sobota, 23 lipca 2011

Aaaaale naprzędła!

No takiego wyboru jeszcze u kaszmirowej Laury nie było, odkąd pamiętam.
Wensy, corriedale, jedwabne beefely - cudne!
A nazwy - muszę ją zapytać, skąd ona bierze pomysły do nazw.
Ja bym takich nie potrafiła wymyślić.
Impression, Sleeping Sun... Marzenie!

Zresztą zobaczcie (większego się zrobić nie da, bo się rozjeżdża):

 To jest Sleeping Sun:)



Zobaczę, czy wytrwam we włóczkowej abstynencji. Toczę nierówną walkę, żeby nie kliknąć... wszystkiego!
Ale wtedy to już tylko cały miesiąc tylko chlebek, nawet bez masełka:) Dobrze, że jest zapas mąki chlebowej i drożdży:)
Tym bardziej, że ostatnio od magicznego luupa, czyli od Tuptupa przyszły do mnie dwie wełny - malabrigo (już pokazywałam w jednym z ostatnich postów), a później jeszcze... no wiecie, dobra cena i w ogóle... no więc się skusiłam i kupiłam to:

Piękna, głęboka czerwień - mięciutkie, puchate, miodzio! Będzie z tego coś ładnego, sweterkowo - bluzkowego.
Wypadałoby chwycić za druty i lecieć z koksem, azaliż nieprawdaż?
No to lecę!
Kłaść do słoików ogórki:)))

środa, 20 lipca 2011

Mnie też smutno...

I zwlekam z usunięciem z lewego panelu linka z tym zdjęciem:



Nie czytałam dotąd całego bloga Małgosi.
Właśnie nadrabiam...

poniedziałek, 18 lipca 2011

Poznałam ją mniej więcej...

... mniej więcej sześć lat temu.
Średniego wzrostu, ciemnooka. Była bardzo smutna. Bardzo małomówna.
Wyglądała jak zastraszona dziewczynka.
Dorosła dziewczynka...

Po kilku tygodniach jej bywania u nas dowiedziałam się, że nie ma pracy. I że jest po studiach prawniczych. Po niej samej widać było, że wiele przeszła. Bardzo mało było w niej życia... I bardzo chciała pracować, ale praca nie chciała się dać znaleźć. Koneksji żadnych, żadnych znajomości. I żadnych ofert.

Udało jej się zaufać jednej z nas, przed tą osobą otworzyła się całkowicie. Mnie udało się zbliżyć do niej na tyle, że mogłyśmy od czasu do czasu porozmawiać i nawet czasem się pośmiać. Cieszyłam się z tej bliskości. Leżała mi na sercu ta dziewczyna, czasami miałam wrażenie, że ból który w sobie nosi rozsadzi kiedyś jej serce, a samotność wewnętrzna nie pozwoli żyć.

I dane było mnie, nam wszystkim oglądać na własne oczy, jak przemieniany jest człowiek, uzdrawiane jego serce, przywracana, a właściwie budowana na nowo wiara, że jest się kimś i że przez sam fakt człowieczeństwa jest się wartościową  istotą. Bo poczucia własnej wartości nie daje nawet kilka ukończonych elitarnych kierunków ani też mnogość tytułów przed nazwiskiem. Najgłębsze poczucie własnej wartości ma się tylko w Nim...

Zmieniała się z miesiąca na miesiąc. Po pewnym czasie znalazła się też praca - miejsce dla niej tak dobre, że szyte prawie na miarę. Po jakimś czasie za namową swojego szefa postanowiła spróbować zdać egzamin aplikacyjny. Ten, który zdawali ongiś jedynie ludzie mający wiadome rodzinne koneksje. Nie miała w sobie wiary, że ma choćby cień szansy.
Spróbowała.
Zdała...

Mocno szwankowało jej zdrowie, a w perspektywie były studia aplikanckie, 3 lata i 6 miesięcy bardzo ciężkiej pracy. Wyjazdy, praktyki. Pracowała z całych sił mając jednocześnie świadomość, że po ludzku nikt za nią nie stoi. Że jest zdana na siebie - a jednocześnie nie tylko na siebie... że jest krucha emocjonalnie, wrażliwa... Często mówiliśmy jej, że kiedy zabiera głos, kiedy w trakcie dyskusji nad trudną sprawą postanawia się wypowiedzieć to jej dwa zdania tchną taką precyzją, że nam wszystkim opadają szczęki. Nigdy nam nie uwierzyła...

Studia aplikanckie pomyślnie skończyła okupując każdy egzamin potężnym stresem.
Niecały miesiąc temu podeszła do ostatniego, najważniejszego egzaminu, pisałam Wam.
Cztery dni po sześć godzin, dzień po dniu.
Dziś dostałam sms-a następującej treści: "Zdałam!!!! Boże, zdałam!"

Wzruszenie trzyma mnie już długo.
To kolejna z ludzkich historii, którą znam i która zapiera mi dech w piersiach.
Za kilka dni ją przytulę i uściskam - Panią Radczynię, która o własnej wartości, tej najpierwszej, tej ludzkiej dowiedziała się od Najwyższego, a której wartość zawodową potwierdziła Najjaśniejsza Komisyja wydając werdykt: "Nadaje się! Może radzić!":)

P.S. 1. Jak to dobrze mieć znajomego radcę prawnego:)))
P.S. 2. Nie mogłam się oprzeć, żeby tego nie napisać! O dzierganiu też JESZCZE będzie, następnym razem:)

środa, 13 lipca 2011

Mam nową wełenkę!

A właściwie będę miała, ale już zaklepane, moje, moje!
Przed chwilką kupiłam, wcześniej dostałam próbki, to coś malabrigo sock się zwie i jest naprawdę śliczne w macaniu i wyglądzie takoż.
Kupiłam o takie, o takie właśnie, całe 4 motki, będzie coś ładnego z tego:


Nazywa się Malabrigo Sock 854 Rayon Vert, już z  niecierpliwością czekam na dostawę do domu, pewnie do piątku zaraza dolezie. Zasadzałam się na prześliczne winogrona, ale tym razem w dostawie nie było, co się odwlecze to nie uciecze i jeszcze kiedyś sobie kupię:)

A pozwalam sobie na zmianę tematu ze studenckiego na włóczkowy, bo... obrony jednak w lipcu nie będzie. Przegryzam się z ta wieścią od rana, nastawiłam się na lipiec bardzo, ale już właściwie ze zmianą terminu chyba się pogodziłam. Muszę się jeszcze z tym przespać, co za chwilę uczynię:) Ponieważ byłam nieco spóźniona z pracą i tym nieszczęsnym zaległym egzaminem zabrakło mi kilku papierów, które powinnam była złożyć w dziekanacie, a z powodu rzeczonego spóźnienia nie złożyłam. Prawdę mówiąc nie było wiadome, kiedy należy złożyć... no trochę bałaganu na mojej uczelni jest.
Się mówi trudno i żyje się dalej, większe problemy w życiu bywają i doskonale o tym wiem.
Zatem:

  1. Wracam do dziergania pełną parą (pada, nareszcie pięknie pada, wręcz ma lać; ja wiem, ze ludzie na urlopach klną, ale ja nie na urlopie i dzisiejszy dzień był masakrycznie lepki, nie-do-przejścia jak dla mnie) - Martuuha, Twoja chusta ruszy w sierpniu na wakacjach, proszę mnie nie indagować w tej sprawie, już i tak wyrzuty sumienia mię z wielkim mlaskiem żrą! A jak ruszy to i dobrnie do końca:). No więc pada i się wełna nie będzie do rąk lepić.
  2. Planuję porządki, z rozkoszą, z radością promienną, uwierzy ktoś??? Nie jestem pedanciarą, ale po trzech latach studiowania i po roku mieszkania "na kupie" zarosło, przyrosło i obrosło mi okrutnie!  Już się nawet za porządki zabrałam, szafki kuchenne wypucowane, jedno okno umyte i jedna firanka zawieszona:) Reszta sukcesywnie, bez pośpiechu. To ma być przyjemne i pożyteczne:)))
  3. Obrona będzie we wrześniu, urlop dwutygodniowy wyjazdowy w sierpniu - i na wrzesień też planujemy remont wstępny strategiczny - wymianę okien i drzwi wejściowych, będzie w chałupie niezła rozpierducha, oj będzie, ale okna tego po prostu wymagają, pamiętają jeszcze II wojnę światową (jak mniemam), uwierzy ktoś???
  4. Mam taką zwyczajną potrzebę, żeby pożyć. Po prostu sobie POŻYĆ. Ugotować dobry obiad (już zaczęłam). Upiec mężowi ulubione ciasto (zapomniał już, jak smakuje). Włożyć ogórki w słoiki! I paprykę - bo to jemy namiętnie. Rower. Piesza górska wycieczka, jak będzie chłodniej. Ogród, który domaga się kobiecej ręki. Uwielbiam grzebać się w ziemi - uwielbiamy oboje, byle nie w 30 stopniowym upale:)
  5. A jak już sobie pożyję... to mi się zechce nowych wrażeń i nowych zaangażowań. Zresztą te najważniejsze już długo na mnie czekają, ja też za nimi tęsknię bo to fundamenty mojego życia, wreszcie do nich na dobre wrócę. A następne sobie wygeneruję - zapisuję się we wrześniu na prawo jazdy, a co! Lada moment wypadnie nam "z obiegu" kierowca w osobie mojego taty, no niestety inaczej się nie da. I mój-ci-on się przełamał co do mojej w tym temacie aktywności (wcześniej twierdził, że kierowcy ze mnie nie będzie, ale na szczęście tylko krowa nie zmienia poglądów, on je zmienił pod wpływem własnych zdrowotnych ograniczeń, w razie czego znajomą prostą trasą wszystkich do lekarza doholuję:))). Tato psem ogrodnika nie jest - swoim autem mi jeździć pozwoli w odróżnieniu od mój-ci-onego, który dłuuuuuuuuuuuuugo mi będzie towarzyszył i mnie (życzliwie!) pilnował. Jak myślicie, czyim autem będę jeździć chętniej?:) Tym bardziej, że mój-ci-on jeździ statecznie, stabilnie i przewidywalnie, a ja na autostradzie na bank minimum 150 km/h spróbuję, a co! (tylko ciiiicho, coby mnie nie namierzyli już teraz!:D:D:D)
I tak to, proszę państwa. Póki co grzmi - jaki piękny odgłos! Lada moment pies się będzie domagał szczególnej troski - jak była młoda to nic ją nie ruszało, teraz już doświadczenie życiowe jej mówi, że grzmoty są groźne i tego się trzyma! Niechby się ulęgła piękna burza, taka głośno mrucząca, byle nikomu i niczemu krzywdy nie wyrządziła.

Oooo - znowu grzmi. Pies postawił uszy na baczność i niespokojnie się kręci. Czuję, że tę noc spędzimy razem i blisko siebie - na szczęście paskuda świeżo po kąpieli, jutro ją będę strzyc:)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Jeśli ci jeden mówi, żeś osioł...

to się zastanów.
A jeśli dwóch - to se kup siodło!

Mnie powiedziało o tym dwóch promotorów (albo i trzech, straciłam rachubę), jeden pracownik dziekanatu, jedna żona dziekana i cała masa studentów-po-obronie. Zatem muszę kupić siodło! Bom osioł, na to wygląda! Za wszelkie próby udowodnienia mi tegoż bardzo Wam, komentującym poprzedniego posta, dziękuję:)

Jako że pytanie moje nie było grzecznościowe, a odpowiedzi bardzo sobie cenię (inną drogą nie posiadłabym takiej wiedzy od tak doświadczonych istot) ogłaszam zatem, że bronię się 26 lipca!

Jakby co będzie na Was! Pociągnę "za konsekwencje" i zastosuję prawo odpowiedzialności zbiorowej:)
Muszę się tylko jeszcze wyrobić z papierologią do dziekanatu - jest tego trochę. Mam nadzieję zdążyć.

Wybaczcie zatem - odpływam do krainy długu publicznego i dylematów związanych z zaciąganiem pożyczek publicznych, gdzie rozważę  rolę banku centralnego w finansowaniu tegoż długu, sprawdzę, co pan Owsiak myśli o autonomii banku centralnego względem rządu (swoją drogą rozpatrywanie tych zagadnień na przykładzie USA zamiast na przykładzie Anglii byłoby ciekawsze, albowiem bank centralny USA jest bankiem komercyjnym, proszę państwa, to daje efekt motyla w kontekście całego świata). Spróbuję też sobie przypomnieć cykl koniunkturalny i jego etapy. Aaaaaaaaależ będę świadomym ekonomicznie człowiekiem, choć przyda mi się to wszystko jedynie do dyskusji akademickich. Których nie cierpię!:)

Nie, zamęczać się nie zamierzam, nie martwcie się, kochani - dwie, góra trzy godzinki dziennie, spokojniutko, mówicie, że to luuuuuzik - ja wam wierzę i do tej nauki palemki do drinków już mam:)))

A jak mi komisja nie będzie przychylną...
Jeśli taka sytuacja zechce mieć miejsce...
To na członków rzeczonej komisji rzucę UROK.
Osobisty:)))

Albowiem rzeczona komisja męski skład ma, panowie sporo ode mnie starsi - jeszcze mam szansę.
Może ostatnią w życiu.
Na ten urok!:)))

To spadam. S T U D I O W A Ć.
Zaglądać mi tu, pisać i wspierać, odpowiedzialność za to, coście rzekli brać, jasne?
Będę sprawdzać obecność! Na to znajdę czas:)
Jak się komu nie będzie chciało komentarza pisać to niech chociaż kropkę postawi:)

P.S. Odzyskałam niepodległość - młodzi poszli na swoje!
Nie ma to jak wolna chata, mówię Wam:)))

czwartek, 7 lipca 2011

Pytanie

Od promotora - bdb:)
Od recenzenta - bdb:)
Można się bronić 26 lipca albo we wrześniu.
Promotor "zjechał mnie" dziś telefonicznie za to, że się chcę bronić we wrześniu.
Kazał iść na żywioł w terminie lipcowym i z wrześniem się nie wygłupiać.
I kazał się nie przejmować!

Posłuchać jego czy siebie?
Piszcie,mądrzy ludzie, bo ja zgłupiałam doszczętnie.
Wolałabym się jeszcze spokojnie douczyć.
A ten mię tu ciśnie, no!

Co robić??? Poradźcie, doświadczeni ludzie!
Iść na ten żywioł niedouczoną?
No iść?

wtorek, 28 czerwca 2011

Żyję i mam się

co uprzejmie donoszę, coby mię co niektórzy z blogowej ewidencji nie skreślili:)

III rozdział pracy się szlifuje, stron jest już 60, powinnam dobić do 66 - 70. Bedzie tego. Koniec już widać, wreszcie idzie sprawnie, tabelki i wykresy jeden piękniejszy od drugiej:) Office 2010 to bardzo sprawne narzędzie, bardzo je sobie cenię. Kończę pisanie w piątek, w sobotę jadę do promotora już po ocenę (jestem już po ostatnich konsultacjach i wiem, co mam poprawić i dopisać), a później zaraz do recenzenta. Potem jeszcze zaległe wpisy, papierologia - i we wrześniu obrona.

Już wiem, że będzie dobrze, ale kosztowało mnie to wszystko bardzo dużo. "Okoliczności przyrody" były wyjątkowo niekorzystne, ale na to wpływu się nie ma.

Mniej więcej w tym samym momencie dzieci odbierają klucze od własnej chałupy, więc wywieszam flagę niepodległości:)  W jednym czasie rozwiązują się ostatecznie dwa ważne tematy - nie miałam pojęcia, że to się zbiegnie w czasie. Tyle szczęścia naraz:)))

Naprawdę... to jestem bardzo zmęczona.
Stęskniona przyrody, roweru, pieszych wycieczek - i świętego spokoju przy drutach.
Planuję więc świętować przy dobrym winku, dobrym filmie, z drutami w łapach i z włączonym wentylatorem, bo gorąco:)

Już niedługo.
Tuż tuż.
Jeszcze nie wierzę:)

P.S. Mam nadzieję, że to ostatni "suchy" post, bez udziergów. Już sama mam tego dość!:)

Dodane 30 czerwca o godz. 23.34:

Przed sekundą postawiłam ostatnią kropkę w mojej pracy (chyba, że promotor postanowi inaczej, ale pozostaję z nadzieją, że nie). Zastosowałam się do wszystkich jego uwag, naniosłam poprawki. Nie rozumiem tylko jednego: mam dużą łatwość pisania i pisać lubię, bardzo lubię, a to paskudztwo szło mi jak po grudzie. Ale SKOŃCZYŁAM! Przed chwilą. Jutro drukuję. Koniec - koniec! Jeszcze jeden koniec ogłoszę po wrześniowej obronie:) Co czuję? Tylko zmęczenie:) Reszta przebije się do świadomości na dniach i wtedy mam nadzieję epatować wszystkich wkoło uśmiechem - wreszcie. Bo ostatnio ludzie mnie często pytają, czemu jestem smutna. Może chora? No to się odczepią. I nie będę się musiała tłumaczyć:)))
Patrzę na tekst blogowy i coś mi nie gra... Mam ochotę go wyjustować i wrzucić tajmsanjuromana rozmiar 12. Siła nałogu, nie ma co:D:D:D

niedziela, 19 czerwca 2011

Niemożliwe staje się możliwe!

Muszę, bo się uduszę!:)

Byłam dziś na uczelni dopełniać kolejne zaległe formalności (50+ to nie jest dobry czas na studiowanie, bo jest wtedy bardzo dużo życia w życiu i sił jakby mniej, już to wiem, z autopsji).
Szukać wykładowców, zbierać wpisy.
"Wisiał" mi jeszcze jeden nieszczęsny niezaliczony przedmiot (warunek), ja z tych co to kiedyś przed laty wszystko miałam do przodu, a teraz pozaliczali wszyscy, a ja z tym warunkiem zostałam. Na sam koniec studiów.
I z kompletną niemożnością zaliczenia tego przedmiotu - ze względu na osobę prowadzącą zajęcia.
Mogę śmiało tak pisać, bo wszystko w ciągu sześciu semestrów mam pozaliczane i dobrą średnią z całego okresu studiów.

Były liczne skargi na tego człowieka, na jego totalny brak umiejętności przekazywania wiedzy przy ogromnym potencjale intelektualnym i tytule prof. dr. hab.
Dziś w dziekanacie zupełnie nieznany mi mężczyzna słysząc o moich problemach, jeden z senatorów uczelni powiedział mi, że ten pan już tu nie pracuje.
Z powodów, jak powyżej...
Że mogę zaliczać u kogoś innego.
I że on mi pomoże, już teraz, natychmiast.
I zaliczyłam i mam wpis!
Po tym zaliczeniu obrona to pikuś. To właśnie tamtej sprawy nie umiałam przejść, to ona nie dawała mi żyć.
Jeszcze jestem w stuporze, naprawdę... jeszcze nie wierzę, że to już za mną...
Jeśli przed człowiekiem od dwóch lat stoi potężny problem, jeśli nie widzi szans na pomyślne rozwiązanie sprawy (z prof. dr. hab. układać się nie można było, był do bólu proceduralny, a większość z nas miał za tumanów i dawał temu wyraz upokarzając nas często) - i jeśli ten problem zostaje załatwiony ot tak, pstryk i już - to stupor jest absolutnie wytłumaczalny.
Zaliczenie miałam o 13.00, jeszcze do tej pory muszę sobie uświadamiać, że mi się to nie śniło:)
Chętnie napisałabym więcej, ale tym razem nie mogę:)

Zostało mi jeszcze:
  1. Zebranie 4 wpisów (zaliczenia mam wszystkie)
  2. Dokończenie pracy, ocena i recenzja (za tydzień)
  3. Cała papierologia związana z obroną, którą znacie i o której wiecie
  4. Obrona.
Moja grupa w większości broni się w lipcu, ja planuję wrzesień - podszkolę się jeszcze, doszlifuję pracę - no i będzie chłodniej, a to dla mnie ważne:)

Wracam do życia! Tym co pamiętali serdecznie dziękuję za wszystko.
Mam teraz urlop szkoleniowy (tydzień), który łączę z opieką nad pooperacyjnym szkrabem.
Minuta po minucie, godzina po godzinie schodzi ze mnie stres.
Lada dzień na swoje wyprowadzają się dzieci, a ja odzyskuję niepodległość:)
Planujemy wymianę okien, remont całej chałupy (jest potrzebny), nowe meble w pomieszczeniach, które tego potrzebują. Haracz płacony uczelni będzie teraz szedł na konto oszczędnościowe i  z niego będziemy finansować domowe przedsięwzięcia.

Tak, wracam do życia.
Nie wiem, co mi ono przyniesie, nie myślę o tym.
Będę grzebać się w ziemi (uwielbiam), jeździć na rowerze, łazić po górach.
W sierpniu mam urlop nad jeziorami.
I jak znam siebie zaraz rzucę się... na druty! Choć odrobinkę, choć tyciuteńko:)
Dla czystego relaksu!

Nie macie pojęcia, jaką ulgę czuję.... Nie macie pojęcia!:)))

czwartek, 16 czerwca 2011

Szpitalne wieści, czyli pochwała anestezji:)

Z dedykacją dla Basi:)

Maluch zalogował się na oddziale otolaryngologicznym przedwczoraj rano.
Wizyty lekarskie, badania i inne wenflony nie zdołały mu ani odrobinę popsuć humoru. Mieszkał z aktualnym opiekunem (w ciągu dwóch dni przewinęła się nas piątka:) na dwuosobowej sali, jedno łóżko jego, drugie łóżko aktualnej niańki damskiej lub męskiej. Absolutny zakaz opuszczania sali ze względu na łatwość nabycia jakiejś dziadowskiej zarazy, a tego byśmy nie chcieli.

Organizował sobie czas świetnie. Spał, bawił się czym popadło, gadał jak najęty. Rzecz jasna świadomości czekających go "atrakcji" nie miał żadnej - i nie ma po dziś dzień:)))

Przedwczoraj spędzałam z nim przedoperacyjny wieczór. Nie przestawał nawijać o super panu doktorze, który był u niego i obiecał mu nazajutrz rankiem kosmiczny syrop, po którym będzie superodlot w kosmos. Obiecał mi, że zda relację z kosmicznych podróży, że wszystko dokładnie opowie, po czym dobrą godzinę wszystko, ale to wszystko było kosmiczne! Szpital był kosmiczny, karetki (miał pokój naprzeciwko SOR-u) były kosmiczne, rechotaliśmy oboje non stop dorabiając kosmiczną ideologię do wszystkiego, co nam do głowy przyszło. Na koniec do pokoju wpadł nam kosmiczny wielki komar i utopił się w kosmicznym soku stojącym w kosmicznej jednorazowej plastikowej szklance:)))

Wczoraj rano wylądowałam w pracy, przy małym wylądowała druga babcia.
Ojciec dziecka musiał w godzinach porannych zrobić ponad 200 km. Taki lajf. Wyboru nie było.
Matka dziecka musiała pracować. Tego nie skomentuję, bo jej pracodawcy mam chęć zrobić krzywdę. Na dodatek popsuła się jej komórka...
Babcia dyżurna komórki nie posiada.
Ojciec dziecka pierwszego połączenia nie odebrał, drugie (po godzinie) odrzucił, trzeciego (po kolejnych dwóch godzinach) nie odebrał...
Myślałam, że zejdę, robota mi nie szła, wieści nijakich nie było - to dopiero był kosmos!
Około 15.00 okazało się, że wszystko jest ok, mały śpi pod kroplówką, a ojciec nie odbierał... bo zmordowany podróżą i nerwami spał razem z małym:)

Wreszcie późnym popołudniem trzasnęłyśmy se z drugą babcią porządne pogaduchy i wtedy już wiedziałam wszystko:)
Kosmiczny syrop był paskudny, ale mały go przełknął bez protestu, po czym rzeczywiście odleciał i śmiał się ze wszystkiego. Zapakowany na wielkie szpitalne objazdowe wyrko skulił się w kłębuszek i trzymając babcię za rękę pojechał na chirurgię. Syrop naprawdę był kosmiczny - młody człowiek do końca miał szampański humor:) Zabieg trwał ponad 40 minut, paskudztwo wycięto, bębenki uszne nakłuto (czy coś w tym stylu), wyczyszczono co do wyczyszczenia było (chyba drenaż się to nazywa) i obudzony już kłębuszek trzymając babcię za rękę wrócił na wielkim wozie na laryngologię. Babcia odetchnęła, młodzieńca podłączono do kroplówek - resztę już znacie:)

Dziś miałam przywilej odebrania młodego ze szpitala. Stawiłam się grzecznie przed siódmą rano, jego mama schodziła z nocnej zmiany przy synku biegnąc do pracy, noc przespali spokojniutko bez nijakich pobudek. Mały rozstawał się z mamą bardzo niechętnie (to u niego rzadkość), był smutny jak siedem nieszczęść. Około 8.30 pielęgniarka przywołała nas do porządku - że zaraz wizyta i że trza pokój z lekka ogarnąć. Ja ogarniałam, mały leżał plackiem, nadal bezbrzeżnie smutny. Pytam, czy dalej smutno za mamą? Odpowiada cichutko: nieeee.... jestem głodny!

Na szczęście lekarz z wizytą przyszedł szybko, później badanie (sam ordynator, dobry fachowiec) stwierdził, że goi się jak na psie  i że mamy się zbierać do chałupy - i wreszcie przyszedł czas wielkiego  żarcia. Szpitalnej mlecznej zupy cała miska, potem kroma chleba z pasztetem, a na deser dwa serki danio! Sama bym tyle na raz nie wciągnęła:)

Poinstruowani, co i jak mamy robić dalej piernikiem zebraliśmy manatki i śmignęliśmy do domu. Mały ze dwie godziny był jakiś dziwny. Wyciszony, średnio kontaktowy, kładłam to na karb zmęczenia, narkozy, nadmiaru wrażeń... Potem zażyczył sobie kolejnej porcji żarcia i nafutrował się do imentu. Wreszcie go zapytałam, czy źle się czuje. Odpowiedział, że nie, tylko... że jest dziwnie. Zapytałam, czemu dziwnie? Odpowiedział: "wiesz, bo ja słyszę dźwięki, różne różne DŹWIĘKI!" Zrobiłam amatorski test - szeptanie na ucho, zgadywanie, co powiedziałam. Słyszał wszystko, bezbłędnie! A kiedy mu powiedziałam, że w tym szpitalu to mu chyba pan doktor naprawił uszy odpowiedział mi: "No coś Ty! To nie pan doktor, to ten kosmiczny kisiel, który jadłem!"
Bo po operacji późnym popołudniem pierwszym posiłkiem był chłodny kisiel.
Kosmiczny!:)

Więc można.
Uśmiechając się ciepło wcisnąć maluchowi bajer o kosmicznym syropie, po którym już wszystko jest kosmiczne, a jedynym przykrym szpitalnym wspomnieniem pozostaje wenflon. Bo reszty się nie pamięta, bo lekarz jest przyjazny, pielęgniarka życzliwa, a pani salowa zmieniając pościel żartuje sobie z dzieckiem.
Czuję wielką radość i wdzięczność.

Więc pochwała anestezji - niech żyją dobrzy, mądrzy "dusiciele"!
A dlaczego wpis dedykuję Basi? Bo to mądra młoda adeptka tej specjalizacji. W toku, in statu nascendi.
Mam szczęście czytać jej zakluczonego bloga.
Ileż ta dziewczyna mnie nauczyła!
I jestem pewna, że ona też podaje maluchom kosmiczne syropy:)))

P.S. Od pół godziny mam wolne - wreszcie wrócili rodzice małego.
Czuję się niczym piguła po dyżurze, choć miałam pod opieką tylko jednego pacjenta:)
P.S.2. Mały padł w domu o 13.00, wstał o 15.00, odzyskał rumieńce i szaleje, jakby nic się nie stało - nie do wiary, ile to dziecko ma siły:)))

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Zgadłam - i wygrałam!

Millu zadała pytanie, które urodziny obchodzi.
Powiedziała, że dwie piękne, pełne cyfry składają się na liczbę jej lat.
Pomyślałam.
Zaryzykowałam.
I trafiłam!

Kto zgadnie, dlaczego właśnie 37 lat dałam Millu i dlaczego trafiłam?
Zajrzyjcie na bloga Millu - tam jest opis.
I jeszcze trwa candy - dodatkowe, nie to, które ja wygrałam:)

A n mnie czeka na poczcie to:





Zdjęcia kradzione z bloga Millu - własnych jeszcze nie posiadam, nie udało mi się dzisiaj odebrać awizowanej przesyłki, dzień był długi i trudny. Mam nadzieję, że uda się jutro - Millu, wybaczysz?:)

Nawisem mówią konwalie to najukochańsze moje kwiaty i najcudowniejszy zapach.

A skoro jestem już przy głosie... Córkowy 3,5 letni synek jutro ma operację. To tylko migdałki, wiem, ale w życiu bywa różnie. Z powodu tych migdałków cierpi na niedosłuch - tak ma wszystko zawalone. Na dodatek moja córka, a jego mama ma tylko jeden dzień na bycie z dzieckiem w szpitalu. Jeśli weźmie zwolnienie grozi jej zwolnienie z pracy... Jest rozdarta i bardzo jest jej trudno. Będziemy pomagać, ale wszyscy mają w pracy sytuację na ostrzu noża, a operacji przełożyć nie można, bo niedosłuch się pogłębia i mały choruje bardzo często.

I jeszcze jedna młoda obdarzona wybitną inteligencją kobieta i wprost do niej proporcjonalnym brakiem wiary w siebie jutro rozpoczyna egzaminy na radcę prawnego. Nie ma żadnych koneksji, jest samiuteńka i bardzo się boi. Bardzo.


Te dwie osoby polecam Wam jutro - westchnijcie do Najwyższego za nimi, jako i ja prosić będę. Bardzo, bardzo Was proszę.
Będę Wam bardzo wdzięczna.
One również.

Dodane 14.06.2011

Malutek idzie pod nóż jutro rano o 8.00 - dziś się nie udało. Od rana jest na oddziale, pobyt znosi rewelacyjnie. Anestezjolog dziś mu obiecał "kosmiczny syrop" jutro o poranku, po którym poleci w kosmos. Mały nie może się doczekać:) Obiecał nam solidne sprawozdanie, jak w kosmosie było:)

Od przyszłej Pani Radczyni mam niezłe wieści - pierwszy sześciogodzinny etap poszedł nienajgorzej. Jeszcze trzy dni po 6 godzin . Bardzo przeżywa, jest w silnym stresie.

Polecam ich nadal Waszemu wstawiennictwu.
I dziękuję za wszystko!

piątek, 10 czerwca 2011

Anonsik

Rozdawajka u tuptupa:


Z braku czasu pozdrawiam ciepło/zimno (niepotrzebne skreślić zależnie od aktualnej temperatury) - i do kiedyś-tam!

sobota, 4 czerwca 2011

Meldunek z frontu

Żyję.
Dziś wróciłam z ostatniego zjazdu.
Szósty semestr zaliczony.
W planach:
- pozbierać zaległe wpisy z piątego
- pozbierać bieżące wpisy z szóstego
- dokończyć pracę dyplomową
- zaliczyć jeden zaległy egzamin

Grupa broni się w lipcu.
Ja najpewniej jesienią - wcześniej nie zdążę.
Mam wrażenie, że już na horyzonocie nieco jaśniej, że widać już koniec.
Oby się obeszło bez perturbacji w dziekanacie.

Z powodu upału ledwo żyję (nie ma to jak autostrada w aucie bez klimy przy 30 stopniach).
Dziś wieczorem zmęczona do granic byczę się przy wentylatorze do imentu.
Jutro takoż.
Pojutrze do roboty - i do pisania.

Obiecuję, że jak już skończę wszelkie egzamina blog wróci na dziewiarskie tory - obiecuję!
Ściskam wszystkich ciepło:*