Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspolne dzierganie i czytanie u Maknety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspolne dzierganie i czytanie u Maknety. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2015

Nazbierało się tego

Oj, nazbierało:)
Cyknęłam fotkę zbiorczą, taki uroczy bałaganik, niestety wyszła nieostra, a na powtórkę nie mam już czasu.
To lecę po kolei.

To już znacie - czeka tylko na połączenie i wykończenie. A właściwie czekają obie, bo są dwie, widać?
Dolna czeka na ostatni rządek i wciągnięcie nitek, przy górnej (większej) będzie jeszcze sporo pracy:


Z pokazywanych onegdaj kłębków malabrigo arroyo powstały cztery czapki i dwa kominy, czapki skończone, kominom tylko nitki, a całości porządne sfocenie, ale póki co pokazuję, jak mam:


Tunika arroyo vaa skończona (tylko nitki, nitki, nitki), zdjęcie fatalne, ale MUSIAŁAM,  a udzierg się suszi:) Już wiem, że będzie potrzebna niewielka przeróbka, zrobię ją ogólnie znanym chitrym sposobem i zajmie mi to nie więcej, niż jeden wieczór:
 

Poniżej próbkuję, to bawełna z wiskozą lana gatto, bawię się pierwszym z brzegu ściegiem, ciężko się przestawić ze sprężystego malabrigo na sznurek, ale muszę potrenować:) Podoba mi się to, co widzę, muszę pomyśleć nad jakimś ażurem, wszak to ma być udzierg letni, nie wiem tylko, czy tego typu włókno dobrze mi się zblokuje. Pięknie proszę o podpowiedź, nigdy jeszcze nic z takiej mieszanki nie robiłam i nie wiem, czego się spodziewać. Wiem, że będzie to dzianina lejąca się, ale czy się zblokuje? Poradźcie coś, pliiiis.


A teraz kompletna nieprzyzwoitość, po prostu nie wiem, jak się wytłumaczyć, ale TO chodziło za mną już strasznie długo i wreszcie się zdecydowałam. Planuję czarną bluzkę i białą tunikę, muszą być ażury, lekkość, zwiewność - jedwabie i koronki jednym słowem. Pomysłu jeszcze nie mam, słabo mi na samą myśl, że mam się za TO wziąć, trzeba się będzie przełamać:)


Zakładkę do książki dostałam od jednej z blogokoleżanek, bardzo ją lubię, choć ostatnio towarzyszą mi głównie audiobooki z tabletu lub kindelek:)

Przy ostatnich dziergankach  towarzyszyła mi "Droga". Bardzo trudna lektura, trzeba do niej mocnych nerwów. Niemniej to dobra książka. Tak myślę.


Okładka produktu


(zdjęcie z serwisu audioteka.pl)

Serdeczności wszystkim zaglądającym:*

środa, 25 marca 2015

Dużo bym pewnie

mogła mieć do gadania, dziś jednak będzie krótko.
Jest we mnie milczenie i nie chcę mu przeszkadzać.
Uwięziła mnie w domu na kolejny tydzień angina.
Coś obfity w choroby ten rok.
Więc znów pracowe laptopy i segregatory, a w międzyczasie dzierganie i audiobooki.
Do pracy wróciłam wczoraj.

Dobrze mieć gdzieś na półce całe pięć motków zakitranej i nieco zapomnianej włóczki.
A jeśli to już jest malabrigo arroyo vaa to już w ogóle jest super.
Zatem wykopałam i zaczęłam drutować.
A dzieje się tunika.
To bardziej zimowy niż wiosenno-letni udzierg, ale ojtam.
Przyda się.
Miałam problem z wydobyciem rzeczywistego koloru, wierniejszy obraz jest na pierwszym zdjęciu.


Dziergana od góry, bezszwowo, fason prosty, mieszanka ściągacza i dżerseju.


Tył planuję dłuższy i zaokrąglony, cały dół wykończę "nieściągającym" ściągaczem, nie mam jeszcze pomysłu, jak dalej pociągnąć rękawy. Może się coś w trakcie urodzi.

A do czytania/ słuchania raz jeszcze polecam "Czerwony alert" - tu piszę o nim więcej.
Dziś w ramach wspólnego dziergania i czytania.
Ciekawych pozycji do polecenia mam całe mnóstwo.
Przyjdzie na to czas:)

czwartek, 19 lutego 2015

Mimo, że drżałam - dosięgły mię.

I nie tylko mię.
Zatem nie warto drżeć:)

Od piątku (znaczy siódmy już dzień) mój-ci-on leży i kwiczy.
Znaczy już kwiczy mniej, ale jeszcze, książkę by można, wszak prawdziwym mężczyzną jest.
Ja byłam dzielna baaardzo.
Po czym w poniedziałek poszłam zepsem na długi spacer.
Było lekko poniżej zera, ludzi prawie wcale, wzięło mnie na śpiewanie.
No to szłam i śpiewałam.
Pies się na mię oglądał, nieprzyzwyczajony widać:P
We wtorek było mi lekko dziwnie w okolicy tchawicy.
Dziś jest czwartek.
Już cienko śpiewam:)
Wzięłam dwa dni chorobowego urlopu (URLOPU, nie ZLA).
Telefon gotuje mi się od rana, afera podatkowa, afera budżetowa, chorowania ni ma!
Przed urlopem pracową kuwetę ogarnęłam bardzo porządnie, a tu masz - afera za aferą.
Albowiem pełno tam takich, co wszystko w aferę obrócą.
To se skarbówkę obdzwoniłam z temi podatkami i już wiem, co i jak.
I mam to głęboko.
Bo se mogę mieć:)

W udziergach dalekobieżnych zrobiłam sobie czasową przerwę.
Dla zdrowotności.
I z braku wolnych godzin, minut i sekund.
I strasznie mi się zachciało czegoś małego i prostego.
Szybko dojrzałam potrzebę - absolutną i bezwzględną.
W robocie upierdzielił mi się pojemnik na przydasie, nadaje się jeno do wyrzucenia.
To se zrobiłam własne pojemniki, na dodatek bezkosztowo.
Całe TRZY.
Na razie stoją w chałupie, ale w poniedziałek je zaniese.
Jednego już przymierzałam - bedzie cud miód, piknie.

 
Kolory z lampą wierniejsze:


I jeszcze z utensyliami:


I inny rzucik:


A to som, psze Państwa, dżemowe słoiki, obrobione szydełkiem (włóczka rozetti first class, resztki) oraz opasane szydełkową wstęgą z kwiatkiem. I w realu są o wiele ładniejsze, musicie mi wierzyć na słowo! Prezentuję je w chałupie, na tle mojej cudnej ściany (trawertyn z miką, kładziony rękami ulubionego miszcza), ale ich miejsce jest gdzie indziej i tam im będzie ładniej.

To dziergam.
A co czytam?
A nic!
Bo słucham:)
Kupiłam se takie cuś:

 


 A właściwie już obsłuchałam.
Miód na uszy, stosowne napięcie oraz teleportacja w klimaty tamtych miejsc i czasów.
I zdanie: "Czy zechce mi pan wyświadczyć tę uprzejmość...?"
Tego się nie da przekazać, to trzeba posłuchać.
Nie wszystkie audiobooki lubię, nie każdy wiernie oddaje nastrój książki.
Ten mnie urzekł, o ile spływające krwią walki sycylijskich rodzin mogą być urzekające:)

Mam jeszcze do obgadania/pokazania (bo obiecałam):
1. Ponczo od mamy (się koryguje, to było konieczne, strrrasznie mi się podoba, pokażę po zakończeniu korekty);
2. Coś, co miałam pokazać, co udziergałam kiedyś - nie mam jeszcze fotek bo nie ma światła (jak się jutro będę w miarę czuła to sfocę, będę w domu w porze najlepszego oświetlenia);
3. Coś o zwierzynie, to jest szok i szał, w życiu się tego nie spodziewałam.

Dziś w ramach strajku nie zrobiłam obiadu i zamawiam pizzę.
W końcu JA TEŻ mogę być chora!
I niech mi tu ktoś spróbuje napisać inaczej...
No niech!
:*

środa, 21 stycznia 2015

Dziergana środa:)

Dalej czapkuję, czapka jest już całkiem czapkowa, kończę drugą warstwę, niedługo je obie połączę. Miejscem ostatecznego łączenia warstw będzie czubek głowy. Pierwotne łączenie jest w miejscu, gdzie kończy się plisa ściągaczowa/otok/jakgotamzwał:


Czapka sobie stoi samorządnie i niezależnie, otok ma podwójny, więc tenże ją w pionie trzyma. Warstwa, którą w tej chwili widać jako spodnią jest cała w niebieskościach, tutaj widać czubek lewej strony:


A tutaj na plaskacza, strona niebiesko - czarna, widać, że to zwyczajna zwyczajność, w towarzystwie czerni niebieski się tak jakoś rozjaśnił:


Tu podobne zdjęcie, aczkolwiek deczko przyciemnione, kolory bardziej prawdziwe. Czapka jest robiona całkowicie bezszwowo, ma dwie prawe strony, wzór przeze mnie umyślony, musiałam właściwie tylko ustalić, ile potrzeba nabrać oczek, resztę już miałam w głowie. Dziś ją pewnie skończę i zacznę niebieski komin, po czym coby całkiem nie paść z nudów nabiorę na druty włóczkę na następną czapkę. Fason ten sam, pomysł ten sam, tylko podstawowy kolor z zupełnie innej bajki.


I jeszcze kłębkowy bałwanek z podstawką, który dowodzi, że nad narzutowymi kwadratami również pilnie pracuję, system dwóch kwadratów dziennie działa, choć nie każdego dnia. Nie spinam się jednak, cel pozostaje dwukwadratowy, jak nie wyjdzie to zawsze do tego samego punktu wracam i staram się te dwa machnąć - i przybywa ich, przybywa. Na razie w stosiku grzecznie sobie leżakują, część ma już pochowane nitki, gdybym je do "węzła głównego" przyłączyła miałabym już pół narzuty - ha!


Czytam, a raczej słucham dalej audiobooka "Świat w moich dłoniach" Petera Heppa. Podczytuję też coś inszego, ale o tym potem:)
No i mam WIEŚCI.
Mam sporo do pokazania - będę zanęcać:
1. Mam już ponczo od Mamuni - pokażę, a jakże:)
2. Odkopałam całkiem fajny i całkiem skończony udzierg, też pokażę, a co;)
3. Dostałam dziś paczkę, w paczce był komplet - trzy cosie, pikne co cud, zamówione przez mię, cosie pokażę do piątku (się postaram znaczy!), napiszę skąd mam, mieć może każdy. I napiszę, dlaczego po otwarciu przesyłki się poryczałam. Bo tak było.
4. No i będzie ciąg dalszy opowieści ze szpitalnych oddziałów.

A teraz - jako że mam dziś Święto i spodziewam się Gościa z własnoręcznie zrobionymi prezentami - oddalam się przygotować stół, obłożyć go obficie łakociami i owocami, nalać do szklanek soczku i oczekiwać. Gość zostaje dziś na noc, muszę przygotować cieplutką kołderkę, coby chudy brzuszek mógł się pod nią ogrzać i wymiziać:)

Lecę się podłączyć do Maknety, wszystkich czytających serdecznie pozdrawiam, a najserdeczniej dziś pozdrawiam Babcie i Agnieszki:)

P.S. Kundliszcze żywie, je niewiele ale je, naszej paszy się domaga. Formę ma chyba w miarę stałą, tylko to niejedzenie deczko niepokoi.

środa, 14 stycznia 2015

Dziergam i czytam - po raz siódmy:)


Dziergam:


Wreszcie się dorwałam, zaczęłam, ruszyłam. Nie mogłam się zmobilizować do nabrania oczek, wolałam lecieć po bandzie szydełkowymi kwadratami. A teraz jestem szczęśliwa jak mucha w gównie - znów mam w rękach druty:)


Będzie czapka dla mężczyzny. A później do kompletu będzie jeszcze komin. Czapka dwuwarstwowa, a przy tym dwustronna. Druga strona będzie inna, z dodatkiem nowego koloru. Tak sobie przyszły Nosiciel umyślił:) Dziergam na razie na drutach skarpetkowych, bo zależy mi na ścisłym ściegu (dziergam dość luźno, a na skarpetkowych ściśle, nie wiem, dlaczego). A dziergam z tej włóczki:


Malabrigo arroyo, kolor powyżej zapodany (w rzeczywistości barwy są jeszcze bardziej stonowane, ale foty robiłam komórką, a na dokładną obróbkę brakło mi czasu), druty numer 3. Jak skończę otok przejdę na madżikluupa:)

Kwadratów narzutowych przybywa - udaje się zachować rytm dwóch kwadratów dziennie, choć po prawdzie teraz szydełko będzie konkurować z drutami i będę musiała się ZMAGAĆ. 
W związku z pytaniami o szydełko raz jeszcze pokażę zdjęcie z poprzedniego dzierganego posta:


To są szydełka japońskie Clover, zakupione o tutaj - w Zamotanem. Mają rączkę i krótki "odcinek" szydełka, a w  związku z tym moja prawa rączka - odkąd ich używam - ma się świetnie. Dłoń się nie "ciśnie", a w dzierganiu mogę też pomagać sobie kciukiem. Jeszcze by się przydało coś do lewej rączki, bo ona w tym układzie ma gorzej. Gorzej niż prawa, ma się rozumieć:)

A co czytam? Otóż czytam słuchając, czyli korzystam z wariantu audio. Przy dzierganiu ogromna oszczędność czasu:)
Po pierwsze - słucham ekskluzywnej sieroty oraz azaliż również ją czytam. Oczywiście nie non stop, ale zaczynam mieć ją nie tylko w głowie, ale i w sercu.
A po drugie - słucham:

Okładka książki Świat w moich dłoniach: Życie bez słuchu i wzroku

(zdjęcie stąd)

Słucham już po raz kolejny. Jest przejmująca. Do bólu prawdziwa. Opisuje rzeczywistość. I tylko czasem się zastanawiam, czy nie powinnam zabrać się za coś lżejszego, może za jakąś sensację lub kryminał, bo trudnych tematów mam póki co po kokardę.

P.S. Chciałam wrzucić zdjęcie psiny, ale nie umiem skorygować odbicia światła w oczach. Z tym odbiciem wygląda niczym zombie:) Trzyma się zwierz - trochę chyba jest słabsza, mniej je, ale na zabawę i spacery wciąż ma ochotę.

środa, 7 stycznia 2015

W pionie

Dopiero drugi dzień, ale w pionie.
Po dniach dziesięciu.
Przeorało mnie.
Cudem udało się jakoś ogarnąć robotę - częściowo zdalnie, częściowo delegując zadania.
Wyższa ekwilibrystyka, jak bum cyk cyk.

Środa.
No to dzierganie i czytanie u Maknety.
Dziergam cały czas to samo, kwadracików przybywa:
 


Robota idzie powoli, ale też narzuta będzie duża. No i łapy bolą, chwilami mam objawy zespołu cieśni nadgarstka. Poza tym nigdzie mi się nie spieszy:) A ponieważ to kwadratowe dzierganie jest mozolne i nudne, powstał plan: jeden, góra dwa kwadraty dziennie, ale codziennie. Po udziabanych dwóch przyłączenie do korpusu. I dalej w te klocki, aż do końca. Sie zobaczy, co z planu wyjdzie:)



Domówiłam też (w kwestii nadgarstka) brakujące szydełka Clover, mam ich już kilka, ale w narzutowym rozmiarze nie miałam. Od nich łapy bolą znacznie mniej, a cieśń mniej ciśnie:


No i czytam - w czasie choroby przeczytałam po raz drugi "Kruchą jak lód" Jodi Picoult. Cenię Jodi za nietuzinkowe tematy, za empiryczne zgłębianie prawdy o nich, za przybliżanie nieznanych mi światów i za zakończenia, które zawsze są niespodzianką:


W drugim koszyczku leżakują zwinięte w nagłym przypływie sił kłębki malabrigo, kłębki na męskie dzierganie. Wszystko już mam - policzone oczka, wybrane druty. Powinnam zacząć, bo sezon się skończy. Może dziś wystartuję? Może:)


Kolory prawdziwe, choć rozjaśniła je lampa. Ale tonacja oddana - no i czerń jest czarna, a to na zdjęciach rzadko mi się zdarza:)




P.S. Bydlątko ma się dobrze... przytyło, zrobiło się nawet nieco papuśne. Dziś dotarło do mnie, że niedługo minie pierwszy miesiąc, pierwszy z "trzech do sześciu", że się jednak przyglądam, zaglądam, obserwuję bardziej, niż to jest potrzebne. I że od tego co się stać musi nie uciekniemy. Ani ona, ani ja. A tak bym chciała...

wtorek, 23 grudnia 2014

Do kwadratu:)

Nuuudna jestem.
Z braku czasu złapałam za włóczkę i lecę z następnymi, nowymi kwadratami - będzie następna narzuta:)
(poprzednią niedługo pokażę, czeka ją jeszcze tylko pranie, blokowanie i nitkowciąganie).
Zdjęcia oczywiście wiadomo-jakie - wszędzie buro, szaro, na szczęście każdy ma tak samo:p



Zbliżonko - i wielkie zdziwko, bo kolory prawdziwne:



Czytanie lekko nieostre, trochę niedbałe to zdjęcie, ale ojtam, muszę przeżyć. Książka przeciekawa, podczytuję ją, bo zawiera mnóstwo informacji i nie da się ciurkiem, napisana kapitalnie. Podpatrzona u kogoś w sieci (znaczy ktoś pokazał, że czyta):


I moje psie szczęście w swojej "sukieneczce", szczęście "walnięte" na podłodze w pokoiku pani, odpoczywające, nażarte, już po rekonwalescencji, mój ulubiony, słodki widok:


Dziś jeszcze pracuję, mam nawet ze sobą siedmioletni załącznik, biedni są w tym roku rodzice tych dzieci, które jeszcze z racji młodego wieku nie mogą zostać same w domu. "Załącznik" radzi sobie świetnie, ja pracuję - dajemy radę.  Wiem niestety, że nie każdy tak ma.

Serdeczności wszystkim - jutro będzie jeszcze krótki wpis wigilijno - świąteczny. Moje święta zapowiadają się spokojne i rodzinne, jeszcze siedzę na langustowej palmie, dusza odkurzona i wysprzątana (ach, dużo by pisać, to moje tegoroczne największe szczęście), klują się cudne plany sylwestrowe - jest dobrze:)

środa, 17 grudnia 2014

Znów środa:)

Zatem - do Maknety:)

Kiedy żył teść co roku wysyłał nam świąteczne kartki i wymagał stanowczo tego samego. A w nas był bunt, a nam się kartek słać nie chciało. Mąż czasem wysyłał "dla świętego spokoju".
Teść zmarł. Kilka miesięcy po jego śmierci znalazłam w domu  napisaną jego drżącą ręką ostatnią chyba kartkę. Rozryczałam się. Ta kartka była niczym relikwia...

Po jakimś czasie przyszło mi do głowy, że kiedy odejdzie Mama będzie mi jej w szczególny sposób brakować. Ojca też. Nie będę się wdawać w szczegóły. Rodzice żyją, mają się różnie, a póki co - dobrze. Pomyślałam, polazłam kiedyś do Mamy i powiedziałam: - Zrób mi skarpetki.
Mam zdębiała.
- Przecież sama umiesz zrobić, po co ja mam Ci robić?
- A po to, żebym się miała do czego przytulić, jak Ciebie już nie będzie.
(nie gorszcie się, o pewnych sprawach rozmawiamy szczerze i otwarcie, brak milczenia w temacie śmierci jest dla nas błogosławieństwem).
Kupiłam cztery rodzaje włóczki.
Czekałam długo, bo Mama różnie się czuła.
Ale w końcu mam - cztery pary ślicznie zrobionych, z miłością udzierganych skarpetek.
Nie, nie noszę ich.
Miziam:) 


Niech mi będzie wybaczone, że pokazuję nie swój udzierg, ale bardzo chciałam tymi szczególnymi skarpetkami na blogu się podzielić.



Kolory w 90% wiernie oddane, fociłam w miejscu do którego się przyznać nie mogę, ale tylko tam było dobre dzienne światło:)



Tak sobie leżą u mnie w pokoju, patrzymy na siebie, cieszą moje oczy, czekają na premierę. Może w jakiś świąteczny dzień dziergając na sofie którąś parę sobie założę?



Włóczka skarpetkowa regia, druty 2,5, pięta wzmocniona, wykonanie cud-miód-malina. Mama uwielbia dziergać skarpetki:)



Tu jeszcze detal:


W trakcie dziergania przez Mamę powyższych cudności któregoś dnia dostałam od niej telefon:
- Dziecko, ale jak ty się będziesz przytulać do SKARPETEK???
- To zrób mi ponczo! - walnęłam.
- Ty jesteś od poncz! - powiedziała Mama.

Za jakiś czas zostałam poproszona o wybranie włóczki. Usłyszałam, że cena nie gra roli, a ona bardzo chce mi to ponczo zrobić.
Wybrałam malabrigo arroyo.
Mama nie wystraszyła się ceny:)
I teraz dzierga mi ponczo - nie wiem jak rzeczone wygląda, bo mi skubana pokazać nie chce. Kolor wełny znam, ogólny zarys co i jak podałam - ma mi wystarczyć.
No i wystarcza:)

Czekam więc, spokojnie, bez niecierpliwości.
Czekam na moją kolejną relikwię.
Po Tacie relikwię już mam.
Zrobiony własnoręcznie, kilkanaście lat temu, sporej wielkości żłóbek.
Nie oddam, nikomu nie oddam, co najwyżej zapiszę w spadku po śmierci!
Jakże ogromne może być znaczenie rękodzieła, jaki może mieć wymiar...
Potrzeba było lat, bym umiała to docenić.

Czytanie... nie czytam. Wybaczcie.
Nie mam ostatnio siły.
Dużo śpię - taka byłam dzielna jeśli chodzi o psicę, ale organizm upomniał się o swoje.
Często kładę się już o 20.00.
Ale ja bez czytania nie umiem, więc prędzej czy później do niego wrócę:)
Serdecznie ściskam środowych Makneciarzy - mam ochotę stworzyć u siebie bazę linków i nazwać ją "Banda Maknety":)
... obrazi się ktoś...???:)

środa, 10 grudnia 2014

WDiC u Maknety:)

Publikuję już teraz, a jak Madzia udostępni link to się podłączę:)

1. Dzierganie:

Przy obecnym świetle nijak mi się nie udają dobre zdjęcia - tym bardziej, że są "wnętrzarskie". Jakby nie patrzeć lampa robi swoje i choć obróbką w gimpie próbuję kolory doprowadzić do jakiegoś ładu nie zawsze się to udaje. Najbardziej wiarygodne barwy to te z pierwszego zdjęcia:


A co to jest? "Kocyk" do przykrycia sporego laptopa:) Mąż nie cierpi, jak urządzenia elektroniczne mu się kurzą i przykrywał lapka paskudnym (w moim pojęciu) ręczniczkiem. No to mu dziergnęłam kocyk. Wymiary - 60 x 40 cm.
Brzegi obrobiłam kilkoma rzędami półsłupków w jaśniejszych odcieniach, wcześniej użytych w kocyku. Półsłupki wzięły dzianinę w ryzy, kąpiel i blokowanie ładnie ją ułożyły, jest ok.



W planach mam jeszcze podszycie kocyka cienkim polarem - za namową Antoniny kupiłam takowy w Jysku, jest to prawie biały, bardzo cieniutki i bardzo duży koc, kosztował jedyne 9 zł z malutkim okładem. Przypuszczam, że wystarczy mi go jeszcze do podszycia beżowo - brązowej narzuty.



Reasumując - mała rzecz, prosty drobiazg, a cieszy, bo udatny wielce:) Mąż też zadowolony.

Technicznie:
Włóczka - rozetti first class;
Szydełko - do kwadratów - nr 4, do półsłupków - nr 3.
Czas realizacji - około tygodnia, uwierzycie???
Taka pierdułka, a tyle zajęła mi czasu:)))

2. Czytanie.

Tym razem słuchanie - e-boki też się liczą, choć to nie e-booka słucham.
Słucham tego: langustanapalmie - plaster miodu.
Dziergam i słucham.
Zasłuchuję się.
Odtwarzam na nowo te fragmenty, które mnie gdzieś tam mocno poruszyły.
I z godziny na godzinę czuję, jak odżywam:)

Oczywiście do skandynawskich kryminałów, do medycznych i prawniczych thrillerów oraz książek życiem pisanych też wrócę - ale póki co siedzę na palmie:)))

P.S. Psinka dobrze. Bardzo dobrze. W sobotę ściągamy szwy:)

środa, 3 grudnia 2014

WDiC, czyli spotkanie u Maknety:)

W ubiegłym tygodniu nie udało mi się dołączyć do dziergających i czytających, psia operacja i opieka nad rekonwalescentką zdominowały cały mój czas i zdominowały też blogowe zapiski. Ale dzisiaj już jestem, nie chcę, żeby mi to bycie w Maknetowej kawiarence umykało, bo to fajne miejsce:)



Narzuta w odcieniach beżobrązów, którą pokazywałam ostatnio idzie na moment w odstawkę (a jestem już blisko końca). Zabrałam się za coś nowego. Kolejny udzierg znów jest z babcinych kwadratów:) Chcę zrobić przyjemność mikołajkową mężowi i wymyśliłam coś dla niego - coś niewielkiego, co będzie mu z pewnością przydatne i co ucieszy go kolorystycznie. A ponieważ Mikołaj jak co roku będzie chodził w noc z 5 na 6 grudnia to muszę się spieszyć:)

Pojedynczy kwadrat tym razem wygląda tak:


Jest duży - 18/18 cm, po praniu i i ułożeniu spodziewam się jeszcze niewielkiego powiększenia. Kwadratów gotowych mam już trzy - łączę je ze sobą w trakcie dziergania. Póki co wyglądają ździebko krzywo, ale jak je wszystkie połączę, obdziergam brzegi i jeszcze wypiorę to wszystko znajdzie się na swoim miejscu.


Razem kwadratów będzie sześć - czwarty już kończę, zostaną mi jeszcze dwa plus wykończeniówka.



Chciałabym jeszcze (to ważne dla przyszłego użytkownika) lewą stronę podszyć jakąś tkaniną - bawełną lub cieniutkim polarem, koniecznie w odcieniu którejś z kwadratowych zieleni. I tu mam gzyms - nie mam w domu takiej tkaniny i nie wiem, czy gdzieś w sieci znajdę i czy mi do piątku przyślą. Będę próbowała.

To dzierganie już mamy, a czytanie...?
Nie ukrywam, że w ubiegłym tygodniu w większości czytałam wszystko, czego się dokopałam w necie w kwestii choroby mojego psa. Sporo tego było i bardzo mi ta wiedza pomogła. Mam nadzieję, że choć nie jest to książka to jednak czytanie będzie mi dziś zaliczone:)
Jakby co mogę się wylegitymować stosownymi linkami:)))

P.S. Tak łączę kwadraty: (klikamy na link do bloga Alushki)
Ten sposób łączenia powoduje, że nie ma szwów, dzianina po wypraniu pięknie się układa i wygląda, jakby była robiona w jednym kawałku.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich uczestników WDiC:)

niedziela, 23 listopada 2014

Nie lubiłam ich.

Kiedyś.
No nie i już.
Bo babcine, bo kwadraty...
Nie lubiłam.
Na szczęście ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów:)


Nie lubiłam do czasu, kiedy na raverly ujrzałam całą masę ciekawych projektów, a co za tym idzie - możliwości, jakie dają rzeczone kwadraty.


A dają chyba nieograniczone... Postanowiłam więc spróbować (choć jedną próbę po prawdzie mam już za sobą, a właściwie jeszcze w trakcie, to po raz pierwszy robię coś z klasycznych granny square).




Efekt jest cudny, aczkolwiek samo dzierganie nudne jak flaki z olejem - przynajmniej dla mnie. Ale czego się nie robi dla efektu. Znosi się nudę cierpliwie:)


Kolory trochę nie teges, bo fotki robiłam komórką. Niezłą wprawdzie, ale to jednak nie to samo co aparat. Spieszyłam się, żeby łapać resztkę dziennego światła. Ostrość też cienka. Poprawię się w następnych postach.



Prawdę o kolorach oddają te miejsca, gdzie barwy są ciepłe i wyraziste - brąz, ciepły beż i ecru. Te zimne to oszukane przez komórkę.



A ponieważ dołączam do Maknetowego wspólnego dziergania i czytania, zatem pokazuję też, co aktualnie czytam. Kindelka kupiłam niedawno, model Peperwhite II, podświetlany, pierwszy mój czytnik, ukontentowana jestem wielce. Odkryłam czas jakiś temu Jodi Picoult, każda kolejna książka to odkrycie, mam sporo do napisania o niej i jej literaturze. Mam nadzieję, że przyjdzie na to czas:)

P.S.1 Moje dziergadło to narzuta - remont wreszcie się skończył, wkroczyliśmy z mężem w jakże rozkoszny etap powolnego dopieszczania wnętrz. Narzuta będzie okryciem sofy w moim pokoju/pracowni/gabinecie/niepotrzebne skreślić. Jestem tuż za połową dziergania. I już kombinuję (obmyślam znaczy) z podobnych kwadratów ponczo ("przymierzałam" narzutę, jako ponczo wygląda obłędnie) i może kolejną narzutę. Się zobaczy.

P.S.2 Staszek jeszcze po tej stronie życia, już w domu. Obolały on, obolała rodzina, wszyscy wiedzą, co będzie, nikt jednak nie wie, kiedy dokładnie to będzie...