Jutro szykuję posta pod tytułem "Moje odkrycia roku 2011".
Trochę ich mam. Tych odkryć:)
Będzie o Was - na razie nie zdradzę, o kim!:)
Chcę się podzielić Wami z innymi - bo cieszę się, bo po prostu warto dzielić się tym, co dobre - i tymi, co dobrzy. Zła wszakże mamy po kokardę - nieprawdaż? U mnie przyszła kolej na to, co radosne, co dobre. I o tym będę pisać.
Postaram się to zrobić jutro.
Jeśli się nie uda to pojutrze - najpóźniej.
Zręby notki już mam - muszę tylko dopisać rozwinięcie, to trochę zajmie:)
No i ukraść parę zdjęć muszę, z podaniem źródła, rzecz jasna, prawa autorskie i dobra osobiste.
Pozwalacie? Pozwólcie, plisss!
Bardzo mi na tym zależy:)
Kuchnia pięknieje - jestem zachwycona, choć materiały powszechnie dostępne i meble nie-pod-wymiar... Będzie pięknie - pięknie!
Lodówka i pralka zamówione, wnękowa szafa kuchenna dopięta.
Fachowcy cudni, przecudni (firma Afran - polecam, polecam w 200%!)
Zero ściemy, zero leserstwa, profesjonalne doradztwo, ogromne wyczucie. O kulturze nie wspomnę:)
Do jutra zatem - do jutra!
I dobrej nocy każdemu bez wyjątku:)))
środa, 28 grudnia 2011
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Nosz jasny gwint!
O tyle o ile da się jeszcze na gruzowisku funkcjonować w codzienności, o tyle świętować się nie da. Nie i już!
I właściwie nie tyle o samo świętowanie chodzi, co o niemożność... znalezienia AZYLU!
Ja bardzo lubię ludzi.
Uwielbiam z nimi być - śmiać się, gadać, szaleć i płakać też.
Ale muszę mieć azyl.
Od jakiegoś czasu muszę.
Muszę mieć możliwość wypoczynku, kiedy ten jest potrzebny, ciszy - kiedy jest niezbędna, samotności absolutnej (choćby godzinnej) - też muszę.
A tu nie ma!
4 metry kwadratowe wyra plus odrobina jako tako czystej przestrzeni dzielona z mój-ci-onym nie wystarcza - no nie i już!
Wigilia była wspaniała, pełna śmiechu i radości, ale bardzo długa i bardzo hałaśliwa (małolaty).
Azylu! - zawołało moje wnętrze po paru godzinach - azylu!!!
Wróciliśmy na gruzowisko.
Opatrzyłam uszy stoperami.
Słyszałam WSZYSTKO.
Bez kitu - wszystko!
Mija doba totalnego wewnętrznego wścieku.
Leje. Wieje. O spacerze czy choćby nordic walking nie ma mowy.
Mam gdzie pójść, ale wszędzie gdzie pójść mogę są LUDZIE! I GADAJĄ!!!
Muszę do nich pójść, muszę.
Taki świąteczny obowiązek.
A później jeszcze parę godzin i do pracy.
Tam nie będzie łatwo, ale tam w 90% jestem SAMA. I myślę.
A później jeszcze parę dni i koniec gruzowiska.
Koniec niemocy.
Wreszcie sprzątanie poremontowych syfów - wreszcie będzie można coś robić!
Później Sylwester. Tańczący :)
A za pół roku... za pół roku drugi etap remontu stulecia.
Idę o tym zapomnieć!
P.S. A tak w ogóle czy ktoś mię ROZUMIE???
I właściwie nie tyle o samo świętowanie chodzi, co o niemożność... znalezienia AZYLU!
Ja bardzo lubię ludzi.
Uwielbiam z nimi być - śmiać się, gadać, szaleć i płakać też.
Ale muszę mieć azyl.
Od jakiegoś czasu muszę.
Muszę mieć możliwość wypoczynku, kiedy ten jest potrzebny, ciszy - kiedy jest niezbędna, samotności absolutnej (choćby godzinnej) - też muszę.
A tu nie ma!
4 metry kwadratowe wyra plus odrobina jako tako czystej przestrzeni dzielona z mój-ci-onym nie wystarcza - no nie i już!
Wigilia była wspaniała, pełna śmiechu i radości, ale bardzo długa i bardzo hałaśliwa (małolaty).
Azylu! - zawołało moje wnętrze po paru godzinach - azylu!!!
Wróciliśmy na gruzowisko.
Opatrzyłam uszy stoperami.
Słyszałam WSZYSTKO.
Bez kitu - wszystko!
Mija doba totalnego wewnętrznego wścieku.
Leje. Wieje. O spacerze czy choćby nordic walking nie ma mowy.
Mam gdzie pójść, ale wszędzie gdzie pójść mogę są LUDZIE! I GADAJĄ!!!
Muszę do nich pójść, muszę.
Taki świąteczny obowiązek.
A później jeszcze parę godzin i do pracy.
Tam nie będzie łatwo, ale tam w 90% jestem SAMA. I myślę.
A później jeszcze parę dni i koniec gruzowiska.
Koniec niemocy.
Wreszcie sprzątanie poremontowych syfów - wreszcie będzie można coś robić!
Później Sylwester. Tańczący :)
A za pół roku... za pół roku drugi etap remontu stulecia.
Idę o tym zapomnieć!
P.S. A tak w ogóle czy ktoś mię ROZUMIE???
czwartek, 22 grudnia 2011
To już koniec... nie mam złudzeń...
To naprawdę koniec.
Wolnego czasu!:)
Trzeba dopiąć sprawy pracowe.
Trzeba opatrzyć wczoraj zadane rany. Bitwa trudna ale ciekawa, bitwa wygrana, rany trzeba zalać oliwą i winem, jak Samarytanin opatrzył pewnego człowieka wracającego z Jerycha...
Jerycho - Jerycho to przecież była bitwa - i to jak ciekawie wygrana!
Uwielbiam czytać o tej bitwie, choć bić się nie lubię:)
Wolnego czasu!:)
Trzeba dopiąć sprawy pracowe.
Trzeba opatrzyć wczoraj zadane rany. Bitwa trudna ale ciekawa, bitwa wygrana, rany trzeba zalać oliwą i winem, jak Samarytanin opatrzył pewnego człowieka wracającego z Jerycha...
Jerycho - Jerycho to przecież była bitwa - i to jak ciekawie wygrana!
Uwielbiam czytać o tej bitwie, choć bić się nie lubię:)
Kochani moi - ci od ponad roku zaglądający i ci, którzy zaglądają teraz.
Znam Go - mówię Wam, naprawdę znam.
Zawojował moje serce.
Nigdzie i u nikogo nie znalazłam miłości takiej, jaką mam od Niego.
Kocham i jestem kochana Miłością największą.
I tak strasznie się cieszę, że tak właśnie jest!
"Dwa tysiące razy, maleńki, kochany,
Kładli Cię w stajence w kolędowy czas,
Nocne echa niosły „wybrany, czekany”
Twardy świat przemieniał miękkie siano w głaz.
Dwa tysiące razy otwierałeś serce,
W nieludzkim zdumieniu przygwożdżonych rąk,
Wisiałeś na krzyżu w uśmiechniętej męce,
Zdany na szyderstwo, zdany na nasz sąd.
Ref.: Rodzisz się Dziecino, umierasz Dziecino,
Serca nam przepełniasz nadzieją i łzą,
W Kanie Galilejskiej zmieniasz wodę w wino,
A ludzie nie wierzą, a ludzie wciąż kpią"
Kładli Cię w stajence w kolędowy czas,
Nocne echa niosły „wybrany, czekany”
Twardy świat przemieniał miękkie siano w głaz.
Dwa tysiące razy otwierałeś serce,
W nieludzkim zdumieniu przygwożdżonych rąk,
Wisiałeś na krzyżu w uśmiechniętej męce,
Zdany na szyderstwo, zdany na nasz sąd.
Ref.: Rodzisz się Dziecino, umierasz Dziecino,
Serca nam przepełniasz nadzieją i łzą,
W Kanie Galilejskiej zmieniasz wodę w wino,
A ludzie nie wierzą, a ludzie wciąż kpią"
Pamiętam, co pisałam rok temu, kiedy bardzo bolało serce...
I co napisałam później, kiedy zaczęły pękać mury.
Mury runęły, murów NIE MA, jestem szczęśliwa - jeśli w tym roku będę płakać to tylko z radości:)
Życzę Wam tego, co dla Was najlepsze.
Ja nie wiem - nie wiem, co to jest, to najlepsze!
Czasem to co najlepsze jest tym, o najtrudniejsze - o paradoksie...
Życzę Wam DOBRZE.
Wszystkim.
Bez wyjątku.
I nie obejdzie się oczywiście bez kolędy dla nieobecnych...
Słucham jej co roku, jest dla mnie ważna, choć w tym roku już nie boli.
Jeszcze będzie, wiem.
Jestem gotowa.
Ściskam, przytulam, całuję - co kto lubi!
Będę jeszcze zaglądać, ale w komentarzach - następny post będzie po świętach.
Niech Wam się dzieje jak najlepiej!:)))
Wasza
świętująca na gruzowisku
ale szczęśliwa
Dorothea:***
I co napisałam później, kiedy zaczęły pękać mury.
Mury runęły, murów NIE MA, jestem szczęśliwa - jeśli w tym roku będę płakać to tylko z radości:)
Życzę Wam tego, co dla Was najlepsze.
Ja nie wiem - nie wiem, co to jest, to najlepsze!
Czasem to co najlepsze jest tym, o najtrudniejsze - o paradoksie...
Życzę Wam DOBRZE.
Wszystkim.
Bez wyjątku.
I nie obejdzie się oczywiście bez kolędy dla nieobecnych...
Słucham jej co roku, jest dla mnie ważna, choć w tym roku już nie boli.
Jeszcze będzie, wiem.
Jestem gotowa.
Ściskam, przytulam, całuję - co kto lubi!
Będę jeszcze zaglądać, ale w komentarzach - następny post będzie po świętach.
Niech Wam się dzieje jak najlepiej!:)))
Wasza
świętująca na gruzowisku
ale szczęśliwa
Dorothea:***
wtorek, 20 grudnia 2011
Mam farta - mówię Wam!:)
Po trzech plus dwóch weekendowych dniach leżenia w prochu i popiele i żarciu trzydniowego antybiotyku wróciłam w poniedziałek do roboty. Wysokość lamperii to mało powiedziane, doprawdy! A słabość po tym cholerstwie okrutna - nijak się zdrowienia przyspieszyć nie da. Bakterie mi chyba wszystkie w środku wytłukło - jak bum cyk cyk:)
Latam zatem, kasę liczę, robię za dwóch - nie ma, że boli. W tak zwanym międzyczasie ulubiona ekypa remątowa próbuje z gruzowiska na powrót zrobić mi kuchnię. I powiem Wam, że idzie im! Coś tam się kształtuje, coś się WYŁANIA, coś jaśnieje, doprawdy, nie mogę narzekać.
Kurzu przybywa w chałupie codziennie średnio o 0,1 mm mniej niż poprzednio:)
W ruch poszły regipsy - jako że ściany z wiadomo-jakiego-okresu część z nich trza było siłą do pionu postawić. Przyciąć, wyrównać, przymusić. Udało się!
I tu zaczyna się mój fart!
Panowie się dogadali - znaczy ekipa i mój-ci-on - co do szczegółów w kwestii regipsowych ścianek. Debata odbyła się pod moją nieobecność, była wielce skuteczna i bardzo owocna. Ustalono szerokości, głębokości, określono piony i poziomy. I rąbnięto się o caluśkich, ukochanych 7 centymetrów!
Mój-ci-on miał prawie zawał - słowo harcerza! Reanimowałam z dobrym skutkiem, funkcje życiowe wróciły, ROZWIĄZANIE znalazłam! A on przyjął - ba, powiedział, że takie samo niezależnie ode mnie wymyślił:)))
Ze szczęścia ogłaszam zatem konkurs - kto zgadnie ten dostanie ode mnie... dostanie... kota w worku!
Kankanka się kiedyś zgodziła (Ci co nie w temacie patrzą na zieloną czapusię) i twierdzi, że dobrze na tym wyszła, kolejny kot może być całkiem niezłym kotem:)
Trzeba zgadnąć według poniższego:
W razie kłopotów rozważę pytania pomocnicze, można zgadywać odpowiedzi na poszczególne pytania - a można zgarnąć za jednym razem nagrodę główną:)))
P.S. Ja słaba jak mucha, zarobiona i bez kuchni i prawie bezdomna, tak?
Rodzicielka w wieku szacownym i tez w nienajlepszej kondycji, tak?
To mam jeszcze surprajsa: córka osobista leży w żołądkowej grypie i w gorączce - święta będą robić KRASNOLUDKI!
Na mojej kupie gruzu rozpalimy ognisko, upieczemy kiełbaski, opłatek się znajdzie to się podzielimy - no prawie jak wigilia na Syberii:)
Z naciskiem jednak na "prawie":)
Lece do kurierskiej braci, a Wy zgadujcie:)
Latam zatem, kasę liczę, robię za dwóch - nie ma, że boli. W tak zwanym międzyczasie ulubiona ekypa remątowa próbuje z gruzowiska na powrót zrobić mi kuchnię. I powiem Wam, że idzie im! Coś tam się kształtuje, coś się WYŁANIA, coś jaśnieje, doprawdy, nie mogę narzekać.
Kurzu przybywa w chałupie codziennie średnio o 0,1 mm mniej niż poprzednio:)
W ruch poszły regipsy - jako że ściany z wiadomo-jakiego-okresu część z nich trza było siłą do pionu postawić. Przyciąć, wyrównać, przymusić. Udało się!
I tu zaczyna się mój fart!
Panowie się dogadali - znaczy ekipa i mój-ci-on - co do szczegółów w kwestii regipsowych ścianek. Debata odbyła się pod moją nieobecność, była wielce skuteczna i bardzo owocna. Ustalono szerokości, głębokości, określono piony i poziomy. I rąbnięto się o caluśkich, ukochanych 7 centymetrów!
Mój-ci-on miał prawie zawał - słowo harcerza! Reanimowałam z dobrym skutkiem, funkcje życiowe wróciły, ROZWIĄZANIE znalazłam! A on przyjął - ba, powiedział, że takie samo niezależnie ode mnie wymyślił:)))
Ze szczęścia ogłaszam zatem konkurs - kto zgadnie ten dostanie ode mnie... dostanie... kota w worku!
Kankanka się kiedyś zgodziła (Ci co nie w temacie patrzą na zieloną czapusię) i twierdzi, że dobrze na tym wyszła, kolejny kot może być całkiem niezłym kotem:)
Trzeba zgadnąć według poniższego:
- W którą stronę rąbnęła się ekipa i mój-ci-on - za dużo tych cm czy za mało?
- Jaki jest skutek tego rąbnięcia?:)
- Dlaczego się cieszę i twierdzę, że mam farta...?:)))
W razie kłopotów rozważę pytania pomocnicze, można zgadywać odpowiedzi na poszczególne pytania - a można zgarnąć za jednym razem nagrodę główną:)))
P.S. Ja słaba jak mucha, zarobiona i bez kuchni i prawie bezdomna, tak?
Rodzicielka w wieku szacownym i tez w nienajlepszej kondycji, tak?
To mam jeszcze surprajsa: córka osobista leży w żołądkowej grypie i w gorączce - święta będą robić KRASNOLUDKI!
Na mojej kupie gruzu rozpalimy ognisko, upieczemy kiełbaski, opłatek się znajdzie to się podzielimy - no prawie jak wigilia na Syberii:)
Z naciskiem jednak na "prawie":)
Lece do kurierskiej braci, a Wy zgadujcie:)
poniedziałek, 19 grudnia 2011
No i jestem i mam numerek:)))
Czternastu świadków pod poprzednim postem przekonało Wielką Kapitułę, że aktywny link był/jest/obie odpowiedzi są prawdziwe - i się dostałam!
Świadków obściskuję namiętnie i za poświadczenie oczywistej prawdy stokrotnie dziękuję:)
I mam już prawo sobie przypiąć taki znaczek:
I se przypięłam, ino nie wiem, czemu ten znaczek się nie chce wyśrodkować - o tam, o tam, wysoko! Znaczek albowiem jest aktywnym linkiem (chyba powklejam tych linków więcej, coby je było widać i coby mię się chytrze nie pozbyli:) Znaczek się też dziwnie zmniejszył, nie widać tytułu, dywersja jaka czy cóś...
Oooo, wymyśliłam - pacnęłam go w lewym panelu, widać!!
No różnie i już.
Gdyby więc w trakcie trwania konkursu ktoś zauważył u mnie ciężkie objawy:
Zatem żyjemy jak dawniej - śmiejemy się i płaczemy, dziergamy, tkamy, haftujemy, czasem prowadzimy głębokie filozoficzne dyskusje, a czasem urządzamy bankiet na 200 komentarzy:)))
Zostajecie ze mną???
Bo ja z Wami - tak!
Świadków obściskuję namiętnie i za poświadczenie oczywistej prawdy stokrotnie dziękuję:)
I mam już prawo sobie przypiąć taki znaczek:
I se przypięłam, ino nie wiem, czemu ten znaczek się nie chce wyśrodkować - o tam, o tam, wysoko! Znaczek albowiem jest aktywnym linkiem (chyba powklejam tych linków więcej, coby je było widać i coby mię się chytrze nie pozbyli:) Znaczek się też dziwnie zmniejszył, nie widać tytułu, dywersja jaka czy cóś...
Oooo, wymyśliłam - pacnęłam go w lewym panelu, widać!!
Uzasadnienie decyzji (cicho być, mam potrzebę!:)
- Bo chcę, żebyśmy - jak dotąd - wymieniali się uczuciami, przemyśleniami, wspólnie śmiali się i płakali - w zależności od tego, co komu przyniesie życie - i może dołączy do nas ktoś nowy, kto się tu zadomowi i będzie nam towarzyszył? Ja bardzo lubię to miejsce - głównie dzięki Wam, którzy od ponad roku razem ze mną tworzycie jego klimat:)
- Bo chcę się podzielić moim światem z innymi - moim życiem, moimi pasjami, moją radością i czasem smutkiem.
- Bo może się nagle ujawni jakaś nieznana naszym kręgom dziergaczka pełna fantastycznych pomysłów, która nas - tych dziergających - będzie pobudzać i inspirować? Będę się cieszyć wielce:)
- Bo mam ochotę na przygodę! Nie na podium, nie na ostrą walkę - ale na przygodę i na dobrą zabawę - i zapraszam do niej tych, co tu bywają i mnie znają, a także tych, którzy dopiero poznawać będą:) Mamy przed sobą kilka tygodni, w czasie których odbywać się będzie głosowanie - napiszę Wam wtedy, jak na ten blog głosować. Celem jednak nie jest podium - celem samym w sobie. Celem jest wspólna droga pełna śmiechu, radości, pełna życia - tak jak dotąd.
- Bo... bo tak! I już:))) Bo mam ochotę zaszaleć i już! Zaszalejecie ze mną? Niekoniecznie oddając głosy! Będąc - po prostu będąc!
No różnie i już.
Gdyby więc w trakcie trwania konkursu ktoś zauważył u mnie ciężkie objawy:
- Bufonady
- Fanfaronady
- Parcia na SUKCES (nie cierpię tego słowa!)
- Jakiegokolwiek-innego-parcia
Zatem żyjemy jak dawniej - śmiejemy się i płaczemy, dziergamy, tkamy, haftujemy, czasem prowadzimy głębokie filozoficzne dyskusje, a czasem urządzamy bankiet na 200 komentarzy:)))
Zostajecie ze mną???
Bo ja z Wami - tak!
niedziela, 18 grudnia 2011
Blog roku 2011
Zgłosiłam się!
Pierwsze zgłoszenie odrzucono pisząc, że nie ma info na głównej stronie bloga - a było, w prawym górnym rogu!
To teraz będzie tutaj:
Widać?
Teraz widać!
No chyba widać:)))
Zapraszam do wspólnej zabawy, kochani!
I na dodatek potrzebuję świadków, że zgłosiłam bloga i że to WIDAĆ!
Pomożecie - w razie potrzeby?
Zaświadczycie, że zgłosiłam???
Wszystko Wam jutro wytłumaczę!
Pierwsze zgłoszenie odrzucono pisząc, że nie ma info na głównej stronie bloga - a było, w prawym górnym rogu!
To teraz będzie tutaj:
Widać?
Teraz widać!
No chyba widać:)))
Zapraszam do wspólnej zabawy, kochani!
I na dodatek potrzebuję świadków, że zgłosiłam bloga i że to WIDAĆ!
Pomożecie - w razie potrzeby?
Zaświadczycie, że zgłosiłam???
Wszystko Wam jutro wytłumaczę!
piątek, 16 grudnia 2011
Musi się wylać. Wybaczcie...
Bliźniaczki.
Dwie siostry.
Niepodobne do siebie zupełnie, nie do poznania, że bliźniaczki.
Lat parę ode mnie młodsze.
Z jedną byłam blisko przez wiele lat. Bliskość nie przetrwała próby czasu... a może obie nie dość dojrzałe byłyśmy wtedy? Nie wiem. Czasem żal. Ale powrotu nie będzie... nie da się...
Z drugą znałam się słabiej, ale znałam.
Żywa jak srebro, wesoła, roześmiana. Pomysłowa.
Wcześnie mąż, jej wielka miłość. Szybko dziecko. Jedno. Syn.
Wyjechała z mojego miasta, ta druga, a od tej pierwszej miałam czasem jakieś wieści o tej pierwszej.
Srebro robiło się mniej żywe, było bardziej... ja wiem, oksydowane może...
Zamiast głośnego śmiechu pojawiły się łzy.
Życie zaczęło boleć tak mocno, że stało się trudne. Bardzo trudne. Przerażająco trudne...
Szczegółów znam niewiele, pisać o nich nie będę, ktoś może ją znać, nie trzeba, nie trzeba o tym pisać.
Oceniać tym bardziej, kimże jestem, żeby... żeby...
W ubiegłą niedzielę dostałam wiadomość.
A właściwie WIADOMOŚĆ.
Poraziła mnie, szczegółów nie znałam, wiedziałam tylko, że już na pewno jest po...
Zaczęłam grzebać w necie. Długo nie mogłam niczego znaleźć. Znalazłam...
To ona... i to jest gdzieś tutaj... to tam...? Tam? Ktoś coś słyszał?
Chodzi za mną to wszystko, chodzi i ściska...
Miałam ją gdzieś w sercu i w pamięci, często pytałam spotykając się z tą pierwszą. Wiedziałam, że jest źle, nie wiedziałam, że aż tak.
Znam rodzeństwo, jest ich więcej...
Znam rodziców...
Ileż potrzeba desperacji, żeby się odważyć, ile poczucia bezsensu własnego życia, ile bólu!
Piszcie.
Podzielcie się sobą.
I podzielcie ze mną ten ból.
O bólu rodziny nie umiem nawet myśleć.
Dwie siostry.
Niepodobne do siebie zupełnie, nie do poznania, że bliźniaczki.
Lat parę ode mnie młodsze.
Z jedną byłam blisko przez wiele lat. Bliskość nie przetrwała próby czasu... a może obie nie dość dojrzałe byłyśmy wtedy? Nie wiem. Czasem żal. Ale powrotu nie będzie... nie da się...
Z drugą znałam się słabiej, ale znałam.
Żywa jak srebro, wesoła, roześmiana. Pomysłowa.
Wcześnie mąż, jej wielka miłość. Szybko dziecko. Jedno. Syn.
Wyjechała z mojego miasta, ta druga, a od tej pierwszej miałam czasem jakieś wieści o tej pierwszej.
Srebro robiło się mniej żywe, było bardziej... ja wiem, oksydowane może...
Zamiast głośnego śmiechu pojawiły się łzy.
Życie zaczęło boleć tak mocno, że stało się trudne. Bardzo trudne. Przerażająco trudne...
Szczegółów znam niewiele, pisać o nich nie będę, ktoś może ją znać, nie trzeba, nie trzeba o tym pisać.
Oceniać tym bardziej, kimże jestem, żeby... żeby...
W ubiegłą niedzielę dostałam wiadomość.
A właściwie WIADOMOŚĆ.
Poraziła mnie, szczegółów nie znałam, wiedziałam tylko, że już na pewno jest po...
Zaczęłam grzebać w necie. Długo nie mogłam niczego znaleźć. Znalazłam...
To ona... i to jest gdzieś tutaj... to tam...? Tam? Ktoś coś słyszał?
Chodzi za mną to wszystko, chodzi i ściska...
Miałam ją gdzieś w sercu i w pamięci, często pytałam spotykając się z tą pierwszą. Wiedziałam, że jest źle, nie wiedziałam, że aż tak.
Znam rodzeństwo, jest ich więcej...
Znam rodziców...
Alicja. Miała na imię Alicja...
Ileż potrzeba desperacji, żeby się odważyć, ile poczucia bezsensu własnego życia, ile bólu!
Piszcie.
Podzielcie się sobą.
I podzielcie ze mną ten ból.
O bólu rodziny nie umiem nawet myśleć.
wtorek, 13 grudnia 2011
To zdjęcie
o to właśnie:
to jest pikuś.
Można sobie dodać wiszące tu i ówdzie kable elektryczne, wyrwaną rurę gazową, kapiącą z cicha od czasu do czasu wodę i piszcząco dyndającą na kablu żarówkę.
Normalnie jak na filmie.
Serio.
I tony gruzu i tony wszechobecnego pyłu, ciągle jeszcze.
Aaaa - zapomniałam dodać, że to jest moja kuchnia.
Każdemu, kto mi napisze, że mam się nie przejmować i że będzie lepiej zrobię krzywdę, jasny gwint!
Mam dość.
W bonusie mam gorączkę, słabość wszechobecną i ból głowy i zatok.
Przez ostatni tydzień żarłam antybiotyk.
Jutro idę po następny.
I będę leżeć w tym gruzie i w pyle.
Poczucie humoru mnie opuszcza.
Mam dość!!!
P.S. To ja? Ja chciałam remontu stulecia???
Chyba mnie pogięło doszczętnie...
sobota, 10 grudnia 2011
Nie, nie udzierg!
Tony gruzu i tynku z czasów dziadka Hitlera.
Truje jak cholera, szczypie w oczy - no szok, mówię Wam, szok!
A myślałam, że szlifowanie drzwi będzie najgorsze - a tu patrz pani, jaka niespodzianka!
W kuchni na podłodze leży tego gruzu ze 20 cm.
To dopiero połowa.
Pomieszczenia już zrobione cudem ocalone - cudem!
I przy okazji zagracone kuchennymi utensyliami.
Nooo... są też dobre strony:)
Bo przy okazji mój-ci-on doszedł do wniosku, że pralka jest już do bani.
Pralkę znaczy mamy w kuchni, bo tam pasuje. Stąd zainteresowanie w czasie robót okołokuchennych.
Z jakąż rozkoszą mu przytaknęłam - ależ kochanie, masz rację, oczywiście, że jest!
Poszła na "wystawkę".
Już jej nie ma!
Kupujemy nową:)))
Wszelkie rady oraz sugestie jak najmilej widziane - będę wdzięczna, jeśli mi pomożecie, będę miała ROZEZNANIE, czujecie babki - ta siła, ta znajomość rzeczy, te argumenty?
Serioserio!
Pomóżcie mi wybrać pralkę, a zdam Wam szczegółową relację z fachowych (dzięki Wam) negocjacji z mój-ci-onym:) Tylko argumenty muszę mieć POWAŻNE, czujecie, z facetem trza gadać konkretnie - nie tylko, że ma ładny wygląd i kolorowe diodki:)))
Będę miała w kuchni podwieszany sufit i w nim światełka ledowe (ze starego wyłazi SŁOMA, musi być podwieszany, przekonałam mój-ci-onego!)
Będę mieć światełeczka podmeblowe punktowe z transformatorkiem i kinkiecik boczny nadstołowy takoż.
A dziś Castorama kłaniała się w pas, jako że nawalili z dostawą płytek (mieli przywieźć z innej miejscowości, bo brakło), byłam grrrroźna, niezadowolona i sfochana... i dostałam rabat!
Oczywiście w trakcie fochania puszczałam oczka do pana-od-kafelek, więc fochanie było umowne:D
Aaaaale będę miała kuchnię - mówię Wam...
A meble ze zwykłego sklepu i wcale nie pod wymiar, bo na to mię nie stać.
Ale i tak będzie pięknie:)
Urypana do imentu, zmęczona i ostro zestresowana (czeka nas sąd pracy z córkowym pracodawcą, przesadził prawnie i nie ma, że boli) nabijam się już ze wszystkiego, bo chyba bym się pochlastała. Albo klnę. Zależy, co pomaga bardziej w danym momencie:)
Teraz piszę, a drobinki pylistego dziadostwa przyklejają mi się do opuszków palców, brrr, suche jak pieprz!
To idę.
Współżyć z pyłem!
Piszcie te pralki - razem coś wybierzemy:)
P.S. Mija piąty miesiąc pierwszego etapu Remontu Stulecia.
Zapisuję dla potomności:)))
***********************************************************************************
Wybieramy pralkę - propozycje moich czytelników:
1. AMICA Basic Control AWB610D pralka ładowana od frontu (Justa)
2. LG direct drive, bezłożyskowa, LG (Violet)
3. AEG Lavamat robione u Niemców (Kankanka), Media Markt
4. Beko (Fanturia)
5. Polar ecogreen (Ata)
6. Rada pralkonaprawiacza: najtańsza z najdłuższą gwarancją. I bez wyświetlacza (on się bardzo psuje).
I koniecznie ubezpieczenie sprzętu w Hestii wykupić. Koniecznie (Gackowa)
Truje jak cholera, szczypie w oczy - no szok, mówię Wam, szok!
A myślałam, że szlifowanie drzwi będzie najgorsze - a tu patrz pani, jaka niespodzianka!
W kuchni na podłodze leży tego gruzu ze 20 cm.
To dopiero połowa.
Pomieszczenia już zrobione cudem ocalone - cudem!
I przy okazji zagracone kuchennymi utensyliami.
Nooo... są też dobre strony:)
Bo przy okazji mój-ci-on doszedł do wniosku, że pralka jest już do bani.
Pralkę znaczy mamy w kuchni, bo tam pasuje. Stąd zainteresowanie w czasie robót okołokuchennych.
Z jakąż rozkoszą mu przytaknęłam - ależ kochanie, masz rację, oczywiście, że jest!
Poszła na "wystawkę".
Już jej nie ma!
Kupujemy nową:)))
Wszelkie rady oraz sugestie jak najmilej widziane - będę wdzięczna, jeśli mi pomożecie, będę miała ROZEZNANIE, czujecie babki - ta siła, ta znajomość rzeczy, te argumenty?
Serioserio!
Pomóżcie mi wybrać pralkę, a zdam Wam szczegółową relację z fachowych (dzięki Wam) negocjacji z mój-ci-onym:) Tylko argumenty muszę mieć POWAŻNE, czujecie, z facetem trza gadać konkretnie - nie tylko, że ma ładny wygląd i kolorowe diodki:)))
Będę miała w kuchni podwieszany sufit i w nim światełka ledowe (ze starego wyłazi SŁOMA, musi być podwieszany, przekonałam mój-ci-onego!)
Będę mieć światełeczka podmeblowe punktowe z transformatorkiem i kinkiecik boczny nadstołowy takoż.
A dziś Castorama kłaniała się w pas, jako że nawalili z dostawą płytek (mieli przywieźć z innej miejscowości, bo brakło), byłam grrrroźna, niezadowolona i sfochana... i dostałam rabat!
Oczywiście w trakcie fochania puszczałam oczka do pana-od-kafelek, więc fochanie było umowne:D
Aaaaale będę miała kuchnię - mówię Wam...
A meble ze zwykłego sklepu i wcale nie pod wymiar, bo na to mię nie stać.
Ale i tak będzie pięknie:)
Urypana do imentu, zmęczona i ostro zestresowana (czeka nas sąd pracy z córkowym pracodawcą, przesadził prawnie i nie ma, że boli) nabijam się już ze wszystkiego, bo chyba bym się pochlastała. Albo klnę. Zależy, co pomaga bardziej w danym momencie:)
Teraz piszę, a drobinki pylistego dziadostwa przyklejają mi się do opuszków palców, brrr, suche jak pieprz!
To idę.
Współżyć z pyłem!
Piszcie te pralki - razem coś wybierzemy:)
P.S. Mija piąty miesiąc pierwszego etapu Remontu Stulecia.
Zapisuję dla potomności:)))
***********************************************************************************
Wybieramy pralkę - propozycje moich czytelników:
1. AMICA Basic Control AWB610D pralka ładowana od frontu (Justa)
2. LG direct drive, bezłożyskowa, LG (Violet)
3. AEG Lavamat robione u Niemców (Kankanka), Media Markt
4. Beko (Fanturia)
5. Polar ecogreen (Ata)
6. Rada pralkonaprawiacza: najtańsza z najdłuższą gwarancją. I bez wyświetlacza (on się bardzo psuje).
I koniecznie ubezpieczenie sprzętu w Hestii wykupić. Koniecznie (Gackowa)
środa, 7 grudnia 2011
Wsiąść do pociągu
Bynajmniej nie bylejakiego.
Nagle, spontanicznie, bez planu.
Pojechać po szal, mój szal... ale przede wszystkim do ludzi, zawsze do ludzi.
Na przystanku wypatrzeć Kankankę w zielonej czapuni.
Ruszyć z nią na Devorgillę.
Zaopatrzyć się w stosowną ilość niskoprocentowego złocistego płynu.
Dotrzeć na miejsce.
Przywitać się z rzeczoną i spojrzeć jej w oczy... długo na to czekałam, oj lat kilka ładnych...
Wreszcie skojarzyć głos z twarzą.
Głos znany z telefonu.
Piękna, dobra chwila...
Ujrzeć na własne oczy mój szal... i zamrzeć w zachwycie.
Szok, szok - mimo, że widziany nazdjęciowo wszak był.
Latać po domu, ucałować Gienię, zaglądać w szafki i komody, za zgodą Gospodyni.
W szafkach i komodach cuda, cuda, cuda...
Zdjęcia nie oddają.
Nie ma opcji.
Gadać i pić, pić i gadać, nacieszać się do imentu.
Poinformować męża, że jestem 160 km od domu (reakcja telefoniczna - bezcenna!)
Zgarnąć oprócz szala Najpiękniejsze Na Świecie Ponczo i dwa swetry.
Wybłagać przesunięcie terminów płatności.
Skutecznie!
Wsiąść do pociągu w stanie bardzo lekko wskazującym.
Jechać i dziergać w totalnym zimnie.
Dotrzeć do domu, dostać ciepłą herbatę i drinka...
Reszta nie nadaje się do publikacji:)
Ubrać się dziś do pracy w jeden z owych cudów.
I przez cały dzień słyszeć
szczęk
szczęk.
Spadały równo.
Po powrocie na miejsce każda właścicielka szczęki pytała :"SAMA TO ZROBIŁAŚ???"
Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że nie ja, że to ona, to ona!
Dobry, jasny, szalony dzień.
Najpiękniejszy Mikołaj w moim życiu!
P.S.1. Rzadko się związuję z przedmiotami, pisałam.
Ten szal pokochałam. Jest mój, jest we mnie.
Jego piękno jest oczywiste tak bardzo, że szkoda słów.
I tylko szkoda, że te zdjęcia nie oddają...
P.S.2. Ciekawe, jaki będzie szczęk szczęk, kiedy przyjdę w nim do pracy:)))
Nagle, spontanicznie, bez planu.
Pojechać po szal, mój szal... ale przede wszystkim do ludzi, zawsze do ludzi.
Na przystanku wypatrzeć Kankankę w zielonej czapuni.
Ruszyć z nią na Devorgillę.
Zaopatrzyć się w stosowną ilość niskoprocentowego złocistego płynu.
Dotrzeć na miejsce.
Przywitać się z rzeczoną i spojrzeć jej w oczy... długo na to czekałam, oj lat kilka ładnych...
Wreszcie skojarzyć głos z twarzą.
Głos znany z telefonu.
Piękna, dobra chwila...
Ujrzeć na własne oczy mój szal... i zamrzeć w zachwycie.
Szok, szok - mimo, że widziany nazdjęciowo wszak był.
Latać po domu, ucałować Gienię, zaglądać w szafki i komody, za zgodą Gospodyni.
W szafkach i komodach cuda, cuda, cuda...
Zdjęcia nie oddają.
Nie ma opcji.
Gadać i pić, pić i gadać, nacieszać się do imentu.
Poinformować męża, że jestem 160 km od domu (reakcja telefoniczna - bezcenna!)
Zgarnąć oprócz szala Najpiękniejsze Na Świecie Ponczo i dwa swetry.
Wybłagać przesunięcie terminów płatności.
Skutecznie!
Wsiąść do pociągu w stanie bardzo lekko wskazującym.
Jechać i dziergać w totalnym zimnie.
Dotrzeć do domu, dostać ciepłą herbatę i drinka...
Reszta nie nadaje się do publikacji:)
Ubrać się dziś do pracy w jeden z owych cudów.
I przez cały dzień słyszeć
szczęk
szczęk.
Spadały równo.
Po powrocie na miejsce każda właścicielka szczęki pytała :"SAMA TO ZROBIŁAŚ???"
Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że nie ja, że to ona, to ona!
Dobry, jasny, szalony dzień.
Najpiękniejszy Mikołaj w moim życiu!
P.S.1. Rzadko się związuję z przedmiotami, pisałam.
Ten szal pokochałam. Jest mój, jest we mnie.
Jego piękno jest oczywiste tak bardzo, że szkoda słów.
I tylko szkoda, że te zdjęcia nie oddają...
P.S.2. Ciekawe, jaki będzie szczęk szczęk, kiedy przyjdę w nim do pracy:)))
wtorek, 6 grudnia 2011
5 grudnia wieczorem...:D:D:D
No przecież wiedziałam!
Wiedziałam, że ONO będzie.
Zapisałam się dawno dawno przed wiekami, nagród dokładnie nie obejrzałam, no bo I TAK NIC Z TEGO, wiedziałam tylko, że cudne.
I że mam w domu BEZNECIE to wszyscy pamiętają, tak? Więc odcięta jestem. Od świata!
No.
To lecimy dalej.
Wczoraj latali my zez chłopem osobistem po kastoramach i lirojach, satynowe drzewniane cóś do konserwacji i restauracji drewna kupowali, pędzle dobrali, kafle zamówili kuchenne podłogowe i naścienne - i do domu wiernulis. Acha, w ramach rekonwalescencji pofikałam se jeszcze przedtem pół godzinki na siłowni, więc po powrocie do domu i prysznicu padłam plackiem z lekutkim drinkiem w ręku i książkom zajmujoncom - na dzierganie brakło już sił.
Se leże. Drink se krąży, krąży w krwioobiegu, oczka się przymykają, mój-ci-on dawno już chrapie... a tu nagle budzi sie moja nokia! Sms. Odwal sie myśle, daj pospać! Zara leci drugi i trzeci... wściekłam się, kto zacz i czego OKOŁO DWUDZIESTEJ TRZECIEJ chce... Tym bardziej sie wściekłam, że pierwszy sms był taki (cytuję): ":)" Nic nie zrozumiałam, no nic - pomimo, że był od Devorgilli... Zajarzyłam po drugim! Obudziłam się piernikiem, pojęłam PRAWDĘ, obudziłam sie raz jeszcze i doszczętnie otrzeźwiałam!!!
Wiedziałam, że ONO będzie.
Zapisałam się dawno dawno przed wiekami, nagród dokładnie nie obejrzałam, no bo I TAK NIC Z TEGO, wiedziałam tylko, że cudne.
I że mam w domu BEZNECIE to wszyscy pamiętają, tak? Więc odcięta jestem. Od świata!
No.
To lecimy dalej.
Wczoraj latali my zez chłopem osobistem po kastoramach i lirojach, satynowe drzewniane cóś do konserwacji i restauracji drewna kupowali, pędzle dobrali, kafle zamówili kuchenne podłogowe i naścienne - i do domu wiernulis. Acha, w ramach rekonwalescencji pofikałam se jeszcze przedtem pół godzinki na siłowni, więc po powrocie do domu i prysznicu padłam plackiem z lekutkim drinkiem w ręku i książkom zajmujoncom - na dzierganie brakło już sił.
Se leże. Drink se krąży, krąży w krwioobiegu, oczka się przymykają, mój-ci-on dawno już chrapie... a tu nagle budzi sie moja nokia! Sms. Odwal sie myśle, daj pospać! Zara leci drugi i trzeci... wściekłam się, kto zacz i czego OKOŁO DWUDZIESTEJ TRZECIEJ chce... Tym bardziej sie wściekłam, że pierwszy sms był taki (cytuję): ":)" Nic nie zrozumiałam, no nic - pomimo, że był od Devorgilli... Zajarzyłam po drugim! Obudziłam się piernikiem, pojęłam PRAWDĘ, obudziłam sie raz jeszcze i doszczętnie otrzeźwiałam!!!
Ten ci on od dziś jest MÓJ-CI-ON number 2!
(No bo mój-ci-on number 1 to ślubny mój-ci-on:)
Smsy szli ostro, towarzystwo szalało, chlalimy wirtualnom Metaxe (dwie flaszki oryginalnej pięciogwiazdkowej pozostały nietknięte na półeczce, hihihi:), niektórzy sie na Metaxe krzywili i trąbili pifffko, ja zdychałam w moim bezneciu - wygrać takie candy i nie być ON LINE??? Koszmar z horrorem, mówię Wam! Tętno miałam 200, ciśnienie 300/250, z komórki leciał dym i niewiele brakło, żeby trza było wzywać karetkę na kogutach i straż pożarną. Później napisałam do Martuuhy, że w sumie górniki świętowali, to jeszcze jaki przystojny sztygar też by się przydał na dokładkę:D:D:D
Czujecie tę klimę? Ja rozgorączkowana, no GORRRĄCA, taaakie rzeczy się dzieją, smsy latają - a Pierwszy mój-ci-on CHRAPIE! I nic! Normalnie kamera by się przydała - jak ja się wije i skaczę na łóżku, a ten jak głaz, chrrrrrrrr i wrrrrrrrrrrrrr, teksańska piła mechaniczna:D:D:D
No.
To ten.
Jeszcze nie wierzę!
Uwierzę metodą Tomaszową - dotknę, przywdzieję - uwierzę!
Radochę mam popiątną chyba, nawet nie wiecie, zara napiszę, dlaczego.
Bo ja... ja nigdy jeszcze nie dostałam prezentu od Mikołaja. Serioserio.
Jak byłam małą dziewczynką to... no dobra, no po prostu moi byli ponadto, sprawianie małych mikołajowych radości było dla nich nieważne. Trudno. W szkole zaś to się robiło z musu.
Później w rodzinie własnej Mikołajem byłam ja, o mnie nikt nie pamiętał... a ja się nie upominałam - cieszyłam się, że się cieszą. Mój-ci-on totalnie nieprezentowy chłop jest... (ale ja nie narzekam, żeby nie było, gość jest w porządku, nie zamienię na innego, serioserio tylko... prezentów nie robi!)
No to ja mam teraz TAAAAKI PREZENT! Za wszystkie lata jakby - normalnie tak sobie myślę... taki prezent, rękami Devorgilli udziergany, najcudniejszy na świecie, nawet nie zaglądałam za bardzo na te szale i na candy, coby się nie nakręcać - a tu masz - samo przyszło!
Dorcia - jak to było? "To, co samo przyszło może samo pójść" czy "to, co samo poszło może czasem wrócić"? Chyba to drugie??? Bo ja nie oddam! Mój-ci-on number 2 jest mój!
Czy dehael albo inny jupies albo pocztex już w drodze???? Może być na mój koszt!!!
czwartek, 1 grudnia 2011
Usprawiedliwienie
poproszę...
Usprawiedliwicie?
Poczekacie???
Poczekajcie, aż znów do was wrócę, bo się zapłaczę!
Ściskam
wszystkich
serdecznie
i
ciepło.
To była przerwa na kawę, idę pracować dalej!
- W domu mam remont stulecia pisałam już, na dziś mam tylko kilka metrów powierzchni, na której mogę spać i ewentualnie przysiąść z dziergadłem w ręku; nie sprzątam nawet, nie ma sensu - pracownicy budowlani zamiatają po sobie, po czym na drugi dzień brudzą i znów zamiatają, robię tylko to, co niezbędne (czasem przetrę jakąś powierzchnię płaską) i staram się jakoś przeżyć;
- W pracy mam sajgon, moja pracownica nadal chora, muszę jakoś ogarniać tę kuwetę, nie ma innego wyjścia, o stosunkach pracowych pisać nie będę bo mój blog to miejsce publiczne;
- W rodzinie... no cóż, nowe doświadczenie, zostałam prawnym pełnomocnikiem jednego z członków rodziny do spraw kontaktów z jego pracodawcą, taka potrzeba, mam nadzieję, że stempel i podpis notariusza zrobią swoje i że ja też sobie z tym poradzę;
- Mam gorączkę i jakiegoś wirusa albo inną bakterię, okoliczności przyrody uniemożliwiają mi wygrzanie dziadostwa.
Usprawiedliwicie?
Poczekacie???
Poczekajcie, aż znów do was wrócę, bo się zapłaczę!
Ściskam
wszystkich
serdecznie
i
ciepło.
To była przerwa na kawę, idę pracować dalej!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


