czwartek, 30 kwietnia 2015

Dziękuję

i podziękowania przekazuję.
Bóg trzyma całą obolałą rodzinę mocno, to takie silne doznanie.
Tak mówią oni sami.
Więc módlcie się, módlmy się ciągle.

Pogrzeb Tomka w sobotę.
Zjedzie się mnóstwo przyjaciół.
Otoczą Matkę i rodzeństwo miłością Bosko - ludzką.
Nie zostaną sami.
Nie chcą być sami, tak mówią.
Chcą być z ludźmi.
Chcą rozmawiać, chcą żyć.
To dobrze, tak myślę.

W połowie maja najmłodsza siostra Tomka ma I Komunię Świętą.
Temu też Matka musi sprostać - dwa tygodnie po pogrzebie...

P.S. A pieniędzy uzbierało się tyle, ile trzeba.
Po prostu wystarczyło.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Ktoś bliski mi

powtarza często, że najgorsza w życiu jest bezsilność.
Już od dawna się z nim zgadzam.

Wczoraj dodzwoniłam się do mamy drugiego z chłopców.
Tej, która jest mi bardzo bliska.
I jej dzieci również.
Powiedziałam jej o zbiórce pieniędzy.
Rozpłakała się.

Nie tykałam najtrudniejszego tematu.
Powiedziała mi sama z siebie, że jest straszliwie rozdarta.
Bo ona chciałaby, żeby żył.
Bo to jej dziecko.
Ale takie życie, jakie ewentualnie go czeka to nie życie.
Matczyny ból nie do wytrzymania.
Wczoraj jeszcze lekarze dawali mu około 10% szans, stan był nadal krytyczny.

Przed chwilą z zebranych pieniędzy robiłam jej przelew, wszak tak najprościej.
Czekałam na sms-kod.
W jednym czasie przyszły trzy sms-y.
Jeden z kodem.
Dwa z informacją...

Tak.
Odszedł.
Nie żyje.
Już nie cierpi.

Ale być w skórze jego matki... no w życiu. Brak mi wyobraźni.
I znów Was proszę.
Ona znosiła to wszystko dzięki pomocy ludzi dobrej woli.
I dzięki "bańce modlitewnej", w której się znalazła.
Tak mi wczoraj powiedziała.
Módlcie się bardzo, módlcie się, ludzie.
To nie Bóg jet autorem tych cierpień, tych śmierci.
Ale tylko On może z tego wyprowadzić dobro.

Tomku - mam nadzieję, że pomknąłeś autostradą prosto do Nieba.
Że masz już nowe, piękne ciało.

Napiszcie w komentarzach, kto do modlitwy się przyłącza.
Przekażę mamie Tomka, kiedy przyjdzie czas.
A Bóg - dzięki Wam - pozwoli jej to wszystko znieść.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Jako że

z ostatniej (szóstej - od października licząc) infekcyi,
trwającej (z dzisiejszym - objawowo mocno schyłkowym - dniem włącznie) dwa pełne tygodnie wylazłam byłam bezantybiotycznie i bezzwolnieniowo - świętuję!

Popijam miód mniszkowy własnoręcznie uwarzony, z letnią wodą rozcieńczony (buduje odporność w długim czasokresie).
Mój-ci-on urywa mniszkom łebki, ja warzę.
Mamy już całkiem sporo tego specyfiku:)
Poz tym łykam Spirulinę Pacific - 6  tabletek dziennie.
Do tego jeszcze sok z cytryny, okazjonalnie czosnek z miodem.
Albowiem
zamierzam
być zdrową.

Się zobaczy.
Może się uda?
No niechby!

Jeśli kuracja się powiedzie za dwa tygodnie zaczynam etap hartowania.
Znaczy wracam na rower i kije, niezależnie od pogody.
Się zobaczy.
Czy się uda:)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Ważne info!

Jeśli komuś "znika" blog, a pojawiają się jakieś dziwne chińskie znaczki niech koniecznie usunie z bloga wszelkie dodatki, które pochodzą spoza bloggera - bajery, widgety etc. Najbardziej "infekują" blog obce liczniki - mam takie wieści od innych blogujących.
Jagnieszko - jeśli mnie czytasz spróbuj zrobić to, co piszę, problemy powinny zniknąć!

Tak wyglądają "krzaczki" - po próbie otwarcia bloga:


To się działo

już wiele razy.
Trudno spamiętać, trudno policzyć.
Zresztą przecież wcale nie trzeba.
Ci, których to dotyczy pamiętają i pamiętać będą.
Choć nigdy nie poznają szczegółów.

"To" działa niczym kręgi na wodzie.
Ciche rozmowy, sms-y, maile.
Z ucha do ucha, z rąk do rąk.
Nikt nikomu nie patrzy na ręce, nikt niczego nie liczy.

Ostatnia taka sytuacja była we wrześniu ubiegłego roku.
Chyba o niej nie pisałam.
Bliskiej koleżance nagle bardzo ciężko zachorowało dziecko.
W krótkim czasie potrzebne były większe pieniądze.
Telefon z pytaniem, czy mogę coś zrobić.
Ależ jasne!

Złapałam kopertę, poleciałam do kilku starannie wybranych osób.
Nie patrzyłam, ile do koperty wkładają.
Później poprosiłam męża, żebyśmy się dołożyli (jego rękami), po czym jeszcze po cichu dołożyłam się sama.
Kopertę zakleiłam nie wiedząc, ile w niej było.
W określonym czasie i miejscu przekazałam ją konkretnej osobie.
W międzyczasie działali inni.
Potrzebująca rodzina dostała dokładnie tyle, ile potrzebowała.
Płakali z wdzięczności.
I do dziś nie wiedzą, komu dziękować.
Bo nie wiedzą, kto brał udział w akcji.
I nie wiedzą, kto ile dał.
I się nie dowiedzą.
Bo tego nie wie nikt:)

Dziś, przed chwilą dostałam sms, że mama podpalonego chłopca, tego, który przeżył jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej.
Zatem "to" będzie się działo kolejny raz.
Właśnie się zaczyna.
Idę poszukać koperty.
Inni z pewnością też wzięli się już do roboty.

P.S. Koperta już nie jest pusta.
Cztery osoby już coś włożyły, nie wiem ile.
Ja będę piąta.
Może jeszcze kogoś znajdę.

Nie możemy sprawić, żeby będący ciągle w stanie krytycznym chłopak odzyskał zdrowie.
Ale możemy pozwolić jego mamie nie martwić się o byt.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Kochani,

róbmy kopie zapasowe naszych blogów.
Opcja "ustawienia - narzędzia bloga - eksportuj bloga".
Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy, właściciele blogów lub odwiedzający zamiast bloga widzą dziwne krzaczki.
Przed chwilą czytałam info, że to samo spotkało naszą koleżankę z wordpressa.
Próbowałam, nie mogę wejść na jej stronę.
A za moment nie mogłam się dostać na fejsową stronę udostępnioną przez kogoś innego.

Róbmy kopie - szkoda by było stracić to, co przez lata napisaliśmy.

Edytowane przed chwilą - żeby nie było, ja już zrobiłam, plik mam na twardym dysku.

sobota, 18 kwietnia 2015

Rosół, pies, mniszek, zamach, włóczki.

Cokolwiek by się nie działo oprócz modlitwy nie mogę NIC.
Dlatego na siłę staram się żyć swoim życiem.
Na siłę, bo myśli są niepokorne.
I nieposłuszne.

Właśnie gotuję aromatyczny rosół.
Rosół to dobra rzecz na skołatane nerwy i na wzmocnienie, rosół to taka rzecz prosta dla każdego, kto nie ma poparzonego przełyku i może go przełknąć.
Pachnie w całym domu.
Zaraz ugotuję makaron.

Pies czuje się różnie, ale zdecydowanie żyje na całego.
Ma kłopoty z apetytem, kłopoty selektywne nieco, bo własną michę z suchą karmą omija, natomiast chętnie podżera razowy chlebek z pasztetem z pańskiego stołu, na ten przykład.
Zamierzam go dziś oszwabić.
Kiedy ugotuje się rosół rozmoczę w nim kilka suchych psich chrupek, dodam gotowaną rozgniecioną marchewkę i trochę pokrojonego mięsa, zrobię z tego jednolitą papkę i gadzinę nakarmię z ręki. Jak znam życie da się zrobić w bambuko i wciągnie do ostatniego kęsa.

W ogrodzie mamy multum mleczajstwa, czyli po mądremu mniszka lekarskiego. Żółto, aż strach! Dziś planowane są (a właściwie juz realizowane, mężowskimi rencamy) kwiatowe zbiory, po czym będę warzyć miód mniszkowy (wygooglajcie sobie) - prosty jak konstrukcja cepa, sprawdzony w rodzinie, wspomaga odporność.
A z odpornością u mnie kiepsko, od tygodnia kolejna porządna infekcja. Na szczęście bez ZLA i antybiotyku, na szczęście organizm walczy (przed południem walczy pracując, popołudniami walczy w poziomie), muszę więc wysłać na front dodatkowe wojska mniszkowe. Póki co lecą miody, cytryny w ilościach hurtowych, tran oraz imbir. W drodze jest Spirulina Pacific. Jeśli tę infekcję pokonam bezchemicznie będę się cieszyć jak dzika norka.

Dotarł "Zamach na prawdę" Małgorzaty Wassermann. Dawkuję go sobie, bo w połączeniu z lokalnymi "atrakcjami" (dwa dni temu zginął w wypadku brat znajomej, wspominałam? Chyba nie. Jakby tych płonących było mało...) stanowi mieszankę piorunującą. Więc dawkuję, a jak już nie mogę to po prostu rzucam w kąt.

Włóczki leżą i patrzą, coś tam kombinuję z jedwabiem ale średnio to widzę i pewnie będę pruć, nie umiem się skupić na projektowaniu. To minie, wiem, trzeba poczekać.

Co u Was? Co dziś robicie - gotujecie, sprzątacie, pracujecie w ogrodzie - co robicie ZWYCZAJNEGO? Poczytałabym... piszcie, jeśli wola i łaska, jestem głodna codzienności.

P.S. Przed chwilką wysłałam SMS-a: "Wiesz może, co u T.?"
Odpowiedź: "Lepiej. Przeszczepiono mu skórę na ręce, goi się. Czekamy."

????
Co może być dalej po TAKIM poparzeniu???
... czy jest na sali lekarz...?

piątek, 17 kwietnia 2015

Dwóch.

Było ich dwóch.
Jeden umarł w nocy.
Ten mniej poparzony.

Drugi żyje i jakby lekko się poprawia.
To wszystko, co wiem na pewno.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Powinnam... czy nie powinnam?

Pisać TAKIE rzeczy???

Sms, otrzymany przed chwilą:

"Dorotko, dzielę się tym, co WIEM. Jeden z chłopców w stanie bez nadziei - informacja z wczorajszej nocy. Drugi 5-10% szans. Była dziś u mnie jego koleżanka, która rozmawiała z jego mamą. Podobno jeśli nastąpi zwrot i uda się go uratować ma nie mieć ręki, obu nóg i wzroku :("

Ta wiadomość jest w pełni WIARY GODNA.
TA osoba (autorka sms-a) nie rzuca słów na wiatr.

Ten chłopiec, co bez nadziei to ten, którego znam mniej.
Tego, któremu nadzieja pisana znam dobrze.
I jego mamę...

JA wolałabym śmierć.
... a może tylko tak mi się wydaje...?

P.S. Jeśli dostanę od Was w dziób ten post zniknie.
Straciłam umiejętność oceny sytuacji.

środa, 15 kwietnia 2015

Niczego

więcej na dziś nie wiem, zatem nie zapodam.
Nie mam też siły focić udziergów.
Nie mam.
Niech będzie mi wybaczone.
Zupełnie na nic nie mam siły.

Zatem udaję się na spoczynek.
Mąż wyprowadzi psa. Uprosiłam.
Ja mogę już leżeć i pachnieć.
I nie zawaham się tego uczynić.

Zjadłam późny obiad.
Dopijam herbatę.
Teraz będę się regenerować.
Nawet telefon ustawiłam w tryb "udaję-że-mnie-nie-ma".

P.S. Nie wierzcie mainstreamowym mediom, jeśli będą coś w temacie publikować.
Guzik wiedzą.
Dam znać, jeśli cokolwiek wiedzieć będę.
Najwcześniej jutro.

P.S. Modlący - módlcie się.
Niezbyt dokładnie wiem, o co.
Na pewno o pokój serca dla dwóch obolałych matek.
Jeszcze tyle przed nimi...

wtorek, 14 kwietnia 2015

Z bardzo wiarygodnych źródeł

napływają równie BARDZO niewiarygodne informacje.
Winna zatem jestem sprostowanie.
OBAJ chłopcy żyją.
Mają się KRYTYCZNIE.
Dopóki pięć razy nie sprawdzę niczego więcej w temacie nie napiszę.
Wstyd i hańba podawać TAKIE nieprawdziwe informacje.

Nawet poważnym ludziom nie można ufać.
Bardzo Was, moi czytelnicy, przepraszam.
To się już nie powtórzy.
Na TEN temat napiszę, jeśli będę miała całkowitą pewność.

Jest bardzo źle, to oczywiste.
Co się stało, się nie odstanie, szanse na życie są nikłe.
Niemniej jednak jest mi wstyd.
Raz jeszcze proszę - wybaczcie.

Napiszcie, że wybaczacie...

P.S. Czyżbym miała iść spać bez choćby jednego wybaczenia...?

Ja... chyba...

jestem bardzo zmęczona tym, w co się ostatnio angażuję.
Czuję, że mogę się skończyć.
Dlatego... dlatego kończę.
Z przerastającymi mnie tematami.
Bo nie mogę sobie pozwolić na życie na krawędzi.
Bo to jednak nie moja krawędź, moja czeka, moja gdzieś się czai, muszę na nią oszczędzać siły, nie jestem ze stali.

Od tego ostatniego tematu tak do końca mentalnie uciec nie mogę, choćbym chciała.
Całe miasto huczy.
Całe miasto MÓWI.
Na miejsce zdarzenia wędrują pielgrzymki.
Na szczęście mam dostęp do wiarygodnych INFORMACJI.
Plotki omijają mnie szerokim łukiem, bo ich nie słucham.

Jeden z chłopców/mężczyzn już nie żyje.
(okazuje się, że też go znałam i często widywałam, nie wiedziałam, że to on...)
Ten mniej poparzony.
Miał inne poważne schorzenia, one przyczyniły się do szybszego odejścia.
Drugi chyba jeszcze się trzyma, ale szanse ma prawie zerowe.
To ten, którego znałam od wczesnego dzieciństwa.

Nie mam na ten moment żadnych nowych wiadomości.
Nie mam też z nikim kontaktu.
Pozostaje czekać.
Na nekrolog.
Na pogrzeb, na który będę chciała pójść.
Ten pierwszy.
O następnym będę myśleć, jeśli będzie.

Zanurzam się w druty, audiobook, prasowanie, gotowanie.
W MOJE życie.
Po prostu muszę.
Postaram się na jutro sfocić jakiś udzierg.
Postaram się.

Nieutulone w rozpaczy Matki oraz ich Synów chowam głęboko w sercu.
Módlcie się, proszę.
O serca spokój... i o pokój...

Jeśli czegoś nowego się dowiem, dam znać.
Dopiszę do tego posta.