Mnie pisanie tutaj bardzo pomaga.
Ale Wy możecie się tematem zmęczyć.
Na Waszym miejscu najzwyczajniej miałabym dość.
Przypuszczam, że jeszcze czas jakiś będę monotematyczna.
Głaszczę ekran monitora.
Niestety na ekranie nosek nie jest zimny i wilgotny.
Sierść nie jest ani trochę szorstka i ani trochę puszysta.
Nie czuję ciepła ciała, które zawsze było.
To ciepło.
Tego ciała.
Porządkuję rzeczywistość.
Muszę.
Wczoraj wyrzuciłam jej stary koc i legowiska.
Wieczorem znalazłam pod meblami zapomnianą ostatnio ukochaną niebieską piłeczkę.
Była z nią od początku jej psiego życia.
Uwielbiała ją aportować.
Dopóki jeszcze mogła.
Obroża i piłeczka.
Tego nie oddam.
To mi zostanie.
I (może) książeczka zdrowia.
Jeszcze parę przedmiotów muszę wyrzucić.
Ale jakoś mi niespieszno.
Choć to podobno pomaga.
Podobno lepiej pozbyć się szybciej.
Takie dostaję rady...
Nie bardzo im ufam.
Co z tego, że wejdę w tryb udawania "nic się nie stało i wcale mnie nie boli"?
To głupie i nieprawdziwe.
Nie cierpię non stop.
Są chwile, że funkcjonuję normalnie.
A są i takie jak ta - kiedy wyjątkowo boli.
I kiedy chcę to zapisać.
Nie chcę niczego wyłudzać.
Nie chcę też w żadnym wypadku wymuszać.
Ale... każde słowo, każdy komentarz dużo dla mnie znaczy.
Nie mam w realu ludzi, którzy mogliby mnie zrozumieć.
Nie mogę o tym za wiele rozmawiać.
Wypisałam się.
Czuję ulgę...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 maja 2015
piątek, 22 maja 2015
Oddzielam
ugotowane mięso od kości.
Odrobina spada na podłogę.
(w swoim czasie dbałam, aby takich "spadających odrobin" było sporo).
Nikt nie biegnie, żeby biegusiem jednym mlaskiem to, co spadło "sprzątnąć".
Sprzątnąć muszę sama.
Dzwoni domofon.
Nikt nie szczeka, żeby mnie ostrzec.
Że "uwaga-bandyci-mordercy"!
Muszę dbać o siebie sama, mój "system alarmowy" już nie działa.
A przecież jej szczek był zawsze bardzo konkretny.
Budził respekt.
Wracam z pracy do domu.
Nikt nie jazgocze i nie merda ciesząc się, że wróciłam.
Wita mnie dzwoniąca w uszach cisza.
Trudno mi ją znieść.
Chciałabym... chciałabym ucałować.
Psie czoło, między uszami.
Podrapać tam, gdzie lubiła najbardziej.
Zatopić ręce w jej futrze.
A właściwie nie.
Przytulić ogolone ciałko.
W ostatnim tygodniu było jej już za gorąco.
Udało mi się ją jeszcze (na raty, bo już nie była w stanie długo stać) ostrzyc.
Taka bezwłosa szczególnie lubiła mizianie, wskakiwanie do wyrka, przytulanie.
Dziś jest dzień łez płynących niczym wartki potok.
Na codzień muszę być profesjonalna i dzielna, bo kto to słyszał, tak smucić się z powodu psa...
Swoją tęsknotę skrzętnie więc ukrywam, jedynie smutku pozbyć się nie umiem.
Na szczęście tu na blogu mogę być sobą.
Podziękować każdemu, kto mnie wspiera.
Spuścić ze smyczy całotygodniową tęsknotę w postaci fontanny łez.
Dziękuję Wam za zrozumienie, za każde dobre słowo.
Mąż też mnie rozumie, a właściwie bardzo się stara, więc muszę mu na bieżąco siebie tłumaczyć.
Robię to.
Mężczyźni boją się naszych łez...
13 lat to kawał czasu.
Czasu kochania, przyzwyczajenia się, cieszenia z merdającej obecności.
Wiem, że ból minie i daję sobie na to czas.
Tu i teraz dzielę się tym, co czuję.
Dziękuję każdemu, kto chce ze mną w tym trwać.
Odrobina spada na podłogę.
(w swoim czasie dbałam, aby takich "spadających odrobin" było sporo).
Nikt nie biegnie, żeby biegusiem jednym mlaskiem to, co spadło "sprzątnąć".
Sprzątnąć muszę sama.
Dzwoni domofon.
Nikt nie szczeka, żeby mnie ostrzec.
Że "uwaga-bandyci-mordercy"!
Muszę dbać o siebie sama, mój "system alarmowy" już nie działa.
A przecież jej szczek był zawsze bardzo konkretny.
Budził respekt.
Wracam z pracy do domu.
Nikt nie jazgocze i nie merda ciesząc się, że wróciłam.
Wita mnie dzwoniąca w uszach cisza.
Trudno mi ją znieść.
Chciałabym... chciałabym ucałować.
Psie czoło, między uszami.
Podrapać tam, gdzie lubiła najbardziej.
Zatopić ręce w jej futrze.
A właściwie nie.
Przytulić ogolone ciałko.
W ostatnim tygodniu było jej już za gorąco.
Udało mi się ją jeszcze (na raty, bo już nie była w stanie długo stać) ostrzyc.
Taka bezwłosa szczególnie lubiła mizianie, wskakiwanie do wyrka, przytulanie.
Dziś jest dzień łez płynących niczym wartki potok.
Na codzień muszę być profesjonalna i dzielna, bo kto to słyszał, tak smucić się z powodu psa...
Swoją tęsknotę skrzętnie więc ukrywam, jedynie smutku pozbyć się nie umiem.
Na szczęście tu na blogu mogę być sobą.
Podziękować każdemu, kto mnie wspiera.
Spuścić ze smyczy całotygodniową tęsknotę w postaci fontanny łez.
Dziękuję Wam za zrozumienie, za każde dobre słowo.
Mąż też mnie rozumie, a właściwie bardzo się stara, więc muszę mu na bieżąco siebie tłumaczyć.
Robię to.
Mężczyźni boją się naszych łez...
13 lat to kawał czasu.
Czasu kochania, przyzwyczajenia się, cieszenia z merdającej obecności.
Wiem, że ból minie i daję sobie na to czas.
Tu i teraz dzielę się tym, co czuję.
Dziękuję każdemu, kto chce ze mną w tym trwać.
poniedziałek, 18 maja 2015
Nie pamiętam...
takiej tęsknoty.
Odchodziły dzieci, do siebie, na swoje.
Pamiętam cierpienie, szczególnie po pierwszym.
Było, minęło.
Przeżyłam.
Może dlatego, że te odejścia nie były bezpowrotne..?
Że moje dzieci mają dobre życie?
Przytuliłabym.
Posłuchała oddechu, sapania, wzdychania.
Rzuciłabym niebieską piłeczkę i patrzyłabym, jak biegnie za nią do utraty tchu...
Złudzenia...
Od kilku miesięcy biegała za niebieską piłeczką już tylko po domu...
Przytuliłabym.
Przytuliłabym SIĘ.
Pomiziała za uchem, w kark, w dupkę.
Powąchałabym.
Poczułabym jęzor chlaśnięty na moim policzku.
I delikatne lizanie po rękach...
I moszczenie się w nogach wyrka - szczególnie w ostatnich dniach, kiedy znów na wspólne spanie pozwalałam...
I popatrzyła w te oczy, brązowe oczy, mądre, wyraziste.
Takich oczu nie ma żaden inny pies.
Jak... jak można (z miłości???) pozwolić zabić chcące jeszcze żyć zwierzę???
Pozwoliłam.
Nie ogarniam.
Tęsknię i chce mi się wyć.
Nie radźcie, żeby wziąć następnego psa.
NIE MA TAKIEJ OPCJI.
I nie będzie.
Odchodziły dzieci, do siebie, na swoje.
Pamiętam cierpienie, szczególnie po pierwszym.
Było, minęło.
Przeżyłam.
Może dlatego, że te odejścia nie były bezpowrotne..?
Że moje dzieci mają dobre życie?
Przytuliłabym.
Posłuchała oddechu, sapania, wzdychania.
Rzuciłabym niebieską piłeczkę i patrzyłabym, jak biegnie za nią do utraty tchu...
Złudzenia...
Od kilku miesięcy biegała za niebieską piłeczką już tylko po domu...
Przytuliłabym.
Przytuliłabym SIĘ.
Pomiziała za uchem, w kark, w dupkę.
Powąchałabym.
Poczułabym jęzor chlaśnięty na moim policzku.
I delikatne lizanie po rękach...
I moszczenie się w nogach wyrka - szczególnie w ostatnich dniach, kiedy znów na wspólne spanie pozwalałam...
I popatrzyła w te oczy, brązowe oczy, mądre, wyraziste.
Takich oczu nie ma żaden inny pies.
Jak... jak można (z miłości???) pozwolić zabić chcące jeszcze żyć zwierzę???
Pozwoliłam.
Nie ogarniam.
Tęsknię i chce mi się wyć.
Nie radźcie, żeby wziąć następnego psa.
NIE MA TAKIEJ OPCJI.
I nie będzie.
sobota, 16 maja 2015
Nie mogę
Patrzeć na psy i ich właścicieli.
Być sama w domu w tej absolutnej i absurdalnej ciszy.
Sporządzać jakiegokolwiek posiłku (nikt nie przychodzi żebrać o najlepszy kąsek).
Oczywiście robię to wszystko.
Ból przypływa i odpływa.
Czasem zupełnie znika.
Najtrudniej jest, kiedy wracają wspomnienia.
A ponieważ stworzenie było żywe i niezwykle zmyślne, wspomnień jest sporo.
.................................................................................................................
Jeśli po odejściu psa, z którym przeżyło się w jednym domu 13 lat lat jest tak ciężko, to jak jest, kiedy straci się człowieka, z którym w jednym domu przeżyło się lat kilkadzieści albo kilkadziesiąt...?
Jeśli ten człowiek był bliski???
Nie umiem
sobie tego
wyobrazić.
Nijak.
Być sama w domu w tej absolutnej i absurdalnej ciszy.
Sporządzać jakiegokolwiek posiłku (nikt nie przychodzi żebrać o najlepszy kąsek).
Oczywiście robię to wszystko.
Ból przypływa i odpływa.
Czasem zupełnie znika.
Najtrudniej jest, kiedy wracają wspomnienia.
A ponieważ stworzenie było żywe i niezwykle zmyślne, wspomnień jest sporo.
Nie zapomnę Cię, maleńka...
.................................................................................................................
Jeśli po odejściu psa, z którym przeżyło się w jednym domu 13 lat lat jest tak ciężko, to jak jest, kiedy straci się człowieka, z którym w jednym domu przeżyło się lat kilkadzieści albo kilkadziesiąt...?
Jeśli ten człowiek był bliski???
Nie umiem
sobie tego
wyobrazić.
Nijak.
czwartek, 14 maja 2015
14.05.2015
Od dwóch godzin mam nową bransoletkę.
Na lewej ręce.
Jest dość siermiężna.
Trochę znoszona.
Skórzana.
Owija mój nadgarstek dwukrotnie.
Jest zdecydowanie nietypowa...
Coś mnie dziś późnym popołudniem tknęło.
Zadzwoniłam, umówiłam wizytę, udało się.
Dziś, o 18.30.
Badania.
USG.
Ogromne przerzutowe guzy.
Zero szans na życie...
Cierpienie będzie się wzmagać z dnia na dzień (przecież widzę, wszystko mi się zgadza).
Czas odejścia - najlepiej do końca tygodnia.
Powiedziałam, że jestem gotowa już dziś.
Że nie dam rady czekać...
Doktor obiecał przyjechać za godzinę.
Wytuliłam, wymiziałam, ułożyłam na kocyku.
Zdążyła jeszcze obszczekać doktora, kiedy zadzwonił domofonem...
Doktor kultury wielkiej.
Powiedział mi wszystko, czego potrzebowałam.
Podał zastrzyk pierwszy.
Wprowadził zwierzę w głęboką narkozę.
Po czym podał zastrzyk drugi.
Po dwóch minutach serce przestało bić...
Byłam cały czas, non stop, do końca.
Głaskałam, tuliłam, płakałam, przytulałam.
Później wzięłam na ręce zawinięte w kocyk psie ciało i poszłam z nim do auta.
A później pochowaliśmy naszą sznaucurkę.
Teraz... teraz jest okropna.cisza.
Nikt nie chlipie wody z miski.
Nikt nie podżera psich chrupek.
Nikt nie tupie pazurami i nie zagląda do pokoju.
Pustka taka... parszywa taka...
Od dwóch godzin mam nową bransoletkę.
Na lewej ręce.
Jest dość siermiężna.
Trochę znoszona.
Skórzana.
Owija mój nadgarstek dwukrotnie.
Jest zdecydowanie nietypowa...
To obroża mojego psa.
Złudzenie, że moja psina jest blisko...
Jestem nienormalna??? Proszę bardzo, mogę być.
Bransoletkę będę nosić tak długo, jak długo będę jej potrzebować.
Kocham cię, maleńka, choć już cię ze mną nie ma.
Nikt mi ciebie nie zastąpi.
Czasem słońce, czasem deszcz.
Czasem łzy, czasem śmiech.
I tylko... tylko z kim ja jutro rano wyjdę na spacer?
No z kim, maleńka, z kim???
Na lewej ręce.
Jest dość siermiężna.
Trochę znoszona.
Skórzana.
Owija mój nadgarstek dwukrotnie.
Jest zdecydowanie nietypowa...
Coś mnie dziś późnym popołudniem tknęło.
Zadzwoniłam, umówiłam wizytę, udało się.
Dziś, o 18.30.
Badania.
USG.
Ogromne przerzutowe guzy.
Zero szans na życie...
Cierpienie będzie się wzmagać z dnia na dzień (przecież widzę, wszystko mi się zgadza).
Czas odejścia - najlepiej do końca tygodnia.
Powiedziałam, że jestem gotowa już dziś.
Że nie dam rady czekać...
Doktor obiecał przyjechać za godzinę.
Wytuliłam, wymiziałam, ułożyłam na kocyku.
Zdążyła jeszcze obszczekać doktora, kiedy zadzwonił domofonem...
Doktor kultury wielkiej.
Powiedział mi wszystko, czego potrzebowałam.
Podał zastrzyk pierwszy.
Wprowadził zwierzę w głęboką narkozę.
Po czym podał zastrzyk drugi.
Po dwóch minutach serce przestało bić...
Byłam cały czas, non stop, do końca.
Głaskałam, tuliłam, płakałam, przytulałam.
Później wzięłam na ręce zawinięte w kocyk psie ciało i poszłam z nim do auta.
A później pochowaliśmy naszą sznaucurkę.
Teraz... teraz jest okropna.cisza.
Nikt nie chlipie wody z miski.
Nikt nie podżera psich chrupek.
Nikt nie tupie pazurami i nie zagląda do pokoju.
Pustka taka... parszywa taka...
Od dwóch godzin mam nową bransoletkę.
Na lewej ręce.
Jest dość siermiężna.
Trochę znoszona.
Skórzana.
Owija mój nadgarstek dwukrotnie.
Jest zdecydowanie nietypowa...
To obroża mojego psa.
Złudzenie, że moja psina jest blisko...
Jestem nienormalna??? Proszę bardzo, mogę być.
Bransoletkę będę nosić tak długo, jak długo będę jej potrzebować.
Kocham cię, maleńka, choć już cię ze mną nie ma.
Nikt mi ciebie nie zastąpi.
Czasem słońce, czasem deszcz.
Czasem łzy, czasem śmiech.
I tylko... tylko z kim ja jutro rano wyjdę na spacer?
No z kim, maleńka, z kim???
środa, 13 maja 2015
Nie.
Nie pójdę już (na razie) do weta.
Póki co to nie ma sensu.
Dziś minęło równo pół roku od informacji o złośliwcu.
I pół roku plus dwa tygodnie od operacji.
Jest w złej formie...
Nie je, a właściwie je bardzo mało.
Bardzo dużo pije.
Mocno schudła.
I chudnie dalej.
Jest słaba, 7 schodków w górę to dla niej Giewont.
Niedługo będę ją nosić.
Coś mnie tknęło dziś, godzinę temu, by obejrzeć jej dziąsła.
Są prawie białe, takie, jak tuż po operacji.
To oznacza bardzo poważną anemię.
Ale jeszcze cieszy się życiem.
Jeszcze wita mnie jej szczekanie.
Jeszcze nie widać po niej cierpienia.
Oczy ma całkiem żywe, mordę pogodną, ogonek merdający.
Jeszcze JEST.
Już nie pozwolę jej ciąć.
(doktor sugerował usunięcie listwy mlecznej).
Myślę, że to już nie ma znaczenia, że po prostu zżera ją cancer.
Mam jeszcze w zapasie tabletkę na kręgosłupowe dolegliwości.
Podaję ją raz w miesiącu.
Ten "raz" wypada za kilka dni.
Podam.
Kompletnie nie wygląda na swój wiek...
Nadal jest piękna.
Wyjątkowa.
Wiecie, co jest dla mnie najgorsze?
Nie diagnoza, nie prawie-wyrok.
Najgorsze jest czekanie.
Obserwowanie, czy to już.
Bezradność, kiedy się nie wie, co robić.
Na szczęście te białe dziąsła powiedziały mi dziś bardzo dużo... i odebrały nadzieję.
To dobrze.
... może odtąd czekanie będzie prostsze?
Och, mordo ty moja...
Póki co to nie ma sensu.
Dziś minęło równo pół roku od informacji o złośliwcu.
I pół roku plus dwa tygodnie od operacji.
Jest w złej formie...
Nie je, a właściwie je bardzo mało.
Bardzo dużo pije.
Mocno schudła.
I chudnie dalej.
Jest słaba, 7 schodków w górę to dla niej Giewont.
Niedługo będę ją nosić.
Coś mnie tknęło dziś, godzinę temu, by obejrzeć jej dziąsła.
Są prawie białe, takie, jak tuż po operacji.
To oznacza bardzo poważną anemię.
Ale jeszcze cieszy się życiem.
Jeszcze wita mnie jej szczekanie.
Jeszcze nie widać po niej cierpienia.
Oczy ma całkiem żywe, mordę pogodną, ogonek merdający.
Jeszcze JEST.
Już nie pozwolę jej ciąć.
(doktor sugerował usunięcie listwy mlecznej).
Myślę, że to już nie ma znaczenia, że po prostu zżera ją cancer.
Mam jeszcze w zapasie tabletkę na kręgosłupowe dolegliwości.
Podaję ją raz w miesiącu.
Ten "raz" wypada za kilka dni.
Podam.
Kompletnie nie wygląda na swój wiek...
Nadal jest piękna.
Wyjątkowa.
Wiecie, co jest dla mnie najgorsze?
Nie diagnoza, nie prawie-wyrok.
Najgorsze jest czekanie.
Obserwowanie, czy to już.
Bezradność, kiedy się nie wie, co robić.
Na szczęście te białe dziąsła powiedziały mi dziś bardzo dużo... i odebrały nadzieję.
To dobrze.
... może odtąd czekanie będzie prostsze?
Och, mordo ty moja...
środa, 4 marca 2015
Ostatni dzień
ZLA.
Ja już w formie. Ba - w superformie! Dawno się tak nie czułam:)
Pozostało sprawdzić formę zwierzaka.
Rejestrację zrobiłam wczoraj.
Wita nas doktor. Oczy otwiera... noooo... szeroko:)))
Jest ucieszony.
Zaraza lata mu po gabinecie, obwąchuje co się da.
Długie USG.
Czysto...!
Brak przerzutów:)
Bolesny kręgosłup (dolegliwość nie powiązana z nowotworem), stąd lekki niedowład tylnych łapek.
- No to leczymy ten kręgosłup, to jest w naszej gestii - mówi weterynarz.
A reszta? Reszta nie w naszej, ale każdy miesiąc w zdrowiu zwiększa szanse na przeżycie o 10 %. Po upływie sześciu bezprzerzutowych miesięcy pies powinien żyć aż do końca:) Tako rzecze mój ukochany weterynarz.
A ja mu wierzę.
Udało mi się dziś "złapać" moją mordę. To zdjęcie nie oddaje nawet 10% prawdy o tym skubańcu. Nie oddaje emocji i jest pstryknięte z góry, stąd pies jest jakby zdeformowany:) Ale jest!
Nie mogę wyjść z podziwu dla jej woli życia.
Powiedziałam doktorowi, że podarował nam mnóstwo cennych dni i tygodni.
Że bardzo mu za to dziękuję.
Uścisnęłam ciężką, wielką prawicę.
Wyszłyśmy z nową obrożą przeciw-wszelkim-paskudztwom.
Niech już nic innego mojemu psu nie dokucza prócz tego, co musi.
Jutro odbieram lek przeciwzapalny i przeciwbólowy.
Małpiszon odpoczywa w kojcu, badanie dało mu popalić.
Mam więc jeszcze nadzieję na długie, cudne spacery.
No i czas planować urlop - urlop z psem.
Kiedy wyjeżdżaliśmy zawsze ją zostawialiśmy pod dobrą opieką.
Teraz to jest niemożliwe.
Nie wyobrażam sobie tego nijak.
No bo kto się tak nią zaopiekuje, jak ja? No kto???
Nikt!
Absolutnie nikt:)))
Ja już w formie. Ba - w superformie! Dawno się tak nie czułam:)
Pozostało sprawdzić formę zwierzaka.
Rejestrację zrobiłam wczoraj.
Wita nas doktor. Oczy otwiera... noooo... szeroko:)))
Jest ucieszony.
Zaraza lata mu po gabinecie, obwąchuje co się da.
Długie USG.
Czysto...!
Brak przerzutów:)
Bolesny kręgosłup (dolegliwość nie powiązana z nowotworem), stąd lekki niedowład tylnych łapek.
- No to leczymy ten kręgosłup, to jest w naszej gestii - mówi weterynarz.
A reszta? Reszta nie w naszej, ale każdy miesiąc w zdrowiu zwiększa szanse na przeżycie o 10 %. Po upływie sześciu bezprzerzutowych miesięcy pies powinien żyć aż do końca:) Tako rzecze mój ukochany weterynarz.
A ja mu wierzę.
Udało mi się dziś "złapać" moją mordę. To zdjęcie nie oddaje nawet 10% prawdy o tym skubańcu. Nie oddaje emocji i jest pstryknięte z góry, stąd pies jest jakby zdeformowany:) Ale jest!
Nie mogę wyjść z podziwu dla jej woli życia.
Powiedziałam doktorowi, że podarował nam mnóstwo cennych dni i tygodni.
Że bardzo mu za to dziękuję.
Uścisnęłam ciężką, wielką prawicę.
Wyszłyśmy z nową obrożą przeciw-wszelkim-paskudztwom.
Niech już nic innego mojemu psu nie dokucza prócz tego, co musi.
Jutro odbieram lek przeciwzapalny i przeciwbólowy.
Małpiszon odpoczywa w kojcu, badanie dało mu popalić.
Mam więc jeszcze nadzieję na długie, cudne spacery.
No i czas planować urlop - urlop z psem.
Kiedy wyjeżdżaliśmy zawsze ją zostawialiśmy pod dobrą opieką.
Teraz to jest niemożliwe.
Nie wyobrażam sobie tego nijak.
No bo kto się tak nią zaopiekuje, jak ja? No kto???
Nikt!
Absolutnie nikt:)))
poniedziałek, 2 marca 2015
Kontynuacja
części wątków z poprzedniego posta, choć po prawdzie w głowie kłębi mi się całe mnóstwo innych myśli i emocji, które czekają na uwolnienie. Wszystkiego naraz się nie da. Wszystko w swoim czasie.
Po dwudniowym chorobowym urlopie wróciłam do pracy.
Nie poprawiło się.
W ubiegłą środę czując wielką słabość, rwanie w czaszce oraz ucisk w okolicach oczodołów i nosa po pracy poszłam do lekarza.
Tenże poczynił wywiad, obejrzał mię i osłuchał, po czym machnął obszerną receptę.
A po tym wszystkim mnie wyrzucił.
Na tygodniowe ZLA.
Protestów nie życzył sobie słuchać. Był bardzo stanowczy.
Wzięłam zatem zielony druczek i ruszyłam do domu całą drogę żałośnie płacząc.
Bo praca, którą naprawdę muszę, bynajmniej nie z nadgorliwości.
Bo pies, z którym codziennie wyruszałam na coraz dłuższe spacery.
Bo kręgosłup, który wreszcie odpuścił (!!!) i wypadałoby go dalej w kondycji utrzymać.
A tu perspektywa wyra. Medyk wątpliwości nie pozostawił nijakich.
Pomógł mi mój-ci-on.
Do auta wsadził, do roboty zawiózł, dwie wielkie torby wraz ze mną załadował i do chałupy wtaszczył. Psem obiecał się zająć i jak dotąd dotrzymuje słowa.
Rozpakowawszy torby urządziłam sobie w domu CentrumZarządzania Pracowania Kryzysowego.
Musielibyście to zobaczyć.
Dwa służbowe laptopy, jeden osobisty, do tego tablet i smartfon.
Zabrakło mi biurkowej powierzchni:)
Pracowałam z wyra z trudem zbierając myśli, zatokowe dolegliwości spowodowały albowiem spore otępienie. Laptopy zmieniałam zależnie od potrzeby, smartfon się gotował z powodu gorącej linii, okresowo też gotował mię się mózg. Na szczęście dałam radę. Od wczoraj czuję wyraźną poprawę, dziś będzie się już pracowało lepiej.
ZLA kończy mi się w środę.
Kilka dni przed chorobą zaczęłam chodzić zepsem na coraz dłuższe spacery.
Pół godziny. Pięćdziesiąt minut. Godzina. Godzina piętnaście... i ciągle jeszcze zostawało jej trochę sił! Wprawdzie do domu gramoliła się z trudem, po czym padała na legowisko radośnie chrapiąc, to jednak jej możliwości mnie zdumiewały. Na dziś mamy spacerową przerwę z wiadomych powodów, wrócimy do tematu, jak ozdrowieję.
W trakcie swojej choroby okrutnie zarosła, a w sierści potworzyły się paskudne kołtuny, w okolicach łap, podbrzusza i brody. Mozolnie wycinałam je nożyczkami, na tyle, na ile psina miała wówczas siły. Trwało to tygodniami, po trochu codziennie cięłam. W rezultacie wyglądała prześmiesznie, w tamtym czasie nie miało to jednak żadnego znaczenia, wszak walczyła o życie.
Kołtunów się pozbyłyśmy, pozostała jednak jeszcze sierść właściwa.
Dobrałam się do niej w sobotę, rozkładając pracę na etapy, żeby zwierzaka nie zmęczyć. Mam dobrą maszynkę, która tnie futro sprawnie i szybko. Ku mojemu zdziwieniu spod grubej warstwy sierści i podszerstka wyłoniło się piękne, dobrze odżywione pieskie ciało. Do końca dnia "docięłam" łepek (nie lubimy, nie lubimy i walczymy), a stworzenie wykąpałam i wysuszyłam.
Zwierz cięcia nie lubi, natomiast uwielbia być obcięty, zatem natychmiast po obróbce ruszył w podskokach na poszukiwanie chętnych do miziania i drapania - brak sierści oznacza bliski kontakt ze skórą, a takie coś to dla zwierza miodzio:)
Od soboty mam w domu pięknego, zadbanego psa.
W niczym nie przypomina zabiedzonej, wychudzonej istoty, jaką była przed operacją.
Przystrzyżona sierść lśni.
Oczy błyszczą, widać w nich sznaucerskie chochliki.
Przy stole podczas naszych posiłków prowadzone są intensywne działania żebracze "na pandę":)
ZAWSZE coś jej daję.
Chrzanię trzymanie wychowawczego fasonu:)
Piszę z wyrka, a ona posapując śpi w jego nogach.
Wlazła tam sama, bez większych trudności.
Czasem podniesie łeb i patrzy, jakby wiedziała, że piszę właśnie o niej.
Statystycznie zbliżamy się do opcji "zero do trzech" miesięcy z pierwotnych "trzy do sześciu".
Dożywa do górnej granicy wyznaczonej przez lekarza.
I nie wybiera się na drugą stronę, jeszcze nie:)
Ciągle nie mogę jej strzelić dobrej fotki - takiej, która oddawałaby prawdę o jej naturze, o wesołości, o chęci do zabaw i psot. Nie tracę nadziei, że mi się uda - wtedy z pewnością Wam ją pokażę:)
Cieszę się.
Cieszę się każdym wspólnym dniem.
Zabiorę ją do doktora, niech ją obejrzy, niech się i on ucieszy, niech znów powie, że to "piekielnie silny pies".
Mam dla niego wielką wdzięczność.
Dał nam tyle dobrych dni.
Chciało mu się chcieć, chciało walczyć.
Nigdy mu tego nie zapomnę.
Po dwudniowym chorobowym urlopie wróciłam do pracy.
Nie poprawiło się.
W ubiegłą środę czując wielką słabość, rwanie w czaszce oraz ucisk w okolicach oczodołów i nosa po pracy poszłam do lekarza.
Tenże poczynił wywiad, obejrzał mię i osłuchał, po czym machnął obszerną receptę.
A po tym wszystkim mnie wyrzucił.
Na tygodniowe ZLA.
Protestów nie życzył sobie słuchać. Był bardzo stanowczy.
Wzięłam zatem zielony druczek i ruszyłam do domu całą drogę żałośnie płacząc.
Bo praca, którą naprawdę muszę, bynajmniej nie z nadgorliwości.
Bo pies, z którym codziennie wyruszałam na coraz dłuższe spacery.
Bo kręgosłup, który wreszcie odpuścił (!!!) i wypadałoby go dalej w kondycji utrzymać.
A tu perspektywa wyra. Medyk wątpliwości nie pozostawił nijakich.
Pomógł mi mój-ci-on.
Do auta wsadził, do roboty zawiózł, dwie wielkie torby wraz ze mną załadował i do chałupy wtaszczył. Psem obiecał się zająć i jak dotąd dotrzymuje słowa.
Rozpakowawszy torby urządziłam sobie w domu Centrum
Musielibyście to zobaczyć.
Dwa służbowe laptopy, jeden osobisty, do tego tablet i smartfon.
Zabrakło mi biurkowej powierzchni:)
Pracowałam z wyra z trudem zbierając myśli, zatokowe dolegliwości spowodowały albowiem spore otępienie. Laptopy zmieniałam zależnie od potrzeby, smartfon się gotował z powodu gorącej linii, okresowo też gotował mię się mózg. Na szczęście dałam radę. Od wczoraj czuję wyraźną poprawę, dziś będzie się już pracowało lepiej.
ZLA kończy mi się w środę.
Kilka dni przed chorobą zaczęłam chodzić zepsem na coraz dłuższe spacery.
Pół godziny. Pięćdziesiąt minut. Godzina. Godzina piętnaście... i ciągle jeszcze zostawało jej trochę sił! Wprawdzie do domu gramoliła się z trudem, po czym padała na legowisko radośnie chrapiąc, to jednak jej możliwości mnie zdumiewały. Na dziś mamy spacerową przerwę z wiadomych powodów, wrócimy do tematu, jak ozdrowieję.
W trakcie swojej choroby okrutnie zarosła, a w sierści potworzyły się paskudne kołtuny, w okolicach łap, podbrzusza i brody. Mozolnie wycinałam je nożyczkami, na tyle, na ile psina miała wówczas siły. Trwało to tygodniami, po trochu codziennie cięłam. W rezultacie wyglądała prześmiesznie, w tamtym czasie nie miało to jednak żadnego znaczenia, wszak walczyła o życie.
Kołtunów się pozbyłyśmy, pozostała jednak jeszcze sierść właściwa.
Dobrałam się do niej w sobotę, rozkładając pracę na etapy, żeby zwierzaka nie zmęczyć. Mam dobrą maszynkę, która tnie futro sprawnie i szybko. Ku mojemu zdziwieniu spod grubej warstwy sierści i podszerstka wyłoniło się piękne, dobrze odżywione pieskie ciało. Do końca dnia "docięłam" łepek (nie lubimy, nie lubimy i walczymy), a stworzenie wykąpałam i wysuszyłam.
Zwierz cięcia nie lubi, natomiast uwielbia być obcięty, zatem natychmiast po obróbce ruszył w podskokach na poszukiwanie chętnych do miziania i drapania - brak sierści oznacza bliski kontakt ze skórą, a takie coś to dla zwierza miodzio:)
Od soboty mam w domu pięknego, zadbanego psa.
W niczym nie przypomina zabiedzonej, wychudzonej istoty, jaką była przed operacją.
Przystrzyżona sierść lśni.
Oczy błyszczą, widać w nich sznaucerskie chochliki.
Przy stole podczas naszych posiłków prowadzone są intensywne działania żebracze "na pandę":)
ZAWSZE coś jej daję.
Chrzanię trzymanie wychowawczego fasonu:)
Piszę z wyrka, a ona posapując śpi w jego nogach.
Wlazła tam sama, bez większych trudności.
Czasem podniesie łeb i patrzy, jakby wiedziała, że piszę właśnie o niej.
Statystycznie zbliżamy się do opcji "zero do trzech" miesięcy z pierwotnych "trzy do sześciu".
Dożywa do górnej granicy wyznaczonej przez lekarza.
I nie wybiera się na drugą stronę, jeszcze nie:)
Ciągle nie mogę jej strzelić dobrej fotki - takiej, która oddawałaby prawdę o jej naturze, o wesołości, o chęci do zabaw i psot. Nie tracę nadziei, że mi się uda - wtedy z pewnością Wam ją pokażę:)
Cieszę się.
Cieszę się każdym wspólnym dniem.
Zabiorę ją do doktora, niech ją obejrzy, niech się i on ucieszy, niech znów powie, że to "piekielnie silny pies".
Mam dla niego wielką wdzięczność.
Dał nam tyle dobrych dni.
Chciało mu się chcieć, chciało walczyć.
Nigdy mu tego nie zapomnę.
czwartek, 19 lutego 2015
Mimo, że drżałam - dosięgły mię.
I nie tylko mię.
Zatem nie warto drżeć:)
Od piątku (znaczy siódmy już dzień) mój-ci-on leży i kwiczy.
Znaczy już kwiczy mniej, ale jeszcze, książkę by można, wszak prawdziwym mężczyzną jest.
Ja byłam dzielna baaardzo.
Po czym w poniedziałek poszłam zepsem na długi spacer.
Było lekko poniżej zera, ludzi prawie wcale, wzięło mnie na śpiewanie.
No to szłam i śpiewałam.
Pies się na mię oglądał, nieprzyzwyczajony widać:P
We wtorek było mi lekko dziwnie w okolicy tchawicy.
Dziś jest czwartek.
Już cienko śpiewam:)
Wzięłam dwa dni chorobowego urlopu (URLOPU, nie ZLA).
Telefon gotuje mi się od rana, afera podatkowa, afera budżetowa, chorowania ni ma!
Przed urlopem pracową kuwetę ogarnęłam bardzo porządnie, a tu masz - afera za aferą.
Albowiem pełno tam takich, co wszystko w aferę obrócą.
To se skarbówkę obdzwoniłam z temi podatkami i już wiem, co i jak.
I mam to głęboko.
Bo se mogę mieć:)
W udziergach dalekobieżnych zrobiłam sobie czasową przerwę.
Dla zdrowotności.
I z braku wolnych godzin, minut i sekund.
I strasznie mi się zachciało czegoś małego i prostego.
Szybko dojrzałam potrzebę - absolutną i bezwzględną.
W robocie upierdzielił mi się pojemnik na przydasie, nadaje się jeno do wyrzucenia.
To se zrobiłam własne pojemniki, na dodatek bezkosztowo.
Całe TRZY.
Na razie stoją w chałupie, ale w poniedziałek je zaniese.
Jednego już przymierzałam - bedzie cud miód, piknie.
Kolory z lampą wierniejsze:
I jeszcze z utensyliami:
I inny rzucik:
A to som, psze Państwa, dżemowe słoiki, obrobione szydełkiem (włóczka rozetti first class, resztki) oraz opasane szydełkową wstęgą z kwiatkiem. I w realu są o wiele ładniejsze, musicie mi wierzyć na słowo! Prezentuję je w chałupie, na tle mojej cudnej ściany (trawertyn z miką, kładziony rękami ulubionego miszcza), ale ich miejsce jest gdzie indziej i tam im będzie ładniej.
To dziergam.
A co czytam?
A nic!
Bo słucham:)
Kupiłam se takie cuś:
Nie wszystkie audiobooki lubię, nie każdy wiernie oddaje nastrój książki.
Ten mnie urzekł, o ile spływające krwią walki sycylijskich rodzin mogą być urzekające:)
Mam jeszcze do obgadania/pokazania (bo obiecałam):
1. Ponczo od mamy (się koryguje, to było konieczne, strrrasznie mi się podoba, pokażę po zakończeniu korekty);
2. Coś, co miałam pokazać, co udziergałam kiedyś - nie mam jeszcze fotek bo nie ma światła (jak się jutro będę w miarę czuła to sfocę, będę w domu w porze najlepszego oświetlenia);
3. Coś o zwierzynie, to jest szok i szał, w życiu się tego nie spodziewałam.
Dziś w ramach strajku nie zrobiłam obiadu i zamawiam pizzę.
W końcu JA TEŻ mogę być chora!
I niech mi tu ktoś spróbuje napisać inaczej...
No niech!
:*
Zatem nie warto drżeć:)
Od piątku (znaczy siódmy już dzień) mój-ci-on leży i kwiczy.
Znaczy już kwiczy mniej, ale jeszcze, książkę by można, wszak prawdziwym mężczyzną jest.
Ja byłam dzielna baaardzo.
Po czym w poniedziałek poszłam zepsem na długi spacer.
Było lekko poniżej zera, ludzi prawie wcale, wzięło mnie na śpiewanie.
No to szłam i śpiewałam.
Pies się na mię oglądał, nieprzyzwyczajony widać:P
We wtorek było mi lekko dziwnie w okolicy tchawicy.
Dziś jest czwartek.
Już cienko śpiewam:)
Wzięłam dwa dni chorobowego urlopu (URLOPU, nie ZLA).
Telefon gotuje mi się od rana, afera podatkowa, afera budżetowa, chorowania ni ma!
Przed urlopem pracową kuwetę ogarnęłam bardzo porządnie, a tu masz - afera za aferą.
Albowiem pełno tam takich, co wszystko w aferę obrócą.
To se skarbówkę obdzwoniłam z temi podatkami i już wiem, co i jak.
I mam to głęboko.
Bo se mogę mieć:)
W udziergach dalekobieżnych zrobiłam sobie czasową przerwę.
Dla zdrowotności.
I z braku wolnych godzin, minut i sekund.
I strasznie mi się zachciało czegoś małego i prostego.
Szybko dojrzałam potrzebę - absolutną i bezwzględną.
W robocie upierdzielił mi się pojemnik na przydasie, nadaje się jeno do wyrzucenia.
To se zrobiłam własne pojemniki, na dodatek bezkosztowo.
Całe TRZY.
Na razie stoją w chałupie, ale w poniedziałek je zaniese.
Jednego już przymierzałam - bedzie cud miód, piknie.
Kolory z lampą wierniejsze:
I jeszcze z utensyliami:
I inny rzucik:
A to som, psze Państwa, dżemowe słoiki, obrobione szydełkiem (włóczka rozetti first class, resztki) oraz opasane szydełkową wstęgą z kwiatkiem. I w realu są o wiele ładniejsze, musicie mi wierzyć na słowo! Prezentuję je w chałupie, na tle mojej cudnej ściany (trawertyn z miką, kładziony rękami ulubionego miszcza), ale ich miejsce jest gdzie indziej i tam im będzie ładniej.
To dziergam.
A co czytam?
A nic!
Bo słucham:)
Kupiłam se takie cuś:
A właściwie już obsłuchałam.
Miód na uszy, stosowne napięcie oraz teleportacja w klimaty tamtych miejsc i czasów.
I zdanie: "Czy zechce mi pan wyświadczyć tę uprzejmość...?"
Tego się nie da przekazać, to trzeba posłuchać.Nie wszystkie audiobooki lubię, nie każdy wiernie oddaje nastrój książki.
Ten mnie urzekł, o ile spływające krwią walki sycylijskich rodzin mogą być urzekające:)
Mam jeszcze do obgadania/pokazania (bo obiecałam):
1. Ponczo od mamy (się koryguje, to było konieczne, strrrasznie mi się podoba, pokażę po zakończeniu korekty);
2. Coś, co miałam pokazać, co udziergałam kiedyś - nie mam jeszcze fotek bo nie ma światła (jak się jutro będę w miarę czuła to sfocę, będę w domu w porze najlepszego oświetlenia);
3. Coś o zwierzynie, to jest szok i szał, w życiu się tego nie spodziewałam.
Dziś w ramach strajku nie zrobiłam obiadu i zamawiam pizzę.
W końcu JA TEŻ mogę być chora!
I niech mi tu ktoś spróbuje napisać inaczej...
No niech!
:*
środa, 11 lutego 2015
W poprzednim poście
zbyt szybko przelałam emocje na elektroniczny papier.
Nie żałuję, jednakże powinnam być bardziej zrównoważona.
Postanawiam poprawę.
Psina nie zdrowieje, ale też w widoczny sposób się nie pogarsza.
Cieszy się życiem.
Je, pije, bawi się.
Ma nawet oznaki psiej płodności i rwie się do panów.
Wczoraj była na prawie godzinnym spacerze i o własnych siłach weszła do domu.
Czasem bywają gorsze dni.
Postaram się pamiętać o tym CZASEM, żeby siebie i Was niepotrzebnie nie szarpać.
Dwa miesiące temu lekarz powiedział, że ma szanse na trzy do sześciu miesięcy.
Można więc przyjąć, że na dziś ma jeden do czterech.
Staram się tym nie żyć i o tym nie myśleć.
Czasem to jest trudne.
Moja wyjechana chora poprawia się.
Dostałam cudnego mm-sa z nią w roli głównej - siedzi podparta poduchami, w obu rękach trzyma gazetę. Nie czyta jej, ale trzyma sama - !
I zawadiacko patrzy prosto w obiektyw komórki:)
Mówi, myśli, rozumie.
Uczestniczy w rozwiązywaniu krzyżówek.
Potrafi samodzielnie napić się z butelki.
Jest intensywnie rehabilitowana.
Przy pierwotnych totalnych zerach w skali Barthela postęp jest ogromny.
Są z nią najbliżsi - są mądrze, pogodnie, zwyczajnie.
Cieszę się jak głupia.
I wzruszam.
Wieczorami dziergam, jednak nie mam kiedy focić.
Wracam do domu późno, nie ma już dobrego światła.
A jeśli nawet światło jest to ja nie mam sił.
W pracy pomór, pada człowiek za człowiekiem (grypy, oskrzela, płuca, gorączki), a z racji ograniczonego zatrudnienia pracując w zwykłym, normalnym trybie wszyscy jesteśmy niezastąpieni. No PRAWIE wszyscy. Przy zmasowanym ataku chorób jest już masakra. Przejmujemy jednak wzajemnie swoje obowiązki starając się, aby wszystko jakoś ogarnąć. Będąc dziś na takim doraźnym i nietypowym dla mnie "zastępstwie" usłyszałam wielce zdziwione pytanie (nie wszyscy w akcję wsparcia się angażują):
- Ooooo, a czy TY masz to w zakresie czynności???
- Nie mam - odparłam.
- To dlaczego TO robisz????? - zdziwienie było jeszcze większe.
- Bo TRZEBA - odpowiedziałam wielkimi literami.
Nie ja jedna, taki czas, trzeba.
I trzeba też ogarnąć swoje.
W związku z tym pracuje się duuużo dłużej.
A po powrocie do domu zalicza totalny naryjopad.
Nie zapominam jednak, że tak wiele osób nie ma pracy, a tak bardzo jej potrzebuje.
Od niedawna szczególnie o tym pamiętam.
Za tę świadomość jestem bardzo wdzięczna.
I za osobę, dzięki której ją mam, również.
Drżę, żeby zarazki nie dosięgły i mnie.
Do moich zadań nie da się albowiem delegować nikogo.
Czasem dobrze to, a czasem źle.
Kontrole wszelakie - omijajcie mnie.
Wszak w ostatnich dwóch latach wykonałam wasz plan.
Pięcioletni... z okładem!
Nie żałuję, jednakże powinnam być bardziej zrównoważona.
Postanawiam poprawę.
Psina nie zdrowieje, ale też w widoczny sposób się nie pogarsza.
Cieszy się życiem.
Je, pije, bawi się.
Ma nawet oznaki psiej płodności i rwie się do panów.
Wczoraj była na prawie godzinnym spacerze i o własnych siłach weszła do domu.
Czasem bywają gorsze dni.
Postaram się pamiętać o tym CZASEM, żeby siebie i Was niepotrzebnie nie szarpać.
Dwa miesiące temu lekarz powiedział, że ma szanse na trzy do sześciu miesięcy.
Można więc przyjąć, że na dziś ma jeden do czterech.
Staram się tym nie żyć i o tym nie myśleć.
Czasem to jest trudne.
Moja wyjechana chora poprawia się.
Dostałam cudnego mm-sa z nią w roli głównej - siedzi podparta poduchami, w obu rękach trzyma gazetę. Nie czyta jej, ale trzyma sama - !
I zawadiacko patrzy prosto w obiektyw komórki:)
Mówi, myśli, rozumie.
Uczestniczy w rozwiązywaniu krzyżówek.
Potrafi samodzielnie napić się z butelki.
Jest intensywnie rehabilitowana.
Przy pierwotnych totalnych zerach w skali Barthela postęp jest ogromny.
Są z nią najbliżsi - są mądrze, pogodnie, zwyczajnie.
Cieszę się jak głupia.
I wzruszam.
Wieczorami dziergam, jednak nie mam kiedy focić.
Wracam do domu późno, nie ma już dobrego światła.
A jeśli nawet światło jest to ja nie mam sił.
W pracy pomór, pada człowiek za człowiekiem (grypy, oskrzela, płuca, gorączki), a z racji ograniczonego zatrudnienia pracując w zwykłym, normalnym trybie wszyscy jesteśmy niezastąpieni. No PRAWIE wszyscy. Przy zmasowanym ataku chorób jest już masakra. Przejmujemy jednak wzajemnie swoje obowiązki starając się, aby wszystko jakoś ogarnąć. Będąc dziś na takim doraźnym i nietypowym dla mnie "zastępstwie" usłyszałam wielce zdziwione pytanie (nie wszyscy w akcję wsparcia się angażują):
- Ooooo, a czy TY masz to w zakresie czynności???
- Nie mam - odparłam.
- To dlaczego TO robisz????? - zdziwienie było jeszcze większe.
- Bo TRZEBA - odpowiedziałam wielkimi literami.
Nie ja jedna, taki czas, trzeba.
I trzeba też ogarnąć swoje.
W związku z tym pracuje się duuużo dłużej.
A po powrocie do domu zalicza totalny naryjopad.
Nie zapominam jednak, że tak wiele osób nie ma pracy, a tak bardzo jej potrzebuje.
Od niedawna szczególnie o tym pamiętam.
Za tę świadomość jestem bardzo wdzięczna.
I za osobę, dzięki której ją mam, również.
Drżę, żeby zarazki nie dosięgły i mnie.
Do moich zadań nie da się albowiem delegować nikogo.
Czasem dobrze to, a czasem źle.
Kontrole wszelakie - omijajcie mnie.
Wszak w ostatnich dwóch latach wykonałam wasz plan.
Pięcioletni... z okładem!
piątek, 6 lutego 2015
Spacerowicze
Jeden po drugim odchodzą.
Co jakiś czas.
W tym roku trzech, może czterech.
Znikają.
Przestajemy się spotykać na codziennych trasach.
Stąd wiem, że już
ich
nie ma.
Zostaje po nich pustka.
Merdający niewidoczny ogon.
Brzmiące w uszach milczące szczekanie.
Czasem tylko byli właściciele przemkną chyłkiem
o zupełnie innej niż zwykle godzinie.
Jakby chcieli być niewidzialni.
W samotności płaczą.
Mówią o tym ich znajomi.
Mój spacerowicz jest.
Trasy nadal są nasze, choć coraz krótsze.
Szczekanie donośne.
Merdanie radośnie wyraziste.
Tylne łapy z trudem trzymają pion.
To z powodu oblodzenia, na pewno.
Wciskam sobie kit.
Szykuję oczy do łez.
Co jakiś czas.
W tym roku trzech, może czterech.
Znikają.
Przestajemy się spotykać na codziennych trasach.
Stąd wiem, że już
ich
nie ma.
Zostaje po nich pustka.
Merdający niewidoczny ogon.
Brzmiące w uszach milczące szczekanie.
Czasem tylko byli właściciele przemkną chyłkiem
o zupełnie innej niż zwykle godzinie.
Jakby chcieli być niewidzialni.
W samotności płaczą.
Mówią o tym ich znajomi.
Mój spacerowicz jest.
Trasy nadal są nasze, choć coraz krótsze.
Szczekanie donośne.
Merdanie radośnie wyraziste.
Tylne łapy z trudem trzymają pion.
To z powodu oblodzenia, na pewno.
Wciskam sobie kit.
Szykuję oczy do łez.
środa, 21 stycznia 2015
Dziergana środa:)
Dalej czapkuję, czapka jest już całkiem czapkowa, kończę drugą warstwę, niedługo je obie połączę. Miejscem ostatecznego łączenia warstw będzie czubek głowy. Pierwotne łączenie jest w miejscu, gdzie kończy się plisa ściągaczowa/otok/jakgotamzwał:
Czapka sobie stoi samorządnie i niezależnie, otok ma podwójny, więc tenże ją w pionie trzyma. Warstwa, którą w tej chwili widać jako spodnią jest cała w niebieskościach, tutaj widać czubek lewej strony:
A tutaj na plaskacza, strona niebiesko - czarna, widać, że to zwyczajna zwyczajność, w towarzystwie czerni niebieski się tak jakoś rozjaśnił:
Tu podobne zdjęcie, aczkolwiek deczko przyciemnione, kolory bardziej prawdziwe. Czapka jest robiona całkowicie bezszwowo, ma dwie prawe strony, wzór przeze mnie umyślony, musiałam właściwie tylko ustalić, ile potrzeba nabrać oczek, resztę już miałam w głowie. Dziś ją pewnie skończę i zacznę niebieski komin, po czym coby całkiem nie paść z nudów nabiorę na druty włóczkę na następną czapkę. Fason ten sam, pomysł ten sam, tylko podstawowy kolor z zupełnie innej bajki.
I jeszcze kłębkowy bałwanek z podstawką, który dowodzi, że nad narzutowymi kwadratami również pilnie pracuję, system dwóch kwadratów dziennie działa, choć nie każdego dnia. Nie spinam się jednak, cel pozostaje dwukwadratowy, jak nie wyjdzie to zawsze do tego samego punktu wracam i staram się te dwa machnąć - i przybywa ich, przybywa. Na razie w stosiku grzecznie sobie leżakują, część ma już pochowane nitki, gdybym je do "węzła głównego" przyłączyła miałabym już pół narzuty - ha!
Czytam, a raczej słucham dalej audiobooka "Świat w moich dłoniach" Petera Heppa. Podczytuję też coś inszego, ale o tym potem:)
No i mam WIEŚCI.
Mam sporo do pokazania - będę zanęcać:
1. Mam już ponczo od Mamuni - pokażę, a jakże:)
2. Odkopałam całkiem fajny i całkiem skończony udzierg, też pokażę, a co;)
3. Dostałam dziś paczkę, w paczce był komplet - trzy cosie, pikne co cud, zamówione przez mię, cosie pokażę do piątku (się postaram znaczy!), napiszę skąd mam, mieć może każdy. I napiszę, dlaczego po otwarciu przesyłki się poryczałam. Bo tak było.
4. No i będzie ciąg dalszy opowieści ze szpitalnych oddziałów.
A teraz - jako że mam dziś Święto i spodziewam się Gościa z własnoręcznie zrobionymi prezentami - oddalam się przygotować stół, obłożyć go obficie łakociami i owocami, nalać do szklanek soczku i oczekiwać. Gość zostaje dziś na noc, muszę przygotować cieplutką kołderkę, coby chudy brzuszek mógł się pod nią ogrzać i wymiziać:)
Lecę się podłączyć do Maknety, wszystkich czytających serdecznie pozdrawiam, a najserdeczniej dziś pozdrawiam Babcie i Agnieszki:)
P.S. Kundliszcze żywie, je niewiele ale je, naszej paszy się domaga. Formę ma chyba w miarę stałą, tylko to niejedzenie deczko niepokoi.
Czapka sobie stoi samorządnie i niezależnie, otok ma podwójny, więc tenże ją w pionie trzyma. Warstwa, którą w tej chwili widać jako spodnią jest cała w niebieskościach, tutaj widać czubek lewej strony:
A tutaj na plaskacza, strona niebiesko - czarna, widać, że to zwyczajna zwyczajność, w towarzystwie czerni niebieski się tak jakoś rozjaśnił:
Tu podobne zdjęcie, aczkolwiek deczko przyciemnione, kolory bardziej prawdziwe. Czapka jest robiona całkowicie bezszwowo, ma dwie prawe strony, wzór przeze mnie umyślony, musiałam właściwie tylko ustalić, ile potrzeba nabrać oczek, resztę już miałam w głowie. Dziś ją pewnie skończę i zacznę niebieski komin, po czym coby całkiem nie paść z nudów nabiorę na druty włóczkę na następną czapkę. Fason ten sam, pomysł ten sam, tylko podstawowy kolor z zupełnie innej bajki.
I jeszcze kłębkowy bałwanek z podstawką, który dowodzi, że nad narzutowymi kwadratami również pilnie pracuję, system dwóch kwadratów dziennie działa, choć nie każdego dnia. Nie spinam się jednak, cel pozostaje dwukwadratowy, jak nie wyjdzie to zawsze do tego samego punktu wracam i staram się te dwa machnąć - i przybywa ich, przybywa. Na razie w stosiku grzecznie sobie leżakują, część ma już pochowane nitki, gdybym je do "węzła głównego" przyłączyła miałabym już pół narzuty - ha!
Czytam, a raczej słucham dalej audiobooka "Świat w moich dłoniach" Petera Heppa. Podczytuję też coś inszego, ale o tym potem:)
No i mam WIEŚCI.
Mam sporo do pokazania - będę zanęcać:
1. Mam już ponczo od Mamuni - pokażę, a jakże:)
2. Odkopałam całkiem fajny i całkiem skończony udzierg, też pokażę, a co;)
3. Dostałam dziś paczkę, w paczce był komplet - trzy cosie, pikne co cud, zamówione przez mię, cosie pokażę do piątku (się postaram znaczy!), napiszę skąd mam, mieć może każdy. I napiszę, dlaczego po otwarciu przesyłki się poryczałam. Bo tak było.
4. No i będzie ciąg dalszy opowieści ze szpitalnych oddziałów.
A teraz - jako że mam dziś Święto i spodziewam się Gościa z własnoręcznie zrobionymi prezentami - oddalam się przygotować stół, obłożyć go obficie łakociami i owocami, nalać do szklanek soczku i oczekiwać. Gość zostaje dziś na noc, muszę przygotować cieplutką kołderkę, coby chudy brzuszek mógł się pod nią ogrzać i wymiziać:)
Lecę się podłączyć do Maknety, wszystkich czytających serdecznie pozdrawiam, a najserdeczniej dziś pozdrawiam Babcie i Agnieszki:)
P.S. Kundliszcze żywie, je niewiele ale je, naszej paszy się domaga. Formę ma chyba w miarę stałą, tylko to niejedzenie deczko niepokoi.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Pies i termy
Czwartek. Pies ok.
Piątek. Pies super.
Sobotnie przedpołudnie. Rewelacja.
Sobotni wieczór.
Drży, ledwie chodzi, nie je.
Myśli biegną w wiadomym kierunku.
Pogorszenie, myślę.
Na niedzielę zaplanowaliśmy wyjazd do wód, na kilka godzin.
Chorego zwierza mogę zostawić tylko z rodzicami i tylko na krótko, na tyle, żeby nie musieli go wyprowadzać.
Niedziela rano.
Jakby trochę lepiej.
Pije, jeść nie chce nadal.
Decydujemy się na wyjazd, bydlątko odholowujemy autem do protoplastów, ruszamy w drogę.
Miejsce nowe, jeszcze nam nieznane, relatywnie blisko.
Żarcie i gorącą herbatę z cytryną zabieramy ze sobą.
Jest cudnie.
Do dyspozycji mamy całkiem sporą powierzchnię, na której umiejscowiono i pływackie tory, i bąbelkowe kociołki, i wanny z masażerami, i wreszcie dwa zbiorniki z ciepłą zupą - czytaj wodą termalną:)
Nie ma tłoku, bo idąc za radą znajomych pojechaliśmy w porze obiadu.
Do basenu wchodzę nieśmiało.
Dwa lata temu nauczyłam się pływać, przepływałam cały sezon... i przez te dwa kolejne lata w temacie był totalny zastój.
Na szczęście to jest jak jazda na rowerze, nie zapomniałam nic a nic, tnę wodę sprawnie, oddycham jak się należy, ino kondycji mi brak.
Zwiedzamy z mój-ci-onym cały kompleks, po czym zabieramy się za masaże, każdy w swoim kątku.
- Idź na tę płaszczkę - po jakimś czasie proponuje mąż. - Byłem, stałem dość długo, ona coś robi na głowę, serio.
Lecę.
Płaszczka wali mnie po karku, plecach, ramionach.
Już wiem, co ona robi na głowę.
Resetuje ją totalnie:)
Wypływani, wymasowani, wygrzani w zupie wracamy do chałupy.
Zwierz lepszy.
Po kolejnej godzinie jeszcze lepszy.
A po dwóch walczy ze mną o każdy kęs mojej paszy, na którą ma niewątpliwą ochotę.
Coś mi nie gra.
Myślę.
I mam!
W sobotę na spacerze larwa chapnęła do dzioba małe coś.
Po chrupaniu domyśliłam się, że to smakowita kosteczka.
Na 99% cierpiała po tej durnej kości, której nie zdążyłam jej z pyska wyszarpać.
Kosteczki wysypują "dobrzy ludzie", kosteczki maści wszelakiej, kosteczki, po których zwierzaki cierpią.
Ludzie, nie róbcie tego, to naprawdę nie jest dobre dla psów!
P.S. Mój fizjoterapeuta - 80 zeta za godzinę plus dojazd, razem będzie stówka.
Nasz wyjazd do wód - w całości za dwie osoby pobyt i dojazd również stówka.
Przez jakiś czas mój fizjoterapeuta na mnie nie zarobi.
Może na mój kręgowy słup wystarczą masaże wodne, z których możemy korzystać z mój-ci-onym oboje i w opór?
Pożyjemy, zobaczymy:)
Cdn. będzie - córka chorej była w sobotę, ja dziś lecę na SOR napisać podanie o karetkę, postaram się coś skrobnąć jutro.
Piątek. Pies super.
Sobotnie przedpołudnie. Rewelacja.
Sobotni wieczór.
Drży, ledwie chodzi, nie je.
Myśli biegną w wiadomym kierunku.
Pogorszenie, myślę.
Na niedzielę zaplanowaliśmy wyjazd do wód, na kilka godzin.
Chorego zwierza mogę zostawić tylko z rodzicami i tylko na krótko, na tyle, żeby nie musieli go wyprowadzać.
Niedziela rano.
Jakby trochę lepiej.
Pije, jeść nie chce nadal.
Decydujemy się na wyjazd, bydlątko odholowujemy autem do protoplastów, ruszamy w drogę.
Miejsce nowe, jeszcze nam nieznane, relatywnie blisko.
Żarcie i gorącą herbatę z cytryną zabieramy ze sobą.
Jest cudnie.
Do dyspozycji mamy całkiem sporą powierzchnię, na której umiejscowiono i pływackie tory, i bąbelkowe kociołki, i wanny z masażerami, i wreszcie dwa zbiorniki z ciepłą zupą - czytaj wodą termalną:)
Nie ma tłoku, bo idąc za radą znajomych pojechaliśmy w porze obiadu.
Do basenu wchodzę nieśmiało.
Dwa lata temu nauczyłam się pływać, przepływałam cały sezon... i przez te dwa kolejne lata w temacie był totalny zastój.
Na szczęście to jest jak jazda na rowerze, nie zapomniałam nic a nic, tnę wodę sprawnie, oddycham jak się należy, ino kondycji mi brak.
Zwiedzamy z mój-ci-onym cały kompleks, po czym zabieramy się za masaże, każdy w swoim kątku.
- Idź na tę płaszczkę - po jakimś czasie proponuje mąż. - Byłem, stałem dość długo, ona coś robi na głowę, serio.
Lecę.
Płaszczka wali mnie po karku, plecach, ramionach.
Już wiem, co ona robi na głowę.
Resetuje ją totalnie:)
Wypływani, wymasowani, wygrzani w zupie wracamy do chałupy.
Zwierz lepszy.
Po kolejnej godzinie jeszcze lepszy.
A po dwóch walczy ze mną o każdy kęs mojej paszy, na którą ma niewątpliwą ochotę.
Coś mi nie gra.
Myślę.
I mam!
W sobotę na spacerze larwa chapnęła do dzioba małe coś.
Po chrupaniu domyśliłam się, że to smakowita kosteczka.
Na 99% cierpiała po tej durnej kości, której nie zdążyłam jej z pyska wyszarpać.
Kosteczki wysypują "dobrzy ludzie", kosteczki maści wszelakiej, kosteczki, po których zwierzaki cierpią.
Ludzie, nie róbcie tego, to naprawdę nie jest dobre dla psów!
P.S. Mój fizjoterapeuta - 80 zeta za godzinę plus dojazd, razem będzie stówka.
Nasz wyjazd do wód - w całości za dwie osoby pobyt i dojazd również stówka.
Przez jakiś czas mój fizjoterapeuta na mnie nie zarobi.
Może na mój kręgowy słup wystarczą masaże wodne, z których możemy korzystać z mój-ci-onym oboje i w opór?
Pożyjemy, zobaczymy:)
Cdn. będzie - córka chorej była w sobotę, ja dziś lecę na SOR napisać podanie o karetkę, postaram się coś skrobnąć jutro.
środa, 14 stycznia 2015
Dziergam i czytam - po raz siódmy:)
Wreszcie się dorwałam, zaczęłam, ruszyłam. Nie mogłam się zmobilizować do nabrania oczek, wolałam lecieć po bandzie szydełkowymi kwadratami. A teraz jestem szczęśliwa jak mucha w gównie - znów mam w rękach druty:)
Będzie czapka dla mężczyzny. A później do kompletu będzie jeszcze komin. Czapka dwuwarstwowa, a przy tym dwustronna. Druga strona będzie inna, z dodatkiem nowego koloru. Tak sobie przyszły Nosiciel umyślił:) Dziergam na razie na drutach skarpetkowych, bo zależy mi na ścisłym ściegu (dziergam dość luźno, a na skarpetkowych ściśle, nie wiem, dlaczego). A dziergam z tej włóczki:
Malabrigo arroyo, kolor powyżej zapodany (w rzeczywistości barwy są jeszcze bardziej stonowane, ale foty robiłam komórką, a na dokładną obróbkę brakło mi czasu), druty numer 3. Jak skończę otok przejdę na madżikluupa:)
Kwadratów narzutowych przybywa - udaje się zachować rytm dwóch kwadratów dziennie, choć po prawdzie teraz szydełko będzie konkurować z drutami i będę musiała się ZMAGAĆ.
W związku z pytaniami o szydełko raz jeszcze pokażę zdjęcie z poprzedniego dzierganego posta:
To są szydełka japońskie Clover, zakupione o tutaj - w Zamotanem. Mają rączkę i krótki "odcinek" szydełka, a w związku z tym moja prawa rączka - odkąd ich używam - ma się świetnie. Dłoń się nie "ciśnie", a w dzierganiu mogę też pomagać sobie kciukiem. Jeszcze by się przydało coś do lewej rączki, bo ona w tym układzie ma gorzej. Gorzej niż prawa, ma się rozumieć:)
A co czytam? Otóż czytam słuchając, czyli korzystam z wariantu audio. Przy dzierganiu ogromna oszczędność czasu:)
Po pierwsze - słucham ekskluzywnej sieroty oraz azaliż również ją czytam. Oczywiście nie non stop, ale zaczynam mieć ją nie tylko w głowie, ale i w sercu.
A po drugie - słucham:
(zdjęcie stąd)
Słucham już po raz kolejny. Jest przejmująca. Do bólu prawdziwa. Opisuje rzeczywistość. I tylko czasem się zastanawiam, czy nie powinnam zabrać się za coś lżejszego, może za jakąś sensację lub kryminał, bo trudnych tematów mam póki co po kokardę.
P.S. Chciałam wrzucić zdjęcie psiny, ale nie umiem skorygować odbicia światła w oczach. Z tym odbiciem wygląda niczym zombie:) Trzyma się zwierz - trochę chyba jest słabsza, mniej je, ale na zabawę i spacery wciąż ma ochotę.
Etykiety:
Czapka,
Malabrigo,
Męski,
Pies,
Wspolne dzierganie i czytanie u Maknety
wtorek, 16 grudnia 2014
Odkąd wróciłam z pracy
cały czas jest w ruchu.
Domaga się nieustannie.
Uwagi, zabawy, jedzenia, głaskania.
Poszczekuje znacząco, jeśli jej "nie dostrzegam".
Orzechowe oczy błyszczą.
Przynosi ulubioną niebieską piszczącą piłeczkę.
Domaga się rzucania, przynosi ją na komendę.
Po czym popiskuje, jakby niańczyła własne dziecko.
Podskakuje. Wykonuje z chęcią komendy, które zna od lat.
Rana się zagoiła, choć kiecuszkę pooperacyjną jeszcze nosi i jeszcze nosić będzie.
Mokro jest i błotniście, nie chcę zakażenia.
Kiedy się zmęczy siada mi na nogach, na kapciach.
Tak robiła, gdy była malutka...
A później kładzie się, rozwala na całą psią długość.
Blisko mnie.
Wzdycha głęboko.
I przysypia na małą chwilkę, by znów wrócić do zaczepek, do zabawy.
Już nie pamiętałam jej takiej...
Przed operacją około pół roku nie miała ochoty na zabawę, na spacery.
Myślałam, że to psia starość.
A ona była bardzo chora...
Cieszymy się. Bawimy. Wygłupiamy.
Jutro kupię jej jakieś śmieszne zabawki, żeby miała rozrywkę.
Za chwilę idziemy na wieczorny spacer.
Kocham ją.
Mojego pierwszego... i ostatniego psa.
Moją brodatą mordę.
Moją sznaucurkę, pieprz i sól...
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Będę pisać.
O psie:)
Może ktoś ma już dość tematu.
Może nie może już tego czytać.
Wybaczcie.
Dla mnie to ważne, chcę pamiętać każdą chwilę.
Rano śniadanie. Pożarte.
Później my z mężem do pracy.
Po pracy psi obiad, ciepły, gotowany.
Pochłonięty:)
Poobiednia krótka psia drzemka.
A później zabawa ulubioną piłeczką.
Zaczepianie bez końca, rozradowany psi pysk.
Zero popołudniowego snu.
Około 18.00 czterdziestominutowy spacer.
Pierwszy taki długi po operacji.
Potrzeby załatwione.
Motocykliści (pies na smyczy, na smyczy!) obszczekani.
To ona mnie ciągnęła, nie ja ją.
Pierwszy tak cudny, wesoły spacer od... czerwca?
Silna. Silna. Piekielnie silna...
Powrót do domu.
Padamy, śpimy? Ależ skąd!
Jedzonko, psze pani, jedzonko - i życie, życie na gorąco - wąchanie, mizianie, zaczepianie.
Zatem kolacja za chwilkę.
Mięsko z warzywami i ryżem, jedzone z ręki, coby sznaucerska broda się nie uświniła.
Tak jest DZIŚ.
Planujemy krótko - święta, Sylwester, oczywiście nie zostawimy jej nikomu.
Niesamowite jest to, że śmiertelnie chory pies wygląda na kompletnie zdrowego...
Dziś jest dobrze, pogodnie, radośnie.
Dziś cieszę się jej dobrym apetytem, świetnym samopoczuciem.
A jutro?
Się zobaczy.
Jutro... będzie jutro:)
A ja na pewno codziennie nie będę pisać o psie:)))
Może ktoś ma już dość tematu.
Może nie może już tego czytać.
Wybaczcie.
Dla mnie to ważne, chcę pamiętać każdą chwilę.
Rano śniadanie. Pożarte.
Później my z mężem do pracy.
Po pracy psi obiad, ciepły, gotowany.
Pochłonięty:)
Poobiednia krótka psia drzemka.
A później zabawa ulubioną piłeczką.
Zaczepianie bez końca, rozradowany psi pysk.
Zero popołudniowego snu.
Około 18.00 czterdziestominutowy spacer.
Pierwszy taki długi po operacji.
Potrzeby załatwione.
Motocykliści (pies na smyczy, na smyczy!) obszczekani.
To ona mnie ciągnęła, nie ja ją.
Pierwszy tak cudny, wesoły spacer od... czerwca?
Silna. Silna. Piekielnie silna...
Powrót do domu.
Padamy, śpimy? Ależ skąd!
Jedzonko, psze pani, jedzonko - i życie, życie na gorąco - wąchanie, mizianie, zaczepianie.
Zatem kolacja za chwilkę.
Mięsko z warzywami i ryżem, jedzone z ręki, coby sznaucerska broda się nie uświniła.
Tak jest DZIŚ.
Planujemy krótko - święta, Sylwester, oczywiście nie zostawimy jej nikomu.
Niesamowite jest to, że śmiertelnie chory pies wygląda na kompletnie zdrowego...
Dziś jest dobrze, pogodnie, radośnie.
Dziś cieszę się jej dobrym apetytem, świetnym samopoczuciem.
A jutro?
Się zobaczy.
Jutro... będzie jutro:)
A ja na pewno codziennie nie będę pisać o psie:)))
niedziela, 14 grudnia 2014
To nic nie da.
To naprawdę nie pomoże:
- Racjonalizacja emocji.
- Myślenie, że sobie poradzę, no przecież.
- Wstrzymywanie łez, bo to przecież tylko pies, no jak to...
- Udawanie, że nic się nie dzieje.
- Myślenie, że inni mają gorzej.
Nie.
To MÓJ ból.
MÓJ pies.
To MOJE życie i moja wrażliwość.
Przeryczałam dziś prawie cały dzień, momentami wręcz histerycznie.
Męża uprzedziłam, żeby się nie martwił.
Ja potrzebowałam samotności i psiny przy boku i łez, on średnio to pojmował, ale przyzwolenie dał stuprocentowe i perfekcyjnie zajął się sobą.
Od czasu do czasu lazłam do niego tonąc na chwilę w otwartych kochających ramionach.
Po czym wracałam ryczeć albo spać.
Zadzwoniła Vi.
Ona rozumiała mnie kapitalnie.
To niesamowite, to nie do pojęcia...
Późnym popołudniem zadzwoniłam do mamy.
Że dziś nie przyjdę, że nie mam siły.
Gadałyśmy konspiracyjnie, bo tato psy średnio.
Zrozumiała mnie. Nie miała oczekiwań. Zostań w domu, dojdź do siebie, ja Cię rozumiem, damy sobie radę.
Ulżyło mi.
Rozmowa z Vi, otwarte ramiona męża i rozmowa z mamą wyciągnęły mnie z wyra.
Ufarbowałam łeb, uczesałam się i poszłam na spotkanie z Najwyższym.
Po Languście źle znoszę lokalne homilie, ale nie to jest przecież najważniejsze.
Czuję, że pierwszy rzut cierpienia mam za sobą.
Jak się pogoda poprawi zaczniemy chodzić na spacery - tak długie, jak tylko psina da radę.
Odetchnęłam, odprężyłam się.
Nakarmiłam żarłoka, lekarz powiedział, żeby nie żałować, bo ma sporo do odrobienia.
Będziemy żyć do końca:)
P.S. Bardzo Wam dziękuję za każde słowo.
Wszystkie są bezcenne.
Doświadczam nowej dla mnie sytuacji.
Bardzo, bardzo mi pomagacie.
Dziękuję!
sobota, 13 grudnia 2014
Będziemy żyć do końca.
Pies od rana rozbawiony, szalejący, nienażarty.
Morda mu się śmieje, podskakuje radośnie, tym radośniej, że czuje nadchodzący spacer.
Wyprowadzam gadzinę, pakuję do auta, jedziemy.
W poczekalni zachowuje się, jakby miała ADHD.
Lekarz prosi nas do środka.
Patrzy na psa i uśmiecha się widząc, w jakiej jest formie.
Później patrzy na mnie.
I już się nie uśmiecha.
Mięsak wrzecionowatokomórkowy , złośliwy nowotwór mezenchymalny, który może dawać nawroty i przerzuty.
A ja zapomniałam.
Że wynik histopatu może być albo dobry, albo zły.
Albo bardzo zły, jak ten, który dostaliśmy...
Mąż kładzie psa na stole, przewracamy zwierzynę na bok.
Zagoiło się pięknie, lekarz ściąga szwy, psica się broni, silna jest.
Łzy lecą mi jak grochy. Bierze mnie łkanie, ale muszę się trzymać.
Zabieg się kończy, mąż wyprowadza psa.
Ryczę i pytam, czy mógł być błąd w badaniu.
Nie. Badania były robione w Monachium, lekarz z tym laboratorium współpracuje.
Pytam, ile mamy czasu.
Trzy miesiące, góra pół roku.
Mówię, że nie chcę już żadnych operacji.
Że chcę się nią nacieszyć, dać się wyszaleć, wygłaskać za wszystkie czasy.
Zabezpieczyć bólowo.
I pozwolić odejść, kiedy przyjdzie czas.
To najlepsze, co można zrobić, mówi lekarz. Nie chciałem tego mówić bo ludzie różnie to znoszą, czasem chcą, żebym był cudotwórcą.
Proszę się nią nacieszyć.
Proszę być ze mną w kontakcie.
A kiedy przyjdzie czas przyjadę do pani.
Zaśnie na zawsze u pani na rękach, jeśli tylko pani będzie chciała...
Będę chciała.
I będziemy żyć do końca, żyć najradośniej, żyć tak, jak tylko jej zdrowie na to pozwoli.
Oczywiście, że ryczę. Oczy mam jak królik. A później się śmieję, całuję kosmatą mordę i zaglądam w orzechowe oczy. I przemycam ulubiony smakołyk. Już nie muszę uważać na dietę.
Będziemy żyć do końca.
Chustka nas tego nauczyła.
Wybacz Asiu, że ja to do psa przykładam, ale wiem, że nie miałabyś mi tego za złe. Tak bardzo kochałaś Viledę, pamiętam.
To idę.
Miziać, spacerować, piec pasztety (i niby przypadkiem podrzucać piesku co lepsze kawałki), śmiać się i ryczeć do imentu, jeśli mnie najdzie.
Morda mu się śmieje, podskakuje radośnie, tym radośniej, że czuje nadchodzący spacer.
Wyprowadzam gadzinę, pakuję do auta, jedziemy.
W poczekalni zachowuje się, jakby miała ADHD.
Lekarz prosi nas do środka.
Patrzy na psa i uśmiecha się widząc, w jakiej jest formie.
Później patrzy na mnie.
I już się nie uśmiecha.
Mięsak wrzecionowatokomórkowy , złośliwy nowotwór mezenchymalny, który może dawać nawroty i przerzuty.
A ja zapomniałam.
Że wynik histopatu może być albo dobry, albo zły.
Albo bardzo zły, jak ten, który dostaliśmy...
Mąż kładzie psa na stole, przewracamy zwierzynę na bok.
Zagoiło się pięknie, lekarz ściąga szwy, psica się broni, silna jest.
Łzy lecą mi jak grochy. Bierze mnie łkanie, ale muszę się trzymać.
Zabieg się kończy, mąż wyprowadza psa.
Ryczę i pytam, czy mógł być błąd w badaniu.
Nie. Badania były robione w Monachium, lekarz z tym laboratorium współpracuje.
Pytam, ile mamy czasu.
Trzy miesiące, góra pół roku.
Mówię, że nie chcę już żadnych operacji.
Że chcę się nią nacieszyć, dać się wyszaleć, wygłaskać za wszystkie czasy.
Zabezpieczyć bólowo.
I pozwolić odejść, kiedy przyjdzie czas.
To najlepsze, co można zrobić, mówi lekarz. Nie chciałem tego mówić bo ludzie różnie to znoszą, czasem chcą, żebym był cudotwórcą.
Proszę się nią nacieszyć.
Proszę być ze mną w kontakcie.
A kiedy przyjdzie czas przyjadę do pani.
Zaśnie na zawsze u pani na rękach, jeśli tylko pani będzie chciała...
Będę chciała.
I będziemy żyć do końca, żyć najradośniej, żyć tak, jak tylko jej zdrowie na to pozwoli.
Oczywiście, że ryczę. Oczy mam jak królik. A później się śmieję, całuję kosmatą mordę i zaglądam w orzechowe oczy. I przemycam ulubiony smakołyk. Już nie muszę uważać na dietę.
Będziemy żyć do końca.
Chustka nas tego nauczyła.
Wybacz Asiu, że ja to do psa przykładam, ale wiem, że nie miałabyś mi tego za złe. Tak bardzo kochałaś Viledę, pamiętam.
To idę.
Miziać, spacerować, piec pasztety (i niby przypadkiem podrzucać piesku co lepsze kawałki), śmiać się i ryczeć do imentu, jeśli mnie najdzie.
piątek, 5 grudnia 2014
Głupia
Sąsiedzi, mój rocznik. Moi "ulubieni".
- A co ten pies ma na sobie? - w głosie i uśmiechu sąsiada paskudna prześmiewcza ironia.
- Fartuszek pooperacyjny - odpowiadam z uśmiechem.
- Operację miała? Oj, to kupa kasy, sąsiadko! - mówi sąsiadowa żona. - Moja kuzynka ratowała psa, dwie stówy dała, pies i tak poszedł do piachu po dwóch tygodniach. A ty ile dałaś za operację???
Uśmiecham się i milczę. Wiem, z kim mam do czynienia. Milczę spokojnie i lekko.
- Z tysiąc, jak nic! - mówi sąsiad. - Zresztą wy śpicie na kasie, taaaaki remont i jeszcze operacja psa, nononooooo...???
- Sąsiad, no coś ty, pięć koła! - odpowiadam, znów z uśmiechem.
(za uśmiechem kryje się myśl: nie dowiesz się, nie dowiesz choćbyś pękł; miałbyś materiał na ploty na następnych kilka miesięcy).
- Ja bym uśpił, bez dwóch zdań - mówi sąsiad.
Nie walczę. Mądrością jest wybrać właściwą taktykę i strategię. Dość się od tych ludzi w swoim czasie nacierpieliśmy. Dziś, zdystansowani i asertywni ich opinie mamy głęboko w poważaniu. Nota bene sąsiedzi kilkakrotnie majętniejsi od nas. Wiemy to od nich. Ale nam to nie robi, no nijak:)))
Oddałam się zepsem i z wdziękiem:)
Koleżanka z pracy. Dobry, zwyczajny człowiek. Bliska mi istota. Lat trzydzieści z niewielkim okładem. Jej jednej (spoza rodziny) zdradzam, ile kosztowała operacja psa. A nie była to bajońska kwota, serio!
- No wiesz! W życiu bym tyle nie dała, uśpiłabym, na bank! A w ogóle to wiesz, no wiesz, znajomych kot wpadł pod auto, zwykły dachowiec, czujesz? I oni tego dachowca na sygnale do Wrocławia, i pięć koła za operację, no nieee, no dla mnie to jest chore. Co za głupi ludzie... I kot po jakimś czasie poszedł do piachu, no nie, co za głupota, no ja nie rozumiem...
Takich sytuacji mam więcej, bo ja lubię z ludźmi o życiu rozmawiać.
Lubię mówić, lubię też słuchać.
Byle nie o pieniądzach - o tych tylko z przyjaciółmi i jeśli rzeczywiście jest potrzeba.
Niezmiennie i niezmiernie mnie jednak dziwi włażenie w czyjeś życie bez wejścia w jego buty.
Nawet się nie wkurzyłam.
Jeno zamyśliłam i zadziwiłam...
Jestem głupia:)
A moja głupota patrzy na mnie rozpromienionymi, orzechowymi oczami.
Moja głupota je jak smok, pije jak szalona, chodzi w granatowo - niebieskim fartuszku, zdrowieje w ekspresowym tempie, jest szczęśliwa.
Jeszcze trzy lata temu nie podołałabym finansowo kosztom operacji, badań, leków. DZIŚ jestem w stanie. Za czas jakiś znowu mogę nie być. Takie życie. Ja je rozumiem.
Nie rozumiem tylko, co kogo obchodzi mój pies i moje pchły, moje decyzje i moje wybory. Nie cierpię zaglądania do cudzego portfela.
Kiedy w swoim czasie brakowało mi na chleb i na masełko nikt z sąsiadów niczym się nie interesował... I nie pytał, jak daję radę...
Cecha polska?
Cecha po prostu ludzka???
Nie czaję bazy, nie kumam czaczy.
Ja tam się cieszę, jak inni mają dobrze.
Smucę i organizuję pomoc, jak mają źle.
To taka prosta logika...
I po ludzku kocham te moje orzechowe, cudne psie oczy.
Ten złodziejski (jeśli chodzi o wyżerkę) instynkt (zostaw na stole kanapkę, na chwilkę wyjdź z pomieszczenia, jak wrócisz już jej nie będzie, orzechowe oczy będą mówić: - Jaaaa? Mnie tu nie było!:)))
To nielegalnie wygrzane miejsce na kanapie i te oczy Shreka kiedy pytam:
- No gdzie znowu wlazłaś, małpo jedna? I kto Ci pozwolił??? (oczywiście kiedy jest zdrowa, na razie nigdzie wskakiwać jej nie wolno).
Głupia.
Dla tych orzechowych oczu proszę bardzo - mogę być głupia!
- A co ten pies ma na sobie? - w głosie i uśmiechu sąsiada paskudna prześmiewcza ironia.
- Fartuszek pooperacyjny - odpowiadam z uśmiechem.
- Operację miała? Oj, to kupa kasy, sąsiadko! - mówi sąsiadowa żona. - Moja kuzynka ratowała psa, dwie stówy dała, pies i tak poszedł do piachu po dwóch tygodniach. A ty ile dałaś za operację???
Uśmiecham się i milczę. Wiem, z kim mam do czynienia. Milczę spokojnie i lekko.
- Z tysiąc, jak nic! - mówi sąsiad. - Zresztą wy śpicie na kasie, taaaaki remont i jeszcze operacja psa, nononooooo...???
- Sąsiad, no coś ty, pięć koła! - odpowiadam, znów z uśmiechem.
(za uśmiechem kryje się myśl: nie dowiesz się, nie dowiesz choćbyś pękł; miałbyś materiał na ploty na następnych kilka miesięcy).
- Ja bym uśpił, bez dwóch zdań - mówi sąsiad.
Nie walczę. Mądrością jest wybrać właściwą taktykę i strategię. Dość się od tych ludzi w swoim czasie nacierpieliśmy. Dziś, zdystansowani i asertywni ich opinie mamy głęboko w poważaniu. Nota bene sąsiedzi kilkakrotnie majętniejsi od nas. Wiemy to od nich. Ale nam to nie robi, no nijak:)))
Oddałam się zepsem i z wdziękiem:)
Koleżanka z pracy. Dobry, zwyczajny człowiek. Bliska mi istota. Lat trzydzieści z niewielkim okładem. Jej jednej (spoza rodziny) zdradzam, ile kosztowała operacja psa. A nie była to bajońska kwota, serio!
- No wiesz! W życiu bym tyle nie dała, uśpiłabym, na bank! A w ogóle to wiesz, no wiesz, znajomych kot wpadł pod auto, zwykły dachowiec, czujesz? I oni tego dachowca na sygnale do Wrocławia, i pięć koła za operację, no nieee, no dla mnie to jest chore. Co za głupi ludzie... I kot po jakimś czasie poszedł do piachu, no nie, co za głupota, no ja nie rozumiem...
Takich sytuacji mam więcej, bo ja lubię z ludźmi o życiu rozmawiać.
Lubię mówić, lubię też słuchać.
Byle nie o pieniądzach - o tych tylko z przyjaciółmi i jeśli rzeczywiście jest potrzeba.
Niezmiennie i niezmiernie mnie jednak dziwi włażenie w czyjeś życie bez wejścia w jego buty.
Nawet się nie wkurzyłam.
Jeno zamyśliłam i zadziwiłam...
Jestem głupia:)
A moja głupota patrzy na mnie rozpromienionymi, orzechowymi oczami.
Moja głupota je jak smok, pije jak szalona, chodzi w granatowo - niebieskim fartuszku, zdrowieje w ekspresowym tempie, jest szczęśliwa.
Jeszcze trzy lata temu nie podołałabym finansowo kosztom operacji, badań, leków. DZIŚ jestem w stanie. Za czas jakiś znowu mogę nie być. Takie życie. Ja je rozumiem.
Nie rozumiem tylko, co kogo obchodzi mój pies i moje pchły, moje decyzje i moje wybory. Nie cierpię zaglądania do cudzego portfela.
Kiedy w swoim czasie brakowało mi na chleb i na masełko nikt z sąsiadów niczym się nie interesował... I nie pytał, jak daję radę...
Cecha polska?
Cecha po prostu ludzka???
Nie czaję bazy, nie kumam czaczy.
Ja tam się cieszę, jak inni mają dobrze.
Smucę i organizuję pomoc, jak mają źle.
To taka prosta logika...
I po ludzku kocham te moje orzechowe, cudne psie oczy.
Ten złodziejski (jeśli chodzi o wyżerkę) instynkt (zostaw na stole kanapkę, na chwilkę wyjdź z pomieszczenia, jak wrócisz już jej nie będzie, orzechowe oczy będą mówić: - Jaaaa? Mnie tu nie było!:)))
To nielegalnie wygrzane miejsce na kanapie i te oczy Shreka kiedy pytam:
- No gdzie znowu wlazłaś, małpo jedna? I kto Ci pozwolił??? (oczywiście kiedy jest zdrowa, na razie nigdzie wskakiwać jej nie wolno).
Głupia.
Dla tych orzechowych oczu proszę bardzo - mogę być głupia!
niedziela, 30 listopada 2014
Jest piekielnie silna
stwierdził lekarz na dzisiejszej kontroli.
Albo "diabelnie".
Dokładnie nie pamiętam.
Ani diabelnie ani piekielnie mi nie pasuje - wolałabym "bosko":)))
Badań krwi nie robił, nie było potrzeby.
Zmienił opatrunek (mam to już dziś z głowy:)
Tramal też odstawił - pies już nie cierpi z powodu bólu.
Gadzina je, pije, sika, wypróżnia się, żebrze o żarcie (a jeść może niewiele, żeby nie rozpychać żołądka).
Wyłazi z wyrka za każdym razem, kiedy idę do kuchni, z nadzieją, że coś jej skapnie:)
Ma już prawo do półgodzinnych spacerów - !
Nie ma prawa skakać, szaleć, pokonywać przeszkód.
Ryzyko wewnętrznego krwotoku zmalało do minimum.
Dostała żelazo i 72-godzinny antybiotyk.
Rana i szwy - ok.
Trochę blada, ale po tak wielkim krwotoku śródoperacyjnym to normalne.
W środę następna kontrola.
A w czwartek odsunięta w czasie moja kręgosłupowa rehabilitacja.
P.S. Nie pojmuję.
Nie pojmuję, dlaczego pomagając, opiekując się innymi czuję się... w swoim żywiole?
Że czuję, że to jest sens życia, jeden z największych sensów?
Pomagając cierpieć, pomagając odejść, dyżurując, podejmując decyzje...
Czy to wiecznie chorująca rodzina, w której się wychowałam?
Czy to predyspozycje, których nie byłam dotąd świadoma?
Nie rozumiem, ale chyba właśnie to do mnie dociera i chyba zaczynam to nazywać po imieniu.
I nie ma w tym za grosz cukierkowatej, rozmemłanej pseudomiłości.
Jest życie, jest działanie, jest obecność, jest jakieś zrozumienie.
Czy ktoś wie, co to jest...?
Żadnych pseudokomplementów nie zniosę.
Zniosę jedynie merytoryczne wypowiedzi.
Albo "diabelnie".
Dokładnie nie pamiętam.
Ani diabelnie ani piekielnie mi nie pasuje - wolałabym "bosko":)))
Badań krwi nie robił, nie było potrzeby.
Zmienił opatrunek (mam to już dziś z głowy:)
Tramal też odstawił - pies już nie cierpi z powodu bólu.
Gadzina je, pije, sika, wypróżnia się, żebrze o żarcie (a jeść może niewiele, żeby nie rozpychać żołądka).
Wyłazi z wyrka za każdym razem, kiedy idę do kuchni, z nadzieją, że coś jej skapnie:)
Ma już prawo do półgodzinnych spacerów - !
Nie ma prawa skakać, szaleć, pokonywać przeszkód.
Ryzyko wewnętrznego krwotoku zmalało do minimum.
Dostała żelazo i 72-godzinny antybiotyk.
Rana i szwy - ok.
Trochę blada, ale po tak wielkim krwotoku śródoperacyjnym to normalne.
W środę następna kontrola.
A w czwartek odsunięta w czasie moja kręgosłupowa rehabilitacja.
P.S. Nie pojmuję.
Nie pojmuję, dlaczego pomagając, opiekując się innymi czuję się... w swoim żywiole?
Że czuję, że to jest sens życia, jeden z największych sensów?
Pomagając cierpieć, pomagając odejść, dyżurując, podejmując decyzje...
Czy to wiecznie chorująca rodzina, w której się wychowałam?
Czy to predyspozycje, których nie byłam dotąd świadoma?
Nie rozumiem, ale chyba właśnie to do mnie dociera i chyba zaczynam to nazywać po imieniu.
I nie ma w tym za grosz cukierkowatej, rozmemłanej pseudomiłości.
Jest życie, jest działanie, jest obecność, jest jakieś zrozumienie.
Czy ktoś wie, co to jest...?
Żadnych pseudokomplementów nie zniosę.
Zniosę jedynie merytoryczne wypowiedzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














