoński kwiacior i to nie z włóczki lace, ale chyba z kashmiru (nie mylić z prawdziwym kaszmirem). A później będzie ciepły sweter - może duński hamelton? A w międzyczasie jakieś przerywniki, na które przyjdzie ochota, kiedy duże projekty zmęczą.

sobota, 6 listopada 2010

A co tam, pokażę coś:)

To wprawdzie nie Włoch, ale jego starszy brat:)
Teraz zdjęcia, późną nocą dziewiarskie szczegóły.

Całość:



I detal:



Kłania się Masowy Producent Ponczków:)))

Dopisane 08.11.2010:

To teraz dziewiarskie szczegóły:
  1. Projekt poncza oparty na tym samym modelu, co wielbłąd i melanż, na dole rząd prostego ażuru w ramce z prawych oczek.
  2. Włóczka - fina dk,  można ją kupić tutaj  - wełna 100%, 50 gram 140 metrów. Nitka skręcona, ile-ply nie wiem, nie napisali:) Wełna dość delikatna, dobrej jakości, nie podgryza, bez włoska, gładka, wydajna. Na gołe ciało nie próbowałam, ale golf szyi podżeraniem nie zmęczył:)
  3. Druty - 4 mm, Knitt-pro.
  4. Ilość włóczki - na wszystko razem około 14 motków. Tym razem dziergałam znów nitką podwójną:) Nitka jest grubsza niż fingering, z pojedynczej można spokojnie udziergać bluzeczkę, nie tylko sweterek.
  5. Efekt - ciepła dzianina, dobrze się nosi. Mój kolor, jestem bardzo zadowolona:)
  6. Uwagi i ostrzeżenia - właściwie brak. Prać oczywiście ręcznie, wydeptać w ręczniku, suszyć rozłożone.
  7. Uwagi eksploatacyjne - nie mam żadnych negatywnych. Noszę na zmianę z melanżem, noszę od kilku tygodni, jak dotąd dzianina się nie zmechaciła. W ciągu dnia troszeczkę się gniecie na zgięciach, ale prostuje się równie szybko, więc się nie przejmuję.
Niedługo będzie jeszcze Włoch - bracia różnią się w dotyku, trochę też w wyglądzie, kolor jest prawie identyczny. Włocha wrzucę jak tylko obfocę właścicielkę, to znaczy niebawem:) I bardzo dużo dobrego napiszę o włóczce, z której jest zrobiony - oczywiście jeszcze bez specjalnych uwag noszalno - eksploatacyjnych, bo Włoch dopiero będzie debiutował.

Dziecko mi wczoraj uratowało bułkę - jak kto chce wiedzieć, co to jest bułka musi wrócić do poprzednich postów:) Córka wrzuciła rzeczoną na manekina (nie mogąc znieść mojej chęci pozbycia się tejże i mojej niechęci do patrzenia na nią), dodała różne różniste cudeńka i kazała się w to wystroić dziś do roboty. Znaczy się wystylizowała matkę:) Się posłuchałam, się zestaw podoba, ale fotek nie dam jeszcze. Po pierwsze - bo nie mam, a po drugie - bo mi niektórzy komentujący każą zwolnić tempo:))) Posłucham się, a co. Lubię Was, muszę dbać...:)))

Pojutrze jadę w Polskę, do stolycy i już się nacieszyć nie mogę na wyjazd, na moich gospodarzy kochanych i na dziewiarskie spotkanie:)
The Day After Tomorrow!

(O tym, co po powrocie nie myślę, pomyślę o tym jak wrócę,  perspektywy trudne, ale radę dać trzeba, jak zwykle)

Tym, których nie znam jeszcze, a będę miała przyjemność poznać już dziś piszę - do zobaczenia!:)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Obiecanki i ... spełnianki, czyli melanżyk

No to jam ci już dzisiaj opstrykana, fotografowi mojemu serdecznie dziękuję (choć tu nie zagląda:), pyszczycho wycałowałam i kawkę na to konto pyszną wypiliśmy wespół wzespół. Fotograf mój-ci-on dobry jest i maszynę ma dobrą, a na samiuśkim dole umieściłam link do różnistych jego fotografii. A ładnie pstryka, lubię oglądać jego zdjęcia:) I jeszcze szkolenie w gimpie mi maluśkie zrobił, obróbka zdjęć (zmniejszanie rozdzielczości, reszty nie ruszałam, ma być czysta prawda:) zatem poszła migiem.

Koniec gadania, gadanie będzie na czacie, wstawiam zdjęcia:

Poncho:


Beretka:


Mitenki:


I kilka ujęć całego kompletu - takie:

I takie:


   I jeszcze takie:



To teraz dziewiarskie szczegóły:
  1. Projekt poncza oparty na tym samym modelu, co wielbłąd, beretka z głowy, mitenki takoż, najprostsze z możliwych.
  2. Włóczka - rozetti landscapes, dostępna tutaj, wełna 100%, 100 gram 200 metrów. Nitka skręcona, ile-ply nie wiem, nie napisali:) Wełna z gatunku bardziej zgrzebnych, dobrej jakości, lekko podgryzająca, bez włoska, gładka. Na gołe ciało nie polecam, na swetry, rękawiczki i inne różności jak najbardziej.
  3. Druty - 4 mm, Knitt-pro.
  4. Ilość włóczki - na wszystko razem około 7 motków. Tym razem dziergałam nitką pojedynczą:)
  5. Efekt - ciepła dzianina, bardzo dobrze się nosi.
  6. Uwagi i ostrzeżenia - właściwie brak. Prać oczywiście ręcznie, wydeptać w ręczniku, suszyć rozłożone. Jak będzie za duży wyrób można go świadomie zmniejszyć filcując - ja tak zrobiłam z beretką, nie zaszkodziło jej filcowanie zupełnie.
  7. Uwagi eksploatacyjne - nie mam żadnych negatywnych. To mój ulubiony zestaw pracowy (no bez beretki, umówmy się:), z mitenkami da się śmigać po klawiaturze, a ja u siebie w pracy zimno mam. Komplet nosi się fantastycznie, nie gniecie, nie sprawia żadnych kłopotów. No i grzeje - nie tak jak wielbłąd czy merynos, ale naprawdę grzeje. Mnie, zmarzluchowi należy wierzyć bezwzględnie i absolutnie:)
I to będzie na razie chyba koniec szaleństwa z postami, bo jutro już do pracy trza iść.
Chociaż... kto to wie! A może wpadłam w ciąg i dopiero się okaże, że nie mogę przestać?:)
Jak znam życie to ono mnie otrzeźwi. Ale ciąg dalszy nastąpi z pewnością - mam jeszcze parę zamierzchłych (nieco) wynalazków do pokazania i przystojnego Włocha na drutach. Się dzieje, proszę państwa, się dzieje!:)))

niedziela, 31 października 2010

Z tajnych archiwów

Większość ludzi dziś świętuje w gronie najbliższych, a u nas... "wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni" - cisza w uszach aż dzwoni, korzystamy, bo jutro wieczorem ta cisza się skończy:)

Mamienia obiecanymi fotkami ciąg dalszy niestety będzie, albowiem na skutek nieprzewidzianego starcia werbalnego z Naczelnym Fotografem Rodzinnym straciłam dziś okazję na zdjęciową sesję w pobliskim parku. Już jest po starciu, ring gotowy do następnej walki (na szczęście u nas to rzadkość, Stare Dobre Małżeństwo:))) - nawiasem mówiąc SDM będzie u nas grać w przyszły weekend, muuuuszę tam być! Póki co na zdjęciowanie szumnie zwane sesją umówiliśmy się na jutro. Albowiem ostatni dzień słoneczny ma być, wykorzystać go zatem należy. Się zobaczy, czy się uda.

Coby więc szanowne Grono Tu Zaglądających uszanować i na czczych obietnicach nie skończyć pokopałam byłam ponownie w tajnych archiwach i znalazłam coś jeszcze, co nadaje się do ewentualnego pokazania. Produkt finalny ma tę zaletę, że już wypróbowany jest w boju, bo dziergnięty równo przed rokiem, zatem i o jakości włóczki też spokojnie wypowiedzieć się będę mogła.

A zatem w związku z powyższym, a według poniższego:

Odsłona pierwsza:


Odsłona druga:



I odsłona trzecia - ostatnia (tu najwierniej oddany kolor, choć niezupełnie):



To teraz dziewiarskie szczegóły:
  1. Projekt autorski, kombinacja wzorów i wzorków różnistych. Wykończenie ząbkowane, moje ulubione, w wielu projektach nie umiem mu się oprzeć:) Zaczęłam od poprzecznego karczku, później pojechałam  w górę i zakończyłam dekolt ząbkami. Przód, tył i rękawy robione osobno, później wszystkie oczka na jeden drut i kawałek raglanem, następnie zszycie rękawów i boków, na końcu doszyty karczek.
  2. Włóczka - baśka, mieszanka 30% wełny i 70 procent akrylu, w 100 gramach 300 metrów, największy wybór znalazłam tutaj, duży wybór kolorów jest też na allegro. Delikatna, miękka, pomimo niewielkiej zawartości wełny jakościowo dobra,  można spokojnie nosić na gołe ciało.
  3. Druty - 4 mm, to była jeszcze era przed-knitt-pro;)
  4. Ilość włóczki - chyba 6 motków... no nie pamiętam, dawno było. Oczywiście dziergałam podwójną nitką:) Mój typ tak ma, do cienizn dopiero dorastam.
  5. Efekt - delikatna, ciepła dzianina, nie gryzie, dobrze się nosi.
  6. Uwagi i ostrzeżenia - właściwie brak. Prać oczywiście ręcznie, ale można odwirować, suszyć oczywiście jak zwykle, na plaskacza:)
  7. Uwagi eksploatacyjne - sweter trochę się mechaci, w ciągu ostatniego roku nosiłam go dość często, goliłam 4 - 5 razy. Po ogoleniu jest zupełnie jak nowy, jestem z niego zadowolona.
Dobre w postaci długiego 2-tygodniowego wolnego (dobre za wyjątkiem dni intensywnego chorowania) jutro mi się kończy i pojutrze trzeba wracać do roboty. Żal, no żal! Lecę więc czas wykorzystać, na czacie pogadać, winnego cieplutkiego Włocha podziergać. Za czas jakiś i on się tu pojawi, ale nie wcześniej, niż za półtora tygodnia, bo najpierw go muszę komuś pokazać:)))