Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzkie historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzkie historie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Rok za rokiem...

Wspominam 2018. Rok 2018. Najtrudniejszy rok w moim życiu.

W styczniu 2018 roku po trzymiesięcznym wypowiedzeniu odchodzę z pracy. Do emerytury mam jeszcze kawałek, niemniej w pracy mojej nie da się już wytrzymać. W porę pojęłam, że czeka mnie albo psychiatryk albo lądowanie w pierdlu, z rozemocjonowaną i niestabilną nową dyrekcją nie jestem w stanie się dogadać. W swoim życiu zawodowym przeżyłam różnych dyrektorów całkiem sporo, z tym jednym człowiekiem współpracować nie mogę. Na dodatek w 2017 roku nękają nas liczne kontrole - ZUS, skarbówka, RIO, organ nadrzędny i na deser - NIK! Mam porządek w papierach, niemniej takie nagromadzenie kontroli generuje stres, pożera mnóstwo czasu i nie pozwala wydajnie wykonywać bieżących obowiązków.

Za pracą nie tęsknię, czuję ulgę, decyzja była świadoma i podjęta wspólnie z mężem. Niemniej zmiana to w życiu ogromna.

W lutym tegoż roku w łonie mojej bratanicy umiera znienacka pierwsze dziecko, córeczka, w ósmym miesiącu życia płodowego, uduszona pępowiną. Ciąża idealna, monitorowana, zadbana. Nikt się nie spodziewał. Wszyscy jesteśmy w szoku. Rodzice dziecka w największym...

W czerwcu 2018 moją mamę dopada znienacka udar niedokrwienny. O 9.00 wsiadam na rower, jadę do rodziców sadzić kwiatki, O 9.15 jestem na miejscu, mama traci równowagę, widzi podwójnie. Jedziemy na SOR, biegiem, krzyczę że udar, mama dostaje łóżko, w ciągu godziny sytuacja jest opanowana. Mama na tydzień ląduje w szpitalu, ja doglądam taty, bo sam nie powinien być.

W lipcu i sierpniu tegoż roku rodzice mają planowane zabiegi usunięcia zaćmy, zabiegi się odbywają, towarzyszę im non stop, pomagam w pielęgnacji poszpitalnej. Sprzątam, gotuję, poczyniam zakupy wszelakie.

W listopadzie 2018 zięć ma bardzo niebezpieczny wypadek w pracy, spada ze sporej wysokości na plecy. Badania, diagnoza - na szczęście nic wielkiego się nie podziało, niemniej stres był ogromny. Kilka dni oddychamy z ulgą.

Z końcem listopada na OIOM-ie ląduje zięciowy ojciec. Sprawy mają się poważnie, ojciec zięcia umiera po kilku dniach nie odzyskawszy przytomności. Jeszcze nie wiemy, że za chwilę pojawi się kolejny temat, kolejne zdarzenie, które ponownie zaważy na naszym życiu.

Ostatniego listopada kiepsko zaczyna się czuć mój tato. Boli go żołądek. Dostaje skierowanie do szpitala, jest obolały, ma wysoką gorączkę. Jedzie na oddział. Jestem przy nim ile tylko mogę, dziś sumienie mi wyrzuca, że za mało, że mogłam więcej i dłużej... Tato jest leczony silnymi antybiotykami, które bardzo go osłabiają. Pacjenta szpital wypisuje około 5 grudnia, w wypisie jak wół stoi "w stanie ogólnym dobrym".

Ten wypis bardzo mi się kłóci z biegiem następujących po nim zdarzeń. Mój schorowany wielonarządowo tato z dnia na dzień słabnie coraz bardziej, dyżurujemy przy nim z mamą na zmianę. Towarzyszy nam kilkakrotnie cudowna pielęgniarka, pomaga w opiece i udziela właściwych informacji. Lekarz rodzinny wezwany do taty 19 grudnia mówi, że wszystko jest ok, zakłada tacie cewnik. Pielęgniarka mówi, że serce jest bardzo słabe i że można się spodziewać wszystkiego... około godziny 15.00 tato wchodzi w agonię, o 19.00 oświadcza: "ja umieram", o 20.00 bierze ostatni wdech i wszystko zamiera...

Pogrzeb mieliśmy 24 grudnia, w Wigilię Bożego Narodzenia. Stół zastawili nam obficie przyjaciele. Traumy nijakiej nie mamy.

Odwracając się za siebie w tym 2018 roku pojęłam, że gdybym znała jego przebieg nie udźwignęłabym tego, co ze sobą niósł. A ponieważ przyszłości nie znałam, mogłam krok po kroku przeżyć to, co przyniosło życie. Dałam radę to udźwignąć. No i mogłam być z moimi najbliższymi, bo już nie pracowałam...

Jutro opiszę rok 2024.

piątek, 17 kwietnia 2015

Dwóch.

Było ich dwóch.
Jeden umarł w nocy.
Ten mniej poparzony.

Drugi żyje i jakby lekko się poprawia.
To wszystko, co wiem na pewno.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Powinnam... czy nie powinnam?

Pisać TAKIE rzeczy???

Sms, otrzymany przed chwilą:

"Dorotko, dzielę się tym, co WIEM. Jeden z chłopców w stanie bez nadziei - informacja z wczorajszej nocy. Drugi 5-10% szans. Była dziś u mnie jego koleżanka, która rozmawiała z jego mamą. Podobno jeśli nastąpi zwrot i uda się go uratować ma nie mieć ręki, obu nóg i wzroku :("

Ta wiadomość jest w pełni WIARY GODNA.
TA osoba (autorka sms-a) nie rzuca słów na wiatr.

Ten chłopiec, co bez nadziei to ten, którego znam mniej.
Tego, któremu nadzieja pisana znam dobrze.
I jego mamę...

JA wolałabym śmierć.
... a może tylko tak mi się wydaje...?

P.S. Jeśli dostanę od Was w dziób ten post zniknie.
Straciłam umiejętność oceny sytuacji.

środa, 15 kwietnia 2015

Niczego

więcej na dziś nie wiem, zatem nie zapodam.
Nie mam też siły focić udziergów.
Nie mam.
Niech będzie mi wybaczone.
Zupełnie na nic nie mam siły.

Zatem udaję się na spoczynek.
Mąż wyprowadzi psa. Uprosiłam.
Ja mogę już leżeć i pachnieć.
I nie zawaham się tego uczynić.

Zjadłam późny obiad.
Dopijam herbatę.
Teraz będę się regenerować.
Nawet telefon ustawiłam w tryb "udaję-że-mnie-nie-ma".

P.S. Nie wierzcie mainstreamowym mediom, jeśli będą coś w temacie publikować.
Guzik wiedzą.
Dam znać, jeśli cokolwiek wiedzieć będę.
Najwcześniej jutro.

P.S. Modlący - módlcie się.
Niezbyt dokładnie wiem, o co.
Na pewno o pokój serca dla dwóch obolałych matek.
Jeszcze tyle przed nimi...

wtorek, 14 kwietnia 2015

Z bardzo wiarygodnych źródeł

napływają równie BARDZO niewiarygodne informacje.
Winna zatem jestem sprostowanie.
OBAJ chłopcy żyją.
Mają się KRYTYCZNIE.
Dopóki pięć razy nie sprawdzę niczego więcej w temacie nie napiszę.
Wstyd i hańba podawać TAKIE nieprawdziwe informacje.

Nawet poważnym ludziom nie można ufać.
Bardzo Was, moi czytelnicy, przepraszam.
To się już nie powtórzy.
Na TEN temat napiszę, jeśli będę miała całkowitą pewność.

Jest bardzo źle, to oczywiste.
Co się stało, się nie odstanie, szanse na życie są nikłe.
Niemniej jednak jest mi wstyd.
Raz jeszcze proszę - wybaczcie.

Napiszcie, że wybaczacie...

P.S. Czyżbym miała iść spać bez choćby jednego wybaczenia...?

Ja... chyba...

jestem bardzo zmęczona tym, w co się ostatnio angażuję.
Czuję, że mogę się skończyć.
Dlatego... dlatego kończę.
Z przerastającymi mnie tematami.
Bo nie mogę sobie pozwolić na życie na krawędzi.
Bo to jednak nie moja krawędź, moja czeka, moja gdzieś się czai, muszę na nią oszczędzać siły, nie jestem ze stali.

Od tego ostatniego tematu tak do końca mentalnie uciec nie mogę, choćbym chciała.
Całe miasto huczy.
Całe miasto MÓWI.
Na miejsce zdarzenia wędrują pielgrzymki.
Na szczęście mam dostęp do wiarygodnych INFORMACJI.
Plotki omijają mnie szerokim łukiem, bo ich nie słucham.

Jeden z chłopców/mężczyzn już nie żyje.
(okazuje się, że też go znałam i często widywałam, nie wiedziałam, że to on...)
Ten mniej poparzony.
Miał inne poważne schorzenia, one przyczyniły się do szybszego odejścia.
Drugi chyba jeszcze się trzyma, ale szanse ma prawie zerowe.
To ten, którego znałam od wczesnego dzieciństwa.

Nie mam na ten moment żadnych nowych wiadomości.
Nie mam też z nikim kontaktu.
Pozostaje czekać.
Na nekrolog.
Na pogrzeb, na który będę chciała pójść.
Ten pierwszy.
O następnym będę myśleć, jeśli będzie.

Zanurzam się w druty, audiobook, prasowanie, gotowanie.
W MOJE życie.
Po prostu muszę.
Postaram się na jutro sfocić jakiś udzierg.
Postaram się.

Nieutulone w rozpaczy Matki oraz ich Synów chowam głęboko w sercu.
Módlcie się, proszę.
O serca spokój... i o pokój...

Jeśli czegoś nowego się dowiem, dam znać.
Dopiszę do tego posta.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Masz słabe nerwy - nie czytaj.

Ostrzegam!

Wstęp.

W każdy roboczy dzień średnio wczesnym rankiem idę do pracy.
Mam blisko - chodzę, nie jeżdżę.
ICH widuję od pewnego czasu.
Może od kilku tygodni.
Mijają mnie, idą przede mną lub za mną.

Drobni, niewysocy, niżsi niż ja.
Z reguły dwóch, czasem jeden.
Rozbiegane, złe oczy. Szalone.
Szczurze (przepraszam) pyszczki.
Nie jestem strachliwa. ICH się boję.
Niby niewielcy, ale jakby coś wokół nich się snuło.
Jakiś mrok.
Są w kontakcie, porozumiewają się wzrokiem i gestami.
Prawie nic nie mówią.
Mam wrażenie, że są głodni.
Nie wiem tylko, czego...

Któregoś dnia wydawało mi się, że się na mnie szykują.
Nie wiedziałam na co.
Raczej na "dobra" które miałam w torebce niż na mnie samą - miejsce jest publiczne, można kogoś okraść lub trzepnąć w czaszkę i zwiać, zgwałcić mimo wszystko trudniej.
Nieoczekiwanie na drodze pojawił się ktoś jeszcze, ONI odstąpili od zamiaru... bądź też go nawet nie powzięli.
Nie chcę tego wiedzieć.

Rozwinięcie.

Pracując sprawnie i wydajnie dzisiejszym wczesnym popołudniem dowiedziałam się, że rano miało miejsce pewne zdarzenie.
(szykując się do pracy słyszałam straż i karetki, średnio mnie to rusza, szpital jest blisko).
Jeden z lokali w moim mieście ktoś podlał obficie benzyną, rankiem, tuż przed karetkami.
Zapłonęli dwaj młodzi mężczyźni, w tymże lokalu pracujący.
Niczym pochodnie wybiegli na ulicę, po czym zemdleni padli.
Później ta straż i karetki, jeszcze później helikopter, jego już nie słyszałam.

Zakończenie.

Pierwszy Młody Mężczyzna to syn bardzo bliskiej mi koleżanki. Znam chłopaka osobiście od lat.
Ma 5% szansy na przeżycie. Może... może już...
Drugi Młody Mężczyzna jest synem kogoś, kogo również osobiście znam.
Ma tylko kilka procent więcej.
... modlić się dla nich o życie czy o szybką śmierć...?
Bo nie wiem.
No i matki, matki, też jestem matką i sobie-nie-wyobrażam, nijak.
Do matki Pierwszego nawet nie próbuję dzwonić.
Mam wiarygodne wieści z drugiej ręki.
Właśnie dzwoniłam, do tej "drugiej ręki", nie mogła rozmawiać, coś ważnego na froncie się dzieje.

Post scriptum.

Pierwsze skojarzenie to mężczyźni o rozbieganych, złych oczach.
O szczurzych twarzach.
Niekoniecznie tak być musi.
Ale przecież MOŻE.

I przecież MOŻE być tak, że zupełnie nieoczekiwanie ktoś obleje Cię benzyną i podpali. Żywcem.
Straciłam dziś coś bardzo cennego.
Straciłam poczucie bezpieczeństwa.
Przecież to się dzieje TU i TERAZ.
A lepiej - lepiej to raczej nie będzie.
Gdzieś za uszami bezgłośnie brzmi mi "Droga"...

Przepraszam.
Post jest bardzo trudny.
Ostrzegałam.

wtorek, 3 lutego 2015

Nie myślałam

że poczuję taką pustkę.
Że TAK mi będzie brakować.
Od miesiąca prawie codziennie byłam w akcji, tej akcji, jeśli nie czynem, to z pewnością myślami.
I nagle STOP.
Nie ma.
Finito.

Siedzę.
W ciszy.
Myślę, jak jej tam jest.
ZOL jest piękny, tak mówiła córka.
Urządzony, wyposażony, spersonalizowany.
Pachnący.
Miła, sympatyczna, profesjonalna obsługa.

Chciałabym zadzwonić, ale czuję, że to nie czas.
To ja mam czekać na telefon, tak jesteśmy umówione.
Córka chorej ma teraz na głowie mnóstwo spraw.
Jestem w historii jej życia epizodem.
I tak jest dobrze.

Znałam się z chorą od wielu lat.
Bliska mi była jej córka, więc i ona była osobą, którą pozdrawiałam i z którą rozmawiałam, choć rzadko się widywałyśmy.
A teraz łapię się na tęsknocie.
Za tymi z dnia na dzień coraz bardziej rozumnymi oczami, za uściskiem ręki, za każdym wypowiedzianym słowem.
Za nią.

A co JA z tego mam...?
Dane mi było dotknąć, doświadczyć. Coś takiego nie ma ceny. To nie film, nie książka - to życie.
Doświadczenie tak mocne, że zostanie we mnie na zawsze.
Zdobyta wiedza z pewnością kiedyś się przyda.
Jeśli nie mnie, to komuś innemu.

Za wszystko, co mogłam zrobić jestem bardzo wdzięczna.
Zwykłe, codzienne życie ma sens.
Gotowanie obiadu, zakupy, troska o najbliższych to stałe, pełne zwykłego sensu czynności.
Ale czasem, niespodziewanie, przychodzi coś takiego, co ma SENS.
Nie szukasz tego, nie łowisz okazji - to po prostu ci się zdarza.
Na początku nawet nie bardzo wiesz, co-jak-i-dlaczego.
Wszystko dzieje się samo, a ty wchodzisz w to, krok po kroku.

I dopiero na końcu spostrzegasz, że dzieją ci się rzeczy niecodzienne, rzeczy cudowne.
Widzisz to wtedy, kiedy patrzysz w te oczy.
Czujesz uścisk tej ręki.
I wiesz, że jesteś w najlepszym miejscu na świecie.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Odcinek przedostatni

Wstaję o piątej.
Wykonuję codzienne poranne czynności, około 6.10 ruszam na neurologię.
Chora śpi. Siadam na korytarzowym krzesełku.
Na oddziale cisza, krzątają się dwie pielęgniarki.

- Czemu pani tak wcześnie? Transport jest dopiero o 7.30.
- Ja wiem, że o 7.00 - mówię.
SOR powiedział mi o wyjeździe o 7.00. Kilkakrotnie.
Natomiast neurologia ma w dokumentach zapis, że o 7.30. Ten dokument sporządzano wcześniej przy mnie, co w nim było napisane - nie widziałam.
O tej porze, w roboczy dzień nawet pięć minut to dla mnie bardzo dużo.

Czekam.
Minuty wloką się niemożliwie.
Przychodzi nowa zmiana pielęgniarek i salowych.
Na cichym, zaspanym oddziale kilka młodych kobiet śmieje się w głos, piszczy z uciechy, opowiada sobie dowcipy. Słyszą to wszyscy chorzy. Ich spokój się kończy.

Przyjeżdża karetka.
Nie, nie po moją chorą, po kogoś innego.
O mały włos dokumentacja chorej nie dostaje się w ręce ratowników z nie-tej karetki!
Gdyby nie moje oczy dookoła głowy tak by się stało.
Chory wyjeżdża.
Jest godzina 7.22.
Do stolika pielęgniarek podchodzi jedna z nich, siada, zabiera się za papiery.
Podchodzę, pytam, czy chorą ktoś do transportu przygotuje.
Tak, tak, proszę się nie martwić, panie właśnie przekazują sobie zmianę, zaraz chorą się ktoś zajmie.
Tjaaaa...
Nocne pielęgniarki dawno wyszły, widziałam.
A panie chichrają się od 6.50.

7.28.
Zaczyna się ruch wokół "mojej" chorej.
Przebieranie, mycie, nacieranie.
Na stopach lądują skarpetki w kwiatki, na głowę kupiłam czapeczkę, z kwiatuszkiem z boku.
Chora przytomna, rozmawiamy, pokazuję jej czapeczkę.
Podoba jej się.
Myślałam, żeby jej dziergnąć skarpetki i czapkę, ale nie zdążyłam.
Opowiadam jej raz jeszcze, co się będzie działo.
Wszystko rozumie.
- Chcesz jechać? - pytam.
- Muuuuszę... - odpowiada.
Jest w tym słowie nostalgiczna zgoda na to, co będzie się działo.

O 7.50 przyjeżdża karetka.
Zakładam czapeczkę.
- Załatwiłam Ci przystojnych ratowników - mówię. - Mogą być? Czy zmieniamy?
Chora uśmiecha się.
- Moooogą - mówi - ładne chłopaki.
Ratownicy uśmiechają się, sprawnie przepakowują "ładunek" do karetki, zdejmują chorej czapeczkę, bo w karetce ciepło.

Jestem do końca.
Stoję.
Patrzę.
Karetka rusza o 8.10.
Dzwonię do córki chorej.
Obie oddychamy z ulgą.

Karetka jest w drodze.

P.S z godziny 11.52 - sms od córki: "jest już na sali, wszystko w porządku"
Kamień.
Kamień z serca!:)))

piątek, 30 stycznia 2015

Jeśli masz dość

to nie czytaj.
Ja MAM dość.
A piszę ku pamięci.

Rano lecę do kasy ZOZ-u. Pieniądze mam przeliczone.
Mówię, za co chcę zapłacić.
- A zlecenie pani ma? - pyta kasjerka.
- ????????!
- No zlecenie, bez zlecenia ja od pani pieniędzy nie przyjmę.
- Nikt mi nie powiedział o żadnym zleceniu, kazano zapłacić to płacę! I nigdzie się stąd nie ruszę, dopóki pani pieniędzy nie przyjmie.
- Ale prooooszę sięęęę nie denerwoooować....
(jestem gotowa warczeć, krzyczeć, ale mam-się-nie-denerwować!)

Pani dzwoni do sekretariatu SOR-u.
Sekretarka biegiem przynosi zlecenie.
Gdyby zlecenia nie było transport by się nie odbył.
Dowiedziałam się o tym DZISIAJ.

Później paaaani dzwooooni jeeeeeszcze gdzieeeeś.
Ustala, jaki to transport - komercyjny czy sanitarny.
Kolejka za mną rośnie.
Komercyjny i sanitarny mają inny VAT.
Dyskusja o VAT się przeeeedłuuuużaaaa.
Na dopięcie tego tematu było - do cholery - dwa tygodnie!

Wreszcie płacę.
Podaję dane do faktury, dane córki chorej.
- Ale proszę paniąąąą, KP jest na panią x (chorą), faktura też musi być na nią!
- A kto panią prosił, żeby KP było na chorą??? Chora nie chodzi, nie mogła sama za siebie zapłacić!
- A ja fakturę muszę wystawić na tego, kto zapłacił, nie mogę na kogoś innego.

Wiem, że to bzdura.
Bzdura do kwadratu.
Ale nie mam już sił. Odpuszczam.
Chora po udarze, leżąca i niechodząca dziś około 9.00 zapłaciła za siebie w kasie SOR-u i odebrała fakturę. Tak stanowią DOKUMENTY.

Idę do chorej.
Jej stan bardzo się poprawił. Słucha, rozumie, komunikuje się. Czasem mówi, dziś jednak nie.
Opowiadam jej, że w poniedziałek wyjedzie, że przy niej będę.
Że pojedzie do córki i że będzie już bezpieczna.
Wygląda na trochę zasmuconą, może refleksyjną.
Mówię jej, że nikt już jej nie skrzywdzi i że mąż z nią jechał nie będzie.
I widzę, że w tym momencie bierze głęboki oddech i przymyka oczy...

Wychodzę z oddziału.
Po policzkach lecą mi łzy.

czwartek, 29 stycznia 2015

Bezsilność.

Już prawie piątek.
Od wczorajszego poranka często sprawdzam skrzynkę.
Obiecanego maila brak.
Nie mam kwoty, jaką mam zapłacić.
Nie mam numeru rachunku bankowego.

Dziś i jutro jestem na urlopie.
Wpadam jednak do pracy, urlop mam nie w porę (konieczność), obowiązków multum.
Przypadkiem natykam się na koleżankę - żonę ratownika.
Przypadkiem i ona jest w pracy.
Przypadkiem dowiaduję się, że jeśli ZOZ nie odnotuje mojej wpłaty to o karetce poniedziałkowej mogę sobie pomarzyć. Mogą ją odwołać nawet w poniedziałek rano i skierować do innych zadań, robią tak dość często.
NIKT mi o tym nie powiedział.
I nie wierzę w przypadki.

Robi mi się gorąco.
Jest godzina 14.00.
Dzwonię do sekretariatu SOR-u.
- Ale ja do pani maila wysłałam, wczoraj - słyszę.
- Ale ja go, proszę pani, nie mam! - mówię gniewnie.
Szukam w przychodzących, szukam w spamie - nie ma.
Sprawdzamy, adres mailowy pani ma poprawny, maila wysłała, ona ma potwierdzenie, ja maila NIE MAM.
A przelew może już nie dojść.
A jeśli dojdzie to go nie zobaczą i nie zaksięgują.

Żona ratownika mówi mi, żeby na nic nie czekać, brać kasę i lecieć płacić gotówką, bo "mój" transport naprawdę jest zagrożony.
Dzwonię na SOR jeszcze raz.
Tak, jest kasa, można wpłacić jutro od ósmej, i koniecznie proszę mi przynieść potwierdzenie wpłaty, koniecznie!
Moja wściekłość rośnie, tak się składa, że tematy płatności nie są mi obce i pięć razy się zastanowię, zanim kogoś poproszę o udowodnienie, że mi  zapłacił, bo z dowodów wynika, że jednak nie. To, że mi ZAPŁACIŁ muszę sobie najpierw udowodnić sama, to mój psi obowiązek!!!

Przepraszam za te wykrzykniki, ale na myśl o tym, że brak ODNOTOWANEJ I POTWIERDZONEJ wpłaty mógł zaważyć o wyjeździe karetki doprowadza mnie do szału. Tkany misternie i z wielkim trudem plan mógł się rozbić o coś, o czym nie miałam pojęcia. Bo nikt mi o tym nie powiedział.

Zatem jutro bladym świtkiem biorę pieniądz w zęby i biegnę do kasy ZOZ-u, otrzymuję dowód wpłaty, po czym zanoszę je na SOR i jak słowo daję, żądam potwierdzenia, że go dostarczyłam!
Czy jest JESZCZE coś, o czym nie wiem, a co załatwić powinnam???

Co za burdel, noszsz jasny gwint...

środa, 28 stycznia 2015

Quinto.

W kontekście tego.

W ubiegłym tygodniu około czwartku córka chorej zdobywa papiery od Rzecznika Praw Pacjenta z oddziału NFZ. Papiery traktują o prawie do absolutnie darmowego transportu karetkowego w istniejących okolicznościach. Podpisy, pieczątki, wszystko jest jak należy. Z tymi papierami córka idzie w miejsce, gdzie te sprawy bezpośrednio się załatwia. Pani za biurkiem robi oczy jak złotówki i twierdzi, że w żadnym wypadku i absolutnie NIE. Nic się nie należy, transport ma być komercyjny, a w ogóle to dlaczego taaaak daleko? Czy nie ma gdzieś bliżej stosownego ośrodka, gdzieś bliżej szpitala, z którego będzie odbywał się transport???
Córka tłumaczy, że chce mieć matkę jak najbliżej.
Pani zza biurka nie rozumie, poooo coooo....
Córka - osoba łagodna, opanowana - wścieka się do imentu, dzwoni do mnie, długo nie może złapać równowagi. Pod koniec naszej rozmowy jeszcze broni pani zza biurka, mówiąc że to system tworzy takich ludzi.
Mówię jej, że to nie system.
Że wszędzie można i trzeba się starać.
I że nie można pozwolić się wykreować... na kreaturę.

Córka jest straszliwie zmęczona. Zaczyna się obawiać o siebie, o swoje zdrowie i wytrzymałość. Mówi mi, że od dawna miała zaplanowany bardzo tani kilkudniowy wyjazd, z dziećmi, w gronie przyjaciół.
I że wie, że pojechać nie może.
I wstydzi się, że tak bardzo tego wyjazdu pragnie.
Rozmawiam, tłumaczę, proszę - jedź.
Złe wieści Cię znajdą wszędzie i jak będzie trzeba to wrócisz.
Matkę odwiedzają sąsiedzi, stan póki co jest stabilny, reszty dopilnuję ja.
W końcu córka chorej mięknie, pakuje się i wyjeżdża.

W tym tygodniu wysyłam faksem jeszcze jeden dokument, którego domaga się SOR.
Wszystkie wyjazdowe procedury zostają dopięte na ostatni guzik, takie mam informacje.
Po czym okazuje się, że płatność tylko gotówką, że faktury przelewowej za transport nikt nie wystawi.
Walczę.
Sekretariat SOR-u, księgowość, na koniec główna księgowa.
Nie - nie i już, ma być płatność tak jak chcemy, główna nie odpuszcza.
Podaję swój mailowy adres, żądam przynajmniej faktury proforma, jeśli ją dziś dostanę jutro zrobię przelew ze swojego konta, w piątek powinni pieniądze mieć. Niech córka chorej odpoczywa, nie chcę jej niepokoić. Tyle jeszcze przed nią, że trudno mi to ogarnąć.

W niedzielę wieczorem zaniosę na neurologię odzież na drogę dla chorej. Wtedy też ją spakuję.
W poniedziałek o 7.00 wyjeżdża karetka. Będę tam wcześniej, dopatrzę wszystkiego, na stopy założę chorej cieplutkie skarpetki. Powiem jej, gdzie jedzie i po co, ucałuję, popatrzę, jak odjeżdża.
Później zadzwonię do córki i powiem, jak jest. Córka będzie czekała w ZOL-u, w miejscu docelowym. Przywita mamę, zaopiekuje się nią.

A później Wam napiszę, co ja z tego mam.
Napiszę, kiedy się to wszystko dla mnie zakończy.

P.S. Pies ok - tylko się cieszyć:)

wtorek, 20 stycznia 2015

Po raz czwarty

Primo - tutaj.
Secundo - tutaj.
Tertio - tutaj.
Quatro właśnie się pisze.

Wczoraj około 09.30 ruszam na SOR, do sekretariatu.
Docieram około 10.00, tak byłam umówiona.
Osoba, z którą się umawiałam jest dostępna, ma dla mnie czas.
Osoba wygląda mi na szefową sekretariatu.

Teraz będzie dygresja.
Metrów kwadratowych sorowskiego sekretariackiego pomieszczenia - może z osiem.
Nie, z siedem.
Na tych metrach pracuje 6 osób.
Oddział jeden z najnowszych, niedawno wybudowanych.
Dla mnie ten metraż to jakiś kosmos.
Ludzie przyjaźni, pamiętają mnie, poznają.
W międzyczasie rozdzwania się mój telefon, nie wyłączyłam, a powinnam.
Pracownicy sekretariatu próbują rozkminić, co to za muzyka, zgadują, a ja opowiadam im historię związaną z moim komórkowym dzwonkiem. Wszyscy słuchają i wszyscy się śmieją.
Koniec dygresji.

- Powinna pani iść na dyspozytornię i tam napisać podanie. A kto jest dziś na dyspozytorni? - pada pytanie.
- Hermenegilda* - słyszę odpowiedź od jednej z osób.
- Uuuuuuuuuuuu.... - to komentarz pozostałych. Szefowej również. Na twarzach konsternacja. Lepiej tam nie iść, pytam? Lepiej nie, zgodnie potwierdzają wszyscy.
 (domyślam się, co znaczy: uuuuuuuuuuuu, przeraża mnie, że ktoś, komu nie można zaufać wysyła do ludzi karetki, decyduje o życiu lub śmierci...)

- Wie pani, proszę napisać to podanie tutaj. Ja zajmę się resztą i oddam papier komu trzeba.
Nie mam gdzie usiąść, a muszę.
Szefowa, sadza mnie przy swoim biurku, sama stoi obok mnie, widzi pani, mówi, nawet nie ma gdzie postawić krzesła, żeby ktoś z zewnątrz mógł usiąść.
No nie ma.
Kierowana przez nią piszę stosowne podanie, pani jest pomocna, mówi, co jak i do kogo.
Dokument zostawiam u niej.
Żegnam się ciepło, słyszę w odpowiedzi gromkie chóralne "do widzenia".

Idę na neurologię.
Ostatnim moim zadaniem będzie dostarczenie chorej ciepłej odzieży przed planowanym transportem.
Muszę się dowiedzieć, kiedy mam to wszystko przynieść.
Jest już po obchodzie, jest też względny spokój, przy pielęgniarskim stole trafiam na bardzo ogarniętą osobę, dość młoda kobieta, może to oddziałowa.
Bierze jakiś urzędowy formularz, spisuje dane ZOL-u (wcześniej już je podawałam, ale komuś innemu), spisuje moje dane i kontakt do mnie. Zapisuje też datę transportu i godzinę, o której chora musi być w ZOL-u.

I wtedy jak Filip z konopi wyskakuje nagle mąż chorej!
Albowiem tak, jest mąż, mąż późny, mąż nie-ojciec córki, mąż, którego zaangażowania w sprawę wszyscy się boimy jak ognia. Detali stronie internetowej nie użyczę, tu trzeba mi uwierzyć na słowo. Napiszę tylko, że człowieka widziałam tylko raz, w domu chorej, że około pierwszego do chałupy nie można wejść czystym butem bo się tego buta po cholewki ubrudzi, że w międzyczasie człowiek się ogarnia i do kolejnego pierwszego jak człowiek wygląda, po czym kółko dalej się kręci (jest 19 stycznia, wszystko mi się zgadza). I że po trzech tygodniach po raz pierwszy odwiedził żonę w szpitalu...
I że ma w tym wszystkim potężny interes - i jeszcze większego stracha.

Człowiek mnie rozpoznaje.
Pyta, po co przyszłam, pyta grzecznie.
Jestem zaskoczona i sparaliżowana, nie wiem, ile słyszał i ile wie.
Kręcę, ściemniam, przepraszam, ale ja jeszcze muszę coś załatwić.
Człowiek znika w pokoju chorej, ja półgłosem konwersuję z pielęgniarkami.
Mówię, że się boimy, że może być niebezpiecznie, jeśli on się czegokolwiek dowie.
Na ziemię sprowadza mnie oddziałowa.
- Proszę pani, informacji udzielamy tylko osobom upoważnionym, upoważniona jest córka chorej, nikt inny niczego się od nas nie dowie.
- Ja też mam upoważnienie - cicho mówię.
- Ale ja pani żadnych informacji nie udzieliłam i nie udzielę, przyjęłam tylko to, co mi pani powiedziała - odpowiada pielęgniarka.
I to jest prawdą.
I to jest pierwszy kompetentny człowiek, który ma dokładną świadomość, co i komu może powiedzieć. A ja cieszę się, że nie trafiłam na nią wcześniej. Niczego bym nie załatwiła! I modlę się, żeby mężowi chorej nikt nic nie powiedział. Jest na to nadzieja. Do wyjazdu jest jeszcze 12 dni. Jeśli chora dnia transportu dożyje (stan jest stabilny, choć ciężki) i dojedzie do ZOL-u będzie bezpieczna. Będą przy niej ludzie, którzy ją kochają. Nikt jej więcej nie skrzywdzi...
A mąż, który pojawia się po trzech tygodniach (udar miał miejsce w jego obecności) z pewnością wątpliwości w personelu wzbudzi.

Szykuję się do wyjścia.
Mąż chorej ponownie próbuje się dowiedzieć, po co przyszłam.
Kryguję się, uśmiecham, mówię, że córka chorej mnie prosiła, że coś tam i jakoś tam. Trzymam dziób na kłódkę coby mi się nic nie wypsnęło, zakładam kurtkę, podaję rękę mężowi, żegnam się.
Przy dobrych wiatrach więcej się nie zobaczymy, choć życie pisze różne scenariusze.

Co przede mną w tym temacie?
Ewentualne odwiedziny u chorej - postaram się.
Dostarczenie odzieży na drogę.
Na tym moja rola najprawdopodobniej się skończy - i dobrze.
Będzie jeszcze w tym temacie jeden post, taki podsumowujący.
W komentarzach malujecie mi laurki. Muszę więc Wam napisać, że ja też coś z tego wszystkiego mam. Że mam bardzo dużo. Napiszę Wam, co mam.
Opiszę też wszystkie przemyślenia, jakie w trakcie załatwiania spraw chorej przyszły mi do głowy. Mam pomysł na nowy szpitalny etat. Tylko NFZ go pewnie ani nie uzna, ani nie sfinansuje.

No i mam jeszcze jedną wiadomość.
Tu był początek.
Tutaj rozwinięcie.
A dziś... dziś jest KONIEC.
Dziś w nocy człowiek odszedł, by nie powrócić już nigdy.
Po wielkim cierpieniu jego samego i rodziny.
Pogrzeb lada dzień.
Takie życie...

P.S. Może nie powinnam, ale te psie zapiski mnie samej ułatwiają pamiętanie, co jak i kiedy. Psina dziś rano wymiotowała żółcią. Forma dobra, plasterek wędliny pożarła, takie wymioty wcześniej jej się zdarzały. W kontekście jej choroby odnotowuję, że zdarzyły się dzisiaj.

* - dane osoby zostały zmienione.

piątek, 16 stycznia 2015

Po raz trzeci

w temacie, którego początek tutaj, a drugi "odcinek" tutaj. Podpowiedź dla tych, co zajrzą tu dziś pierwszy raz.

Środa, 14.01.2015.

Około południa rozmawiam z szefem prosząc o możliwość wyjścia do szpitala w czwartek. Ależ proszę, oczywiście, jak najbardziej. Po czym pod fajrant zostaję zarzucona ogromną ilością dodatkowej pracy (na codzień pracuję sama, wiem co mam robić, nadzorują mnie nieprzekraczalne terminy, kilkanaście w miesiącu), którą może wykonać każdy średnio ogarnięty pracownik umiejący obsłużyć komputer. Mam to zrobić najpóźniej do 15.00 w czwartek. Zostać dłużej w pracy w środę nie mogę. Nie mam pojęcia, jak to ogarnę.

Czwartek, 15.01.2015.

Zaczynam zleconą robotę od samego rana, zaniedbując to, co jest bardzo pilne, a o czym szef zwyczajnie nie ma pojęcia. Idzie wolno, pracy urządzenia nijak nie przyspieszę.
W międzyczasie dzwonię do szpitala. Tak, ordynator będzie o tej godzinie, tak, na pewno będzie, proszę przyjść.
W momencie wyjścia z pracy około 80% roboty mam zrobione. Tuż przed wyjściem dowiaduję się, że szef od jutra na urlopie. Trafia mnie dokumentnie. O urlopach szefa powinnam wiedzieć wcześniej i bynajmniej nie dlatego, że mam taką fanaberię.

Wypisuję się, wychodzę z pracy, docieram na neurologię.
Ordynatora nie ma.
Przyjmuje w poradni w innym mieście. Będzie za... godzinę?
To nie przypadek nagły, nie wezwanie na SOR, nie awaria, alarm czy inna cholera.
Nie ma go, bo nie miało go być.
Trafia mnie podwójnie, a przecież spokój, tylko spokój, inaczej nie załatwię nic.

Zaglądam do chorej.
Mały, bledziutki, ciężko oddychający człowiek. Zero kontaktu.
Idę do lekarza prowadzącego. Pani to jakoś tak na mnie trafia mówi doktor od-trzęsących-się-rąk (dziś się nie trzęsą), a ja to na tej sali jestem lekarzem z doskoku. Ale pana nazwisko jest pierwsze, dlatego do pana przychodzę, mówię. (Doskok? Doskok?? Na sali intensywnego nadzoru neurologicznego??? No sorry, mnie się to nie mieści nigdzie, zostawiam to dla siebie, spokój, tylko spokój). Wyjmuję upoważnienie (od tej pory WSZYSCY będą mnie traktować z atencją należną rodzinie chorej, to jest dla sprawy bardzo dobre, ale o dowód tożsamości nie poprosi mnie nikt, nikt nie sprawdzi, czy osoba na upoważnieniu to rzeczywiście ja).
Tak, stan jest poważny, nie, nie zmieniło się nic, a na to pytanie to ja pani nie odpowiem, proszę do ordynatora.

To idę.
Na SOR, do karetek, bo ordynatora nie ma.
W sekretariacie SOR-u przepytują mnie na okoliczność, udzielają informacji, 10 dni przed planowanym transportem trzeba zgłosić zapotrzebowanie. Dostaję szacunkową informację o kosztach, powinny się zamknąć w kwocie 1.500 zł, chyba że wie pani, że będzie musiał jechać lekarz, wtedy koszty wzrosną, będzie trzeba za godziny lekarza też zapłacić.

Wracam na neurologię.
Jest ordynator, uff, ale nie, teraz nie mogę mieć dla pani czasu, dopiero wróciłem, muszę ogarnąć oddział.
Na drzwiach ordynatora jest napisane, że codziennie w godzinach od - do wraz z lekarzem prowadzącym udziela informacji o pacjentach. Jestem dokładnie w tych godzinach. Czuję, jak opadam z sił, czuję za plecami ciężar mijających minut i pracę, którą do 15.00 muszę, muszę oddać.

Ordynator woła mnie do siebie. Jest z nim sekretarka. Przyjazny człowiek. Dobra wola. Dobrze mu z oczu patrzy. Ale informacji o pacjencie udziela lekarz prowadzący, proszę pani. A lekarz prowadzący właśnie odesłał mnie do pana, ordynatorze doktorze. I ja stąd nigdzie nie pójdę. Już nie mam dokąd iść.
Ordynator zaczyna współpracować. Stan chorej stabilny ale bardzo ciężki. Jest ZOL? Macie państwo ZOL, naprawdę? Dopiero od 2 lutego? No dobrze, przetrzymam pacjentkę na oddziale, skoro tak już być musi.O koordynacji transportu z miejsca A do miejsca B nie wie ordynator nic, bo proszę pani, ja tu jestem żeby leczyć ludzi, TO jest moje zadanie.
A ja jestem proszę pana kompletną idiotką,  neurologiczno - szpitalną blondynką, ja nie wiem jakie tu obowiązują zasady czy inne procedury, czy ktoś mnie może poprowadzić za rękę i podpowiedzieć, co, jak i w jakiej kolejności??? Tych słów nie używam, ale sens mojej wypowiedzi jest właśnie taki.

Przejmuje mnie sekretarka ordynatora. Dobra w kontakcie. Dzwoni na SOR, mam tam pójść jeszcze raz.
Idę.
Wracam.
Ordynator woła mnie do siebie po raz drugi.
- Proszę pani, stan chorej dziś, rozumie pani, dziś jest stabilny, dziś mogłaby jechać karetką z dwoma ratownikami i wtedy koszty transportu ponosi rodzina. Ale ja nie wiem, ja nie wiem, co będzie drugiego lutego, może być gorzej i wtedy nie puszczę pacjentki w taką podróż bez lekarza. A koszty transportu z lekarzem zawsze pokrywa szpital. A do drugiego lutego, wie pani, do drugiego lutego...
- Chora może umrzeć - wyręczam ordynatora. (Dlaczego boi się o tym mówić?)
- Tak. Może tak się zdarzyć - odpowiada.
Jasne, że może. Mam taką świadomość, domyślam się, a od tej chwili mam już konkret. Taka informacja jest bardzo cenna. Zresztą każda jest cenna. Bo z każdą wiąże się jakaś wiążąca, ważna decyzja.

Po ponad dwóch godzinach wiem już prawie wszystko.
Że transport odbywa się niejako sam.
Że karetka w danym dniu wiezie pacjenta z miejsca A do miejsca B i że nikt z rodziny przy tym być nie musi.
Wiem kiedy z lekarzem, a kiedy bez lekarza.
Jestem już w drodze do pracy kiedy dociera do mnie, że przecież szpital nie ma adresu ZOL-u!
Zdobywam adres od córki chorej, wracam na oddział, podaję dane, biegnę do pracy.
Skończoną robotę ślę mailem o 15.05.
Złachana jak koń po westernie.
W domu nie ma już ze mnie żadnego pożytku.
Na szczęście mogę sobie pozwolić na nicnierobienie.

Nie wiem, czy moje słowa dobrze oddają oddziałowy organizacyjny bajzel, spychologię, brak rzetelnych informacji, proces wydzierania z gardeł poszczególnych osób danych, bez których nic nie można załatwić ani rozwiązać. A to jest jeden z lepszych, z najlepszych szpitali w Polsce. Spełniający najwyższe standardy matki Unii. Posiadający wszelkie możliwe certyfikaty. Zasady działania ma opisane w szeroko pojętych PROCEDURACH.
Dlaczego więc jest tak, jak jest? DLACZEGO???

Ja - ja jestem tą sprawą zmęczona do imentu, a przecież to tylko część tematu. Są jeszcze długi, jest mieszkanie, jest całe mnóstwo spraw, które musi załatwić córka. Jak zmęczona musi być ona? A przecież nie żali się, nie narzeka, kiedy życie w jednej chwili ograbia ją z matki i przywala ciężarami trudnymi do uniesienia.
Zrobię wszystko co mogę, żeby jej pomóc.
I Wam również za każdą pomoc bardzo dziękuję.
Każdy komentarz, każdy mail, każde najdrobniejsze słowo mogą nas naprowadzić na jakiś istotny trop. Każda modlitwa może posłać dobrą myśl w miejsce, w którym nasze zdolności się skończą. Dlatego nie znajduję odpowiednich słów wdzięczności i ośmielam się prosić o jeszcze.
Piszcie.
Komentujcie.
Mailujcie.
To jest nie do przecenienia.
A to, co opisuję może komuś kiedyś się przyda.

Cdn.
Córka przyjeżdża w sobotę.

P.S. Zwierzyna szaleje - żre, skacze, rozśmiesza nas na każdym kroku. Po chwilowym osłabieniu znów jest poprawa. Ciekawe, na jak długo...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kolęda i niespodzianki

Ciąg dalszy (patrz poprzedni post).

Od soboty od godziny 13.00 "kolędujemy".
Najpierw szpital.
Chora bez kontaktu.
Lekarz dyżurny mówi, że on nic nie wie, że do lekarza prowadzącego proszę, koniecznie w tygodniu i tylko do piętnastej.
Koniec końców przyciśnięty do muru delikatną perswazją ujawnia, że był kolejny udar, że "dolało" (to dane z trzeciej tomografii), że porażenie się zwiększyło i stan jest bardzo ciężki. 
I że chora nie kwalifikuje się do wypisu i nie nadaje do dłuższego transportu (max kilka kilometrów).

Córka chorej mówi, że nie może przyjechać w tygodniu.
Że chce mnie upoważnić do rozmowy z ordynatorem, żeby otrzymać niezbędne informacje.
NIE WOLNO.
A jak wolno?
Podejść do łóżka chorej,  czekać aż otworzy oko, zawołać pielęgniarkę, poprosić chorą o mrugnięcie otwartym okiem, pielęgniarka potwierdzi, że chora zgodziła się na upoważnienie.
Pielęgniarka z kolei mówi, że tym powinien zająć się lekarz, że jedynie w obecności lekarza coś takiego jest możliwe.
Chora oczu nie otwiera.
A personel spuszcza nas po rynnie.

Wychodzimy ze szpitala, idziemy do kogoś, kto był blisko z chorą i koniecznie chce się spotkać, bo ma ważne informacje. Znam dobrze tę osobę, córka chorej nie zna jej zupełnie.
Dowiadujemy się, że koniecznie natychmiast trzeba coś sprawdzić.
Bo może być bardzo niebezpiecznie.
To "coś" to banki.
Nies-po-dzian-ki.

Robi się godzina 16.00, nie ma czasu na domowy obiad, lądujemy w pobliskiej pizzerii, łapiemy oddech, córka chorej oswaja się z niepokojącymi wieściami. Rozdzielamy się - ona wraca do mamy, ja idę do niewidzianych od czasu choroby rodziców. Uzbrojona w klucze do mojego mieszkania córka chorej wróci, kiedy będzie chciała i mogła.
Ostatecznie lądujemy obie w moim domu około 20.00.
Herbata z miodem i cytryną, kolacja, pogaduchy, wyrko.
Jesteśmy wyżęte.

Niedziela.
Córka chorej wybywa do szpitala, później planuje wyjść na dworzec, ma przyjechać jej syn, wspólnie mają iść do mieszkania matki, w którym mieszka matki mężczyzna. Można się tam spodziewać wszystkiego, należy zachować daleko idącą ostrożność.
Syn nie przyjeżdża, rozchorował się, córka chorej prosi, żebym razem z nią do mieszkania poszła. Już wcześniej wspominałam, że jeśli będzie potrzeba to pójdę.
Pijemy kawę, zabieramy pakowne torby, idziemy.
Mam się przygotować na masakrę teksańską, na brud i smród.
Zastajemy człowieka w totalnym ładzie, mieszkanie błyszczy, kultura, miód i orzeszki.
Tak jest na TĘ chwilę.

Córka chorej okazuje się mistrzem mediacji i oazą cierpliwości.
Zdobywa prawie wszystkie niezbędne dokumenty, jest tego sporo, pakujemy je do toreb.
Po godzinie z okładem żegnamy się, wychodzimy.
W domu podaję szybki obiad, córka chorej wstępnie przegląda potężną stertę papierów, robi jej się słabo.
Później łapie oddech, naprędce pisze mi upoważnienie do rozmowy z ordynatorem (może akurat się uda, będę próbować), pakuje niewielką część dokumentów matki i pyta, czy może zostawić dwie wielkie torby papierów u mnie i czy znajdę chwilę czasu, żeby dokumenty chorej przejrzeć.
Może. Przecież ich nie dźwignie, jedzie pociągiem.
Znajdę czas.
Przejrzę.
Posegreguję.
Kobieta ma tyle na głowie, że z trudem wszystko ogarnia.

Córka chorej wyjeżdża.
Wieczorem zamykam się w pokoju.
Głowę mam jak trzydrzwiowa szafa.
Próbuję się wyciszyć.
Wstępnie przeglądam papiery.
I teraz mnie robi się słabo...

To jest bardzo trudne.
Grzebię w dokumentach człowieka, którego znam.
Składam w całość fakt po fakcie. Wszystkie udokumentowane.
Pieczątki, podpisy, umowy, skutki prawne umów.
To jest jakiś horror.
Chcę się obudzić.
A czym to będzie dla córki?
I jak mam jej o tym powiedzieć...

Umrzesz.
Umrę.
Zostaną po nas papiery i wynikające z nich skutki prawne naszych zobowiązań lub należności.
I będą w tych papierach grzebać ludzie, będą odkrywać wszystkie TAJEMNICE.
I będą musieli ponosić konsekwencje naszych wyborów.
I tylko od nas zależy, czy to, co znajdą polepszy ich jakość życia czy być może to życie zrujnuje.

Trwam w stuporze.
Trudno mi się z tego otrząsnąć.
Tak naprawdę tylko śmierć chorej może jej córkę ocalić.
Potrzebny będzie najlepszy w temacie prawnik.
Niestety on też będzie chciał kasę...

Cdn - w środę idę do ordynatora neurologii.
W sobotę przyjedzie córka chorej.
W międzyczasie może zdarzyć się bardzo wiele.

NATYCHMIAST zaczynam porządkować swoje papiery.
Nie ma w nich rzeczy strasznych dla moich dzieci, ale są moje tajemnice.
Muszę przejrzeć każdy papierek.
Nie chcę, żeby ktoś kiedyś w tym grzebał...

P.S. Psina raczej dobrze, głowę mam zajętą czym innym, więc specjalnie się nie przyglądam. na pewno mniej je. Może to jakiś symptom, a może nie. Się zobaczy.

piątek, 9 stycznia 2015

W trzech aktach.

Pierwszy. Ubiegły tydzień. Dnia nie pamiętam. Mój dom.

Dzwonek. Ja z gorączką, w stanie wizualnym paskudnym.
W domofonie głos i znajome nazwisko.
Bliski człowiek, z którym lata nie miałam kontaktu.
Matka z trójką nastoletnich dzieci.
Mieszkają prawie 200 km od mojej miejscowości.
Kilka lat temu jej mąż znalazł sobie nowszy model i dostał amnezji, szczególnie w kwestii finansów.
Matka tej matki kilka dni temu miała udar mózgu. Leży w szpitalu.
Matkę matki też znam, o udarze wiedziałam, na oddział nie poszłam, bo zarazki.

Czwórka ludzi prosi o pomoc w znalezieniu taniego noclegu.
Obdzwaniamy wszystkie możliwe miejsca, nie ma nic.
Zatrzymuję ich u siebie.
Oddaję im do dyspozycji pokój, są przygotowani, materace i śpiwory i swoje jedzenie.
Matce ścielę ciepłe łóżko, jest skonana, wiadomość o udarze spadła na nią jak grom.
Niekoniecznie z jasnego nieba.
Daję im klucze, przy łóżku chorej może być tylko jedna osoba, wymieniają się, przemieszczają.
Są w tym wszystkim totalnie niekłopotliwi.
Mąż robi młodzieży internet.
Ja nie mogę robić nic.
No posiedzieć chwilkę z kawą, a najlepiej poleżeć mogę.

Wyjeżdżają.
Jesteśmy w kontakcie.

Drugi. Wczoraj. Neurologia.

Jestem w pracy. Dzwoni matka.
Znalazła swojej matce miejsce w dobrym ZOL-u, w swoim mieście.
(jest silny nacisk ze strony neurologii na jak najszybsze zabranie chorej z oddziału).
Wchodzę na stronę ZOL-u, zdalnie sterowana drukuję potrzebne dokumenty, obiecuję zanieść na oddział.
Dokumenty ważne i bardzo pilne, potrzebne na wczoraj, będę grać rolę dalekiej kuzynki i prosić o ich wypełnienie.
Na oddziale jestem około 15.15, lekarza dyżurnego brak, poszedł na konsultację na SOR.
Idę do chorej.
Na łóżku skurczony drobiazg, zamknięte oczy. Śpi.
"Udar krwotoczny z porażeniem czterokończynowym i afazją". 66 lat.
Porażony również ośrodek mowy.
Dramat.

Po godzinie wraca lekarz.
Biegnę, żeby mi nie uciekł.
Młody, około 35 lat.
- Muszę zrobić siku i muszę coś zjeść, od rana nie jadłem.
Widzę mocno drżące ręce i bardzo zmęczoną twarz, bez cienia uśmiechu.
- Niech pan zrobi siku i zje, ja poczekam - mówię.
Idzie siku.
Wraca.
Chce papiery.
- Niech pan zje, poczekam - mówię.
Ponawia prośbę o papiery, wypełnia dokładnie to co trzeba, ręce nadal mocno drżą.
- Resztę wypełni pielęgniarka, proszę iść do niej - mówi.
Dziękuję najcieplej jak umiem. Idę.
Pielęgniarka kompetentna i chętna do współpracy, wypełnia wszystko migiem.
W skali Barthela chora dostaje zero punktów.
A ja - daleka kuzynka - dostaję papiery do ręki (!).
To jest bardzo potrzebne i bardzo ważne i bardzo na rękę matce chorej. Bardzo.
Bo nie może przyjechać w dzień roboczy, bo będzie dopiero w sobotę.
Ale z drugiej strony... wydano wrażliwe dane zupełnie obcej osobie.
Nie wylegitymowano mnie, nie spisano danych z dowodu osobistego.
Uczucia mam mieszane.

Idę do chorej.
Ma otwarte oczy.
Zadaję proste pytania: poznajesz mnie - mrugnij.
Mruga...
Nie możesz mówić, wiem - w odpowiedzi słyszę "mmm...", które ma chyba brzmieć jak "mhmmm".
Opowiadam o córce, o wnukach. Słyszę głębokie westchnienie. Takie wsobne.
Widzę próbę odpowiedzi na moje słowa. Nieudaną.
Ona rozumie co mówię.
Zespół zamknięcia - ?
Żegnam się szybko. Jestem tuż po chorobie, nie chcę do jej cierpienia dorzucać wirusów czy innych bakterii.

Trzeci. Wczoraj. Ratownictwo medyczne.

Pielęgniarka z neurologii informuje mnie, że chora będzie potrzebowała profesjonalnego karetkowego transportu.
Bo poważne zagrożenie życia.
W ramach powiatu transport jest bezpłatny.
Dalej już nie...
Zapytana o koszty odsyła mnie na SOR, do ratowników.
To idę.
Trafia mi się jakiś duży chłop, uprzejmy, przedstawiam sprawę, prowadzi mnie na dyspozytornię, patrzę ciekawie na wszystko wokół, raczej tam pewnie nie wrócę, to miejsce zamknięte dla obcych.
Dyspozytornia podaje numer do sekretarek SOR-u, dzwonić jutro znaczy dzisiaj, bo pracują do 15.00. Ale wie pani, to będzie kosztowało, ratowników musi jechać dwóch, płaci się za godzinę pracy 80 zł no i liczymy tam i z powrotem, więc około 5 godzin będzie na pewno. No i jeszcze koszty karetki.

2 ratowników razy 80 zł razy 5 godzin daje 8 stów.
No i jeszcze koszty karetki.
Ile to będzie razem? Liczyć w tysiące???

Chora całe życie uczciwie pracowała w dobrej firmie i nieźle zarabiała.
Mniemam, że składki NFZ od jej wynagrodzenia były spore.
Dziś nie może nawet powiedzieć słowa.
I nie ma dla niej karetki w ramach NFZ.
NIE MA.

Nie umiem tego zrozumieć.

Cdn - albowiem matka będzie u mnie w sobotę i niedzielę.

P.S. Psina... chyba coś zaczyna się dziać.  A może przewrażliwiona widzę więcej, niż trzeba? 
Pożyjemy.
Zobaczymy.

środa, 31 sierpnia 2011

Paula...

Kibicowałam jej prawie od początku.
Ze świadomością, że finał może być taki, jaki jest...



Ostatnie zdjęcie Pauli z jej bloga...

Walczyła do końca.
Podziwiałam tę walkę, ale w ostatnich dniach widziałam i czułam, że szanse są coraz mniejsze...
Ja już przeżyłam tak wiele, gdybym to ja odeszła to byłoby takie bardziej zwyczajne... dzieci już samodzielne, mogę być przydatna, pomocna, ale już nie jestem niezbędna... naprawdę tak myślę.

Ciężko, kiedy odchodzą tak młodzi ludzie... albo dzieci, małe dzieci...
Ciężko, kiedy odchodzą matki małych dzieci albo ich ojcowie.


Pauluś, dla Ciebie już życie-po-życiu.
Ty już wiesz, Tyś już po tamtej stronie.
Dałaś przykład, jak żyć do końca.
Chciałabym tak umieć.
Dziękuję za wszystko, czego mogłam się od Ciebie nauczyć.

Ech.
Ciężko mi, co tu gadać.

środa, 20 lipca 2011

Mnie też smutno...

I zwlekam z usunięciem z lewego panelu linka z tym zdjęciem:



Nie czytałam dotąd całego bloga Małgosi.
Właśnie nadrabiam...

poniedziałek, 18 lipca 2011

Poznałam ją mniej więcej...

... mniej więcej sześć lat temu.
Średniego wzrostu, ciemnooka. Była bardzo smutna. Bardzo małomówna.
Wyglądała jak zastraszona dziewczynka.
Dorosła dziewczynka...

Po kilku tygodniach jej bywania u nas dowiedziałam się, że nie ma pracy. I że jest po studiach prawniczych. Po niej samej widać było, że wiele przeszła. Bardzo mało było w niej życia... I bardzo chciała pracować, ale praca nie chciała się dać znaleźć. Koneksji żadnych, żadnych znajomości. I żadnych ofert.

Udało jej się zaufać jednej z nas, przed tą osobą otworzyła się całkowicie. Mnie udało się zbliżyć do niej na tyle, że mogłyśmy od czasu do czasu porozmawiać i nawet czasem się pośmiać. Cieszyłam się z tej bliskości. Leżała mi na sercu ta dziewczyna, czasami miałam wrażenie, że ból który w sobie nosi rozsadzi kiedyś jej serce, a samotność wewnętrzna nie pozwoli żyć.

I dane było mnie, nam wszystkim oglądać na własne oczy, jak przemieniany jest człowiek, uzdrawiane jego serce, przywracana, a właściwie budowana na nowo wiara, że jest się kimś i że przez sam fakt człowieczeństwa jest się wartościową  istotą. Bo poczucia własnej wartości nie daje nawet kilka ukończonych elitarnych kierunków ani też mnogość tytułów przed nazwiskiem. Najgłębsze poczucie własnej wartości ma się tylko w Nim...

Zmieniała się z miesiąca na miesiąc. Po pewnym czasie znalazła się też praca - miejsce dla niej tak dobre, że szyte prawie na miarę. Po jakimś czasie za namową swojego szefa postanowiła spróbować zdać egzamin aplikacyjny. Ten, który zdawali ongiś jedynie ludzie mający wiadome rodzinne koneksje. Nie miała w sobie wiary, że ma choćby cień szansy.
Spróbowała.
Zdała...

Mocno szwankowało jej zdrowie, a w perspektywie były studia aplikanckie, 3 lata i 6 miesięcy bardzo ciężkiej pracy. Wyjazdy, praktyki. Pracowała z całych sił mając jednocześnie świadomość, że po ludzku nikt za nią nie stoi. Że jest zdana na siebie - a jednocześnie nie tylko na siebie... że jest krucha emocjonalnie, wrażliwa... Często mówiliśmy jej, że kiedy zabiera głos, kiedy w trakcie dyskusji nad trudną sprawą postanawia się wypowiedzieć to jej dwa zdania tchną taką precyzją, że nam wszystkim opadają szczęki. Nigdy nam nie uwierzyła...

Studia aplikanckie pomyślnie skończyła okupując każdy egzamin potężnym stresem.
Niecały miesiąc temu podeszła do ostatniego, najważniejszego egzaminu, pisałam Wam.
Cztery dni po sześć godzin, dzień po dniu.
Dziś dostałam sms-a następującej treści: "Zdałam!!!! Boże, zdałam!"

Wzruszenie trzyma mnie już długo.
To kolejna z ludzkich historii, którą znam i która zapiera mi dech w piersiach.
Za kilka dni ją przytulę i uściskam - Panią Radczynię, która o własnej wartości, tej najpierwszej, tej ludzkiej dowiedziała się od Najwyższego, a której wartość zawodową potwierdziła Najjaśniejsza Komisyja wydając werdykt: "Nadaje się! Może radzić!":)

P.S. 1. Jak to dobrze mieć znajomego radcę prawnego:)))
P.S. 2. Nie mogłam się oprzeć, żeby tego nie napisać! O dzierganiu też JESZCZE będzie, następnym razem:)