są problemy - a i czasu brakuje, żeby gorliwie go szukać.
A przecież męskiego swetra na babie nie sfocę!
Trza mi na przyszłość jakiś kontrakt z modelem płci męskiej podpisać - modelkę już mam, trza chłopa poszukać:)
Tak czy siak zdjęcia jutro - choćbym miała jakiś egzemplarz z ulicy zgarnąć, przymusić i na nim sweter sfocić!
Do swetra jest też niestandardowy dodatek - zęby na nim dziś zjadłam, myślałam, że to będzie pikuś, a to był Wielki Pan Pikuś:)
Teraz dosycha w warunkach również niestandardowych - jutro wieczorem pokażę:)))
Zatem do jutra!
P.S. Ja też - ja też!!!
Warto zajrzeć tutaj, a później na wykop czy też demotywatory. Ciekawy widok.Wkrótce tak naprawdę może wyglądać internet! Albo i jeszcze gorzej.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
sobota, 21 stycznia 2012
Patrzcie tylko,
jaka akcja - u Herbimanii:)
2012 km w 2012 roku - coby się ruszać... i nie zardzewieć - my wszystkie, siedzące z drutami:)
Zapisuję się i mobilizuję do latania na kijach jeszcze bardziej niż dotąd, a jak przyjdzie sezon to może i rower tez mi będzie zaliczony? Innych też zachęcam, to naprawdę samo zdrowie!
Udzierg zakończon.
Na deskach ułożon.
Schnie.
Mogłabym fotkę nadeskową wrzucić, posiadam takową, ale... nie:)
Muszę na mężczyźnie lub na męskim manekinie - no muszę!
Dopiero wtedy będzie efekt:)
W poniedziałek będą fotki, obiecuję!
Parszywa karta sieciowa dalej strajkuje i zrywa połączenia, jak chce i kiedy chce. A prawda jest taka, że laptoka mam lipnego. I że mam już dość! Wściek osobisty doprowadzi mnie ani chybi do zakupu nowego - jak tylko będzie za co. Już chyba nawet wiem, co chcę mieć. Ino many many potrzebne:)
P.S. O plagiacie słyszałyście? Bo ja tak. Ludzie piszą "jak tak można?" No widać można.
Chyba już wszystko można!
Co nie znaczy, że się trzeba z tym zgadzać.
Ja się nie zgadzam - ja protestuję!
2012 km w 2012 roku - coby się ruszać... i nie zardzewieć - my wszystkie, siedzące z drutami:)
Zapisuję się i mobilizuję do latania na kijach jeszcze bardziej niż dotąd, a jak przyjdzie sezon to może i rower tez mi będzie zaliczony? Innych też zachęcam, to naprawdę samo zdrowie!
Udzierg zakończon.
Na deskach ułożon.
Schnie.
Mogłabym fotkę nadeskową wrzucić, posiadam takową, ale... nie:)
Muszę na mężczyźnie lub na męskim manekinie - no muszę!
Dopiero wtedy będzie efekt:)
W poniedziałek będą fotki, obiecuję!
Parszywa karta sieciowa dalej strajkuje i zrywa połączenia, jak chce i kiedy chce. A prawda jest taka, że laptoka mam lipnego. I że mam już dość! Wściek osobisty doprowadzi mnie ani chybi do zakupu nowego - jak tylko będzie za co. Już chyba nawet wiem, co chcę mieć. Ino many many potrzebne:)
P.S. O plagiacie słyszałyście? Bo ja tak. Ludzie piszą "jak tak można?" No widać można.
Chyba już wszystko można!
Co nie znaczy, że się trzeba z tym zgadzać.
Ja się nie zgadzam - ja protestuję!
czwartek, 19 stycznia 2012
Najwyższy czas
zdjąć z lewej szpalty zielony znaczek z napisem "Blog roku", choć po prawdzie dla mnie ta przygoda jeszcze się nie skończyła - z całego serca kibicuję Zorkowni i życzę autorce bloga, żeby wygrała ten konkurs. Podzielcie się, jeśli komuś kibicujecie - pięknie proszę! A tak naprawdę to ciekawa jestem, jak cholera:)))
Braliście udział - zaglądaliście na stronę konkursową, słaliście sms-y? Znaleźliście dla siebie jakieś ciekawe blogi? Ja znalazłam, już pisałam, mam je w linkach i bardzo się cieszę. Będę czytać - czytać uwielbiam, a do literatury z kategorii "z życia wzięte" ciągnie mnie najbardziej. Takie zboczenie:D
Podzielcie się, co wykopaliście w trakcie konkursu - może i ja się "zarażę" i też będę czytać:)
Dziergam - dziergam namiętnie i w tempie - muszę, czas nagli. Właściwie już kończę, udzierg będzie gotowy w sobotę i wtedy pójdzie "na deski", coby wyschnąć i nabrać właściwych kształtów. Mogłabym dziś wrzucić zajawkę, ale nie mam już sił na focenie - wybaczcie. Mam siły jedynie na zaleganie na szezlongu:)
Udzierg jest wyzwaniem - niby trochę powtórka z rozrywki, ale w zupełnie innym rozmiarze i kształcie.
Albowiem udzierg jest... męski!
Dawno nie dziergałam swetra dla mężczyzny, bardzo dawno.
No to dziergam:)
Będę musiała jeszcze dopaść jakiś męski manekin - podpowiedzcie, jak to zrobić.
Iść do sklepu i poprosić o użyczenie?
Przydałby się jakiś przystojniak, z głową i z rękami:)))
Gdzie ustrzelić takiego?
Żywy egzemplarz nie wchodzi w rachubę - nie mam na podorędziu godnego osobnika rozmiarów odpowiednich do wielkości swetra:)
P.S. Ha! Tinki narysowała dla mię:)))
Ma obiecanego kota w worku - to i jest kot!
Obłędny - i mój-ci-on:)))
Braliście udział - zaglądaliście na stronę konkursową, słaliście sms-y? Znaleźliście dla siebie jakieś ciekawe blogi? Ja znalazłam, już pisałam, mam je w linkach i bardzo się cieszę. Będę czytać - czytać uwielbiam, a do literatury z kategorii "z życia wzięte" ciągnie mnie najbardziej. Takie zboczenie:D
Podzielcie się, co wykopaliście w trakcie konkursu - może i ja się "zarażę" i też będę czytać:)
Dziergam - dziergam namiętnie i w tempie - muszę, czas nagli. Właściwie już kończę, udzierg będzie gotowy w sobotę i wtedy pójdzie "na deski", coby wyschnąć i nabrać właściwych kształtów. Mogłabym dziś wrzucić zajawkę, ale nie mam już sił na focenie - wybaczcie. Mam siły jedynie na zaleganie na szezlongu:)
Udzierg jest wyzwaniem - niby trochę powtórka z rozrywki, ale w zupełnie innym rozmiarze i kształcie.
Albowiem udzierg jest... męski!
Dawno nie dziergałam swetra dla mężczyzny, bardzo dawno.
No to dziergam:)
Będę musiała jeszcze dopaść jakiś męski manekin - podpowiedzcie, jak to zrobić.
Iść do sklepu i poprosić o użyczenie?
Przydałby się jakiś przystojniak, z głową i z rękami:)))
Gdzie ustrzelić takiego?
Żywy egzemplarz nie wchodzi w rachubę - nie mam na podorędziu godnego osobnika rozmiarów odpowiednich do wielkości swetra:)
P.S. Ha! Tinki narysowała dla mię:)))
Ma obiecanego kota w worku - to i jest kot!
Obłędny - i mój-ci-on:)))
wtorek, 17 stycznia 2012
Myślę, że...
"To była by wielka rzecz, że taki blog, o takim temacie..." - cytuję.
Ja też tak myślę. Że to byłaby wielka rzecz, gdyby ten blog stał się blogiem
roku 2011
Zajrzyjcie.
Poczytajcie.
Ja czytam prawie od roku - to skarb, prawdziwy skarb.
Startuje w kategorii "Blogi literackie", ale to jest literatura faktu.
Literatura życia.
Literatura towarzyszenia w ostatnich tygodniach, dniach życia.
Literatura piękna, najpiękniejsza.
Sms-y można słać tutaj:
Zostały jeszcze dwa dni.
Zachęcam - poczytajcie! Gwarantuję, że przyjdzie czas, kiedy wszystko co przeczytacie Wam się przyda. Nie ma innej opcji.
Poczytajcie - i głosujcie, jeśli wola i łaska.
Pomysł zareklamowania bloga zwinęłam od Joanny.
Bo to dobry pomysł!
Blog prowadzi w swojej kategorii, ale jeśli miałby walczyć o pierwsze miejsce na blogokonkursowym podium potrzebuje jeszcze sporo głosów.
Proszę Was o te głosy - sprawdźcie, naprawdę warto!
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Jest wieczór
Siedzę w kuchni, mojej nowej kuchni.
Magiczne chwile...
Nie ma jeszcze mebli, nie ma oświetlenia, włączam "remontową" silną lampę i przenośny grzejnik.
Jest pięknie.
Zamykam drzwi, jestem sama.
Na parapecie okna herbata i kieliszek półsłodkiego wina, pysznego, za grosze.
Siedzę na świeżo rozpakowanym nowym miękkim krześle, rozpakowane są dwa, reszta czeka na swój czas.
Przebieram drutami - dziergam, znowu dziergam, przyrasta mi coś dzierganego w bardzo ciekawym kontekście, ale o tym będzie osobna notka, już niedługo, naprawdę niedługo.
Słucham muzyki, sączy się SDM z nokii E-51, podarowanego mi przez Ciebie telefonu, sączy się ta muzyka powoli i jak zwykle zapada w serce - a najbardziej zapada jak zwykle "Nie Brookliński most"...
Pamiętasz? Pamiętasz, jak podarowałaś mi ten telefon, mój się zepsuł i potrzebowałam nowego, przysłałaś mi pocztą - a na nim była ta właśnie nagrana przez Ciebie muzyka... Odkryłam, pokochałam, już jest moja.
Słucham muzyki. Obok mnie, na wyciągnięcie ręki moje trzy przyjaciółki. Niespełna dwuletnia zmywarka. Ulubiona. Nowiuteńka pralka - niedroga, z pięcioletnią gwarancja producenta - świetna. I lodówka, też nowa, z systemem "no frost" i wszystkimi śmiesznymi pomrukami, jaki ten system generuje. Wsłuchuję się w te odgłosy. Cieszę się, jestem tu i teraz...
Słucham muzyki. We mnie cisza i harmonia - po długich trudnych remontowych dniach wreszcie w środku pokój, wreszcie słyszę siebie... I nagle pojawia się tęsknota - ogromna, dojmująca.
Jeszcze tydzień, dwa - i kuchnia będzie skończona.
Za dwa - trzy tygodnie następne etapy prac remontowych. Kiedyś się przecież skończą, już w to wierzę.
Tęsknię za Tobą...
Obiecaj mi, obiecaj, że przyjdzie czas, kiedy pokonasz te 500 km i przyjedziesz, kiedy usiądziemy późnym wieczorem w tej bardzo mojej, sercu bliskiej kuchni i przebierając drutami przegadamy pół nocy - albo i całą...?
Kiedy Ci ją pokażę i wiem, przecież wiem, że zamiast mi zazdrościć podzielisz moją radość - że po tylu latach wreszcie jest tak, jak trzeba. Że wreszcie mogłam sobie na to pozwolić...
Mam nadzieję, że kiedy przyjedziesz w moim mieszkaniu nie będzie już pomieszczeń, których będę musiała się wstydzić, pomieszczeń latami nie remontowanych - bo nie było za co... Że pokażę Ci z radością każdy kąt i napijemy się na okoliczność czegoś dobrego, procentowego - z radości i ku czci:)
Już późno.
Pakuję włóczkę, dzianinę i druty, wyłączam muzykę. Wyłączam lampę. Trzeba iść spać, ale wcześniej chcę napisać na blogu parę słów.
Przyjaciółki moje dziś odpoczywają - za wyjątkiem lodówki, ona ma robotę non stop.
Cisza, błogosławiona cisza w sercu i tęsknota we mnie pozostają.
Przyjedź.
Przyjedź - kiedy już przyjdzie czas...
Proszę.
Magiczne chwile...
Nie ma jeszcze mebli, nie ma oświetlenia, włączam "remontową" silną lampę i przenośny grzejnik.
Jest pięknie.
Zamykam drzwi, jestem sama.
Na parapecie okna herbata i kieliszek półsłodkiego wina, pysznego, za grosze.
Siedzę na świeżo rozpakowanym nowym miękkim krześle, rozpakowane są dwa, reszta czeka na swój czas.
Przebieram drutami - dziergam, znowu dziergam, przyrasta mi coś dzierganego w bardzo ciekawym kontekście, ale o tym będzie osobna notka, już niedługo, naprawdę niedługo.
Słucham muzyki, sączy się SDM z nokii E-51, podarowanego mi przez Ciebie telefonu, sączy się ta muzyka powoli i jak zwykle zapada w serce - a najbardziej zapada jak zwykle "Nie Brookliński most"...
Pamiętasz? Pamiętasz, jak podarowałaś mi ten telefon, mój się zepsuł i potrzebowałam nowego, przysłałaś mi pocztą - a na nim była ta właśnie nagrana przez Ciebie muzyka... Odkryłam, pokochałam, już jest moja.
Słucham muzyki. Obok mnie, na wyciągnięcie ręki moje trzy przyjaciółki. Niespełna dwuletnia zmywarka. Ulubiona. Nowiuteńka pralka - niedroga, z pięcioletnią gwarancja producenta - świetna. I lodówka, też nowa, z systemem "no frost" i wszystkimi śmiesznymi pomrukami, jaki ten system generuje. Wsłuchuję się w te odgłosy. Cieszę się, jestem tu i teraz...
Słucham muzyki. We mnie cisza i harmonia - po długich trudnych remontowych dniach wreszcie w środku pokój, wreszcie słyszę siebie... I nagle pojawia się tęsknota - ogromna, dojmująca.
Jeszcze tydzień, dwa - i kuchnia będzie skończona.
Za dwa - trzy tygodnie następne etapy prac remontowych. Kiedyś się przecież skończą, już w to wierzę.
Tęsknię za Tobą...
Obiecaj mi, obiecaj, że przyjdzie czas, kiedy pokonasz te 500 km i przyjedziesz, kiedy usiądziemy późnym wieczorem w tej bardzo mojej, sercu bliskiej kuchni i przebierając drutami przegadamy pół nocy - albo i całą...?
Kiedy Ci ją pokażę i wiem, przecież wiem, że zamiast mi zazdrościć podzielisz moją radość - że po tylu latach wreszcie jest tak, jak trzeba. Że wreszcie mogłam sobie na to pozwolić...
Mam nadzieję, że kiedy przyjedziesz w moim mieszkaniu nie będzie już pomieszczeń, których będę musiała się wstydzić, pomieszczeń latami nie remontowanych - bo nie było za co... Że pokażę Ci z radością każdy kąt i napijemy się na okoliczność czegoś dobrego, procentowego - z radości i ku czci:)
Już późno.
Pakuję włóczkę, dzianinę i druty, wyłączam muzykę. Wyłączam lampę. Trzeba iść spać, ale wcześniej chcę napisać na blogu parę słów.
Przyjaciółki moje dziś odpoczywają - za wyjątkiem lodówki, ona ma robotę non stop.
Cisza, błogosławiona cisza w sercu i tęsknota we mnie pozostają.
Przyjedź.
Przyjedź - kiedy już przyjdzie czas...
Proszę.
piątek, 13 stycznia 2012
No właśnie!
Pamiętacie ten szal?
Ten, o ten?
To cudo wylosowane moje-ci-one?
Noszę to w pracy. Okrywam się, spinam piękną spinką, otulam siebie.
Grzeje pięknie... i robi wrażenie jak cholera - bo jest prześliczne!
Skąd to masz - pytają? Ile kosztowało?
Mówię, skąd mam - i mówię, że mnie - nic:)
Więc pytają, ile by kosztowało, gdyby chcieć taki zamówić.
Odpowiadam.
O luuudzie! Tak drogo??? No wiesz!
I tu chcę przekierować moich czytelników do posta opublikowanego w tym miejscu. Kompletne, trafione w dziesiątkę uzasadnienie. Rękodzieło to unikat, rękodzieło to oryginał - rękodzieło kosztować musi i kosztować będzie! A szal, który mam wart jest naprawdę wiele. Wspaniała wełna. Cudne wykonanie. Pomysł!!! A nawet jeszcze więcej, bo jest zrobiony wzorem, który jest własnością autorki. Czyli jest patentem.
Rękodzielniczki wszystkich krajów - ceńcie się! Ceńcie. Warto! I trzeba, koniecznie.
Autorka rzeczonego szala napisała dziś na swoim blogu coś, co przekleję jako sentencję, z którą się w całości zgadzam i pod którą podpisuję:
"Jeżeli człowiek walczy samotnie przez 20 lat, to może przegapić moment, że... właśnie skończył"
To w kwestii mojej choroby - przegapiłam ten moment, nie zauważyłam, jak słowo daję:) Dobrze, że medyk mi o tym powiedział!
I drugie zdanie - tym razem z bloga Joanny:
"Opanowałam do perfekcji przekuwanie gówien w sukces"
Perła czystej wody! Non stop się tego uczę, przekuwania gówien znaczy, idzie mi średnio, ale robię postępy i nie zamierzam przestać - w tej dziedzinie i Chustka i Devorgilla są moimi mistrzyniami. I opanuję, jak słowo daję - opanuję do perfekcji! To przekuwanie. I tegoż samego Wam wszystkim życzę.
We wszystkim, co wydaje się trudne i nie do przejścia jest zawsze drugie dno - wielką sztuką jest móc zobaczyć... tę drugą, wcale nie gorszą stronę medalu:)
P.S. W konkursie na blog roku mam już dwie kulki - hurra, dziękuję!:***
Ten, o ten?
To cudo wylosowane moje-ci-one?
Noszę to w pracy. Okrywam się, spinam piękną spinką, otulam siebie.
Grzeje pięknie... i robi wrażenie jak cholera - bo jest prześliczne!
Skąd to masz - pytają? Ile kosztowało?
Mówię, skąd mam - i mówię, że mnie - nic:)
Więc pytają, ile by kosztowało, gdyby chcieć taki zamówić.
Odpowiadam.
O luuudzie! Tak drogo??? No wiesz!
I tu chcę przekierować moich czytelników do posta opublikowanego w tym miejscu. Kompletne, trafione w dziesiątkę uzasadnienie. Rękodzieło to unikat, rękodzieło to oryginał - rękodzieło kosztować musi i kosztować będzie! A szal, który mam wart jest naprawdę wiele. Wspaniała wełna. Cudne wykonanie. Pomysł!!! A nawet jeszcze więcej, bo jest zrobiony wzorem, który jest własnością autorki. Czyli jest patentem.
Rękodzielniczki wszystkich krajów - ceńcie się! Ceńcie. Warto! I trzeba, koniecznie.
Autorka rzeczonego szala napisała dziś na swoim blogu coś, co przekleję jako sentencję, z którą się w całości zgadzam i pod którą podpisuję:
"Jeżeli człowiek walczy samotnie przez 20 lat, to może przegapić moment, że... właśnie skończył"
To w kwestii mojej choroby - przegapiłam ten moment, nie zauważyłam, jak słowo daję:) Dobrze, że medyk mi o tym powiedział!
I drugie zdanie - tym razem z bloga Joanny:
"Opanowałam do perfekcji przekuwanie gówien w sukces"
Perła czystej wody! Non stop się tego uczę, przekuwania gówien znaczy, idzie mi średnio, ale robię postępy i nie zamierzam przestać - w tej dziedzinie i Chustka i Devorgilla są moimi mistrzyniami. I opanuję, jak słowo daję - opanuję do perfekcji! To przekuwanie. I tegoż samego Wam wszystkim życzę.
We wszystkim, co wydaje się trudne i nie do przejścia jest zawsze drugie dno - wielką sztuką jest móc zobaczyć... tę drugą, wcale nie gorszą stronę medalu:)
P.S. W konkursie na blog roku mam już dwie kulki - hurra, dziękuję!:***
czwartek, 12 stycznia 2012
Minęła dwunasta, a ja nie mam karty!
Sieciowej.
Albo sterownika!
Piernik wie.
W każdym razie w chacie mam beznecie w związku ze związkiem.
A jaki z kolei ma związek z powyższym ma minięta godzina 12.00??
Ano właśnie skończył się etap zgłaszania blogów do konkursu, a za trzy godziny znaczy o 15.00 rozpocznie się etap głosowania.
Więc po godzinie12.00 nastanie niewątpliwie 15.00, a ja zostanę bez możliwości podglądania, głosowania i bez możliwości netowych w ogóle.
To dopiero złośliwość losu czy innych rzeczy martwych. - jasny gwint!
Garść informacji:
Albo sterownika!
Piernik wie.
W każdym razie w chacie mam beznecie w związku ze związkiem.
A jaki z kolei ma związek z powyższym ma minięta godzina 12.00??
Ano właśnie skończył się etap zgłaszania blogów do konkursu, a za trzy godziny znaczy o 15.00 rozpocznie się etap głosowania.
Więc po godzinie12.00 nastanie niewątpliwie 15.00, a ja zostanę bez możliwości podglądania, głosowania i bez możliwości netowych w ogóle.
To dopiero złośliwość losu czy innych rzeczy martwych. - jasny gwint!
Garść informacji:
Generalnie chodzi o to - klik w obrazek:)
Mój szczęśliwy numerek - A00281
(to są zera a nie "O":)
Ślemy sms-y. Jeszcze nie wiem, na jaki numer i ile kosztują.
Napiszę, jak... napiszą:)
Z jednego telefonu można oddać 1 głos na dany blog.
Sms-y z operatorów działających w Polsce - Era, Plus, Orange i Play.
Jak jeszcze miałam sprawnego laptoka polatałam sobie trochę po blogach konkursowych i stwierdziłam, że moje szanse są niewielkie. Za dużo dobrych blogów zgłosiło się w tym roku!:) Oczywiście nie zamierzam płakać w chusteczkę - raczej cieszę się, że jest co poczytać i jest w czym wybierać.
Już wiem, na kogo zagłosuję w mojej kategorii - i nie będę to ja:) Nie wiem tylko, czy mi wolno o tym pisać - na razie będę siedzieć cicho, coby mnie cichcem z konkursu nie wywalili.
Poczytajcie blogi konkursowe, poszukajcie tych najciekawszych - naprawdę warto!
I głosujcie - jeśli wola i łaska to na mnie, jeśli nie - to na tego, kto w serce czy w oko wpadnie.
Ja głosuję co roku i co roku świetnie się bawię - największe emocje były wtedy, kiedy w konkursie startowała zimno - tutaj jest jej pierwszy blog, a od pewnego czasu pisuje równolegle tutaj, w nowym miejscu. Działo się wtedy, oj działo! Zimno wygrała w swojej kategorii i w kategorii "blog roku". I do dziś się dzieje - uwielbiam tam bywać:) Czytelniczką zimnobloga jestem od 10 lat, jeśli dobrze policzyłam. Z tego miejsca kłaniam się zimnu i serdecznie pozdrawiam!:)
Serdeczności ślę wszystkim... i ciekawa jestem jak dziecko, co będzie dalej.
Z tym konkursem znaczy:)))
piątek, 6 stycznia 2012
Ekshibicjonizm
Będzie dłużyzna - lojalnie ostrzegam, uprzedzam i w ogóle. Żeby nie było:)
Osobników żądnych doznań udziergowych uprzejmie zawiadamiam, że:
Rzecz będzie o szczęściu. O jego doświadczaniu. O mojej do niego drodze. Napiszę, a co. Bo może trafi tu ktoś szczęśliwy i się z tym, co napiszę zidentyfikuje, a może trafi nieszczęśliwy - i skorzysta. Nie napiszę o recepcie na szczęście, bo recepty nie ma. Napiszę przede wszystkim o sobie. Myślę jednak, że część z tego, co napiszę jest dla każdego.
Odkąd siebie pamiętam byłam człowiekiem nieszczęśliwym. Taki stan najbardziej dotykał mnie w młodości, tej nastoletniej. Nigdy w życiu nie chciałabym wrócić do tamtych lat. Poczucie nieszczęścia było doznaniem niemalże fizycznym - choć nikt, kto na mnie patrzył nie mógł się tego domyślić. Mogli najbliżsi, no ale... się nie domyślili. Któż by się w tamtych czasach zajmował emocjonalnością nastolatki... Byłam nadąsana, nadęta. To słyszałam. Bolało.
Szczęścia doświadczałam okazjonalnie - a to zakochując się, a to przeżywając coś mocno i głęboko. Od czasu do czasu. Poczucie nieszczęścia wracało jednak z prędkością światła. Na domiar złego nie mając głębszego kontaktu ze swoimi emocjami nie mogłam dojść, co jest owego stanu przyczyną. Czułam się skazana na taki stan, byłam rybą, która żyje w wodzie i nie wie, że w niej żyje - no, może czasem patrząc ze swojego akwarium na inne światy widzi, że niektórzy mają inaczej.
Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, szczęście bujało się niczym na huśtawce - raz było, raz nie było...
I wtedy poznałam MIŁOŚĆ. I nie piszę tu o człowieku. Doświadczyłam jej, poczułam - dotarło do mnie, że tej pustki, jaka we mnie była, tego głodu nie zaspokoiłby przenigdy żaden człowiek, bo nie ludzka to rzecz.
I przez kilka tygodni pławiłam się w Szczęściu - i myślałam, że tak już będzie zawsze...
Nic bardzie mylnego. Szczęście się schowało, Miłość się ukryła (mądra ta Miłość), a ze mnie zaczęła wychodzić PRAWDA. Że moją drugą naturą jest notoryczne zamartwianie się o wszystko. Że marudzę i narzekam, że ciągle jest mi ciężko, że koncentruję się na tym czego nie mam, a nie na tym, co mam (sfery materialnej to nie dotyczyło). Że jestem na najlepszej drodze do totalnego zgorzknienia.
Że cudze nastroje mają na mnie ogromny wpływ, że jestem gąbką emocjonalną i chłonę wszystko hiperempatycznie, a przy okazji żyję cudzym życiem - nie swoim...
Wtedy zachorowałam. Poważnie. Choroba miała związek z moim głębokim poczuciem nieszczęścia...Choroba była trudna do zniesienia, nie pozwalała żyć, a żyć trzeba było. Dziś jestem świadoma, że często pozostawałam w bezpośrednim zagrożeniu życia i że tak naprawdę prawie nie miałam szans, żeby z tego wyjść. Tylko... tylko nikt mi o tym nie powiedział. I dobrze zrobił, bo umarłabym ze strachu! Trafiłam na mądrego lekarza. Kilkoma ostrymi słowami postawił mnie do pionu. Nienawidziłam go wtedy, czułam się bardzo skrzywdzona. Od lat noszę w sobie wdzięczność - za tamten czas i tamte słowa. Bo później już nikt więcej tego mi nie powiedział. A bez tych słów nie wyzdrowiałabym...
Choroba stała się wyzwaniem. Przymusiła mnie do katorżniczej pracy - to wtedy zaczęłam poznawać opisaną wyżej PRAWDĘ, latami, powoli. Miłość czuwała nad tym, żeby prawda mnie nie zabiła. Ileż tego było...
Miłość postawiła na drodze kilka mądrych osób. Jedna z nich wyśmiała martwienie się mówiąc, że to strata czasu i że niczego nie zmieni. Dla mnie to było jak objawienie! Wytępiłam martwienie się jak zarazę dziką. Mogę cierpieć, mogę płakać, mogę się wściekać - nie martwię się już nigdy. W trakcie walki z chorobą przytrafiła się rodzinna tragedia, sytuacja, na którą nie miałam wpływu i z którą nic nie mogłam zrobić - paradoksalnie to ona uwolniła mnie ostatecznie. Cierpiąc jak zwierzę, gryząc z bólu pazury i przerabiając temat przez 4 lata doszłam do wniosku, że jeśli przeżyłam TO - to przeżyję wszystko.
Latami tępiłam narzekanie. Szkoliłam koncentrację na tym, co mam, a mam naprawdę dużo - i moja szklanka stała się do połowy pełna, a chwilami przepełniona! Wysłałam na księżyc zgorzknienie - wysyłałam kilkakrotnie, bo cholera wracała jak bumerang. Któregoś razu nie wróciła:) I nauczyłam się cieszyć z tego, co mam - i wreszcie nauczyłam się pokornie za to dziękować.
Chorowałam 18 lat - i cały czas walczyłam. Wyzwaniem był każdy dzień, po prostu trzeba go było przeżyć i podołać obowiązkom. Lekarz, ten pierwszy stanowczo mi zabronił o chorobie z kimkolwiek rozmawiać. Z KIMKOLWIEK - z mężem też! Taka postawa była dla mnie bardzo trudna, ale tak naprawdę mnie uratowała. Popełniałam też błędy - ponieważ poznałam MIŁOŚĆ więc pełną parą poszłam w duchowość. Przesadziłam - dziś mogę powiedzieć, że przesadziłam i że w tym wszystkim zabrakło równowagi. Ta przesada nie była dla mnie dobra, ale wyciągałam wnioski i szłam dalej. Później dołączyłam poznawanie własnej emocjonalności - wygrzebywałam z podświadomości zakopane problemy, zadawnione zaropiałe rany, odkrywałam totalny brak akceptacji siebie i głody uczuć, o których mi się nie śniło. Powierzałam przeszłość Miłości, a ona ją leczyła. Tak było. Tego mi nikt z pamięci i z serca nie wyrwie.
Kiedy około 16 roku choroby poczułam się dużo lepiej zaczęłam odkrywać sport. Koń by się uśmiał, nieprawdaż? Niestety w szkole byłam cieniasem - liczył się skok wzwyż, w dal, przez kozła i czas na setkę, w tym byłam cienka. Reszta nie miała znaczenia, gier zespołowych nie było. I miałam przekonanie, że do wielu rzeczy mogę się nadawać, ale nie do sportu! To była ogromna trauma - dziś tak na to patrzę.
Najpierw odkryłam rower, dużo jeździł mąż, kiedy dzieci zaczęły żyć nastoletnim życiem zaczęłam jeździć i ja. Pierwsze 10 km - katorga, pot, krew i łzy - i nigdy więcej! Później kupiłam sobie swój pierwszy rower... do dziś go mam. I przyszedł rok, kiedy zrobiłam na tym rowerze ponad 2 tysiące kilometrów, a później rok, w którym zdobyłam na tym rowerze Stóg Izerski! To był piękny rok:) Dziś 60 km dziennie nie robi na mnie większego wrażenia:)
Później przyszła amatorska siatkówka, początki były żałosne, ale poszło! Walczyłam jak lwica, orłem nie jestem - ale gram i będę grać:) Doszła siłownia (czasem, bez przesady), doszły kije Nordic Walking, wreszcie doszły warsztaty taneczne dla kobiet - moja ostatnia miłość:) Ruch stał się w moim życiu bardzo ważny.
Miałam więc już duchowość, miałam połapaną emocjonalność, miałam sport. Równolegle trwało ostre szkolenie umiejętności interpersonalnych i relacyjnych - emocjonalna gąbka poznawała swoją zdolność do toksyczności, swój brak asertywności, nieumiejętność odczuwania i wyrażania gniewu... I tutaj Miłość postawiła na mojej drodze pewną młodą blond istotę, którą znałam od lat, która latami uczyła się ode mnie, a od której teraz zaczęłam się uczyć ja. Będąc sobie bardzo bliskie "trenowałyśmy" na sobie w ogniu walki, w życiu, w sytuacjach nie mieszczących się nam w głowie. Trzeba je było razem przejść, trzeba je było pokonać i zwyciężyć, straszliwym kosztem. Śmiałyśmy się i płakałyśmy, traciłyśmy wiarę i wpadałyśmy w rozpacz, aby znów podnieść się i walczyć... Póki walka dotyczyła "sprawy" było ok, ale przyszedł czas, że zaczęłyśmy walczyć ze sobą. Było ostro, było tak boleśnie, że miałam ochotę odejść i zapomnieć, bywały 2 miesiące przerwy w kontaktach - bo tak musiało być...
Kuźnia relacji, niezapomniane warsztaty, wielkie błogosławieństwo - a dziś ogromna wolność, głęboka miłość dana przez Miłość - i radość, że udało się wygrać i że można nad relacją z człowiekiem TAK pracować. Warunek jest jeden - obie strony muszą chcieć, a w tym przypadku tak było:)
Po latach widzę i czuję, że warto było przez to wszystko przejść. MIŁOŚĆ kochając mnie dała niesamowite, bezdenne poczucie bezpieczeństwa i świadomość , że JEST. Po latach jest to stan constans. Na tym opiera się całe moje życie - i moje szczęście. MIŁOŚĆ jest jego fundamentem.
A ponieważ dom to nie tylko fundament, więc moje szczęście oprócz Miłości to również ludzie - najbliższa rodzina, przyjaciele (kobiety! cudowne, kochane kobiety!), to sport, taniec i dzierganie, łażenie po górach, zapach uprawianej ziemi i nieustanne coroczne zdziwienie, że kiedy wrzucam w czarną glebę ziarenka to później wyłażą małe zielone kiełki:) Nigdy nie wierzę, a zawsze wyłażą!:)
Po wielu latach czuję się wewnętrznie scalona, spójna. Mam świadomość, że jeśli sama mojego szczęścia pielęgnować nie będę to odejdzie. Skłonność do łatwizny gdzieś się we mnie tli - czasem trzeba wbrew sobie ruszyć tyłek, żeby wyjść do ludzi, wsiąść na rower, pojechać na mecz. Ale umiem też coraz częściej być szczęśliwa sama ze sobą - na siłownię latam sama i sama tam ćwiczę (mam taką możliwość) i na kijach też:) Ileż wtedy można spraw przemyśleć, ile poukładać...
Czemu o tym piszę...? Bo świętuję zwycięstwo!
Bo niedawno lekarz mnie wyrzucił mówiąc, że jestem zdrowa!
A nastawiałam się na chorowanie przez całe życie - jak pisałam szanse miałam małe.
Bo stałam się pasjonatką życia, bo umiem już śmiać się głośno i płakać do imentu, bo umiem czuć i wyrażać gniew i rzucać piorunami, kiedy trzeba. Bo żyję, żyję - a mogło mnie nie być - i nie mam tu na myśli autodestrukcji.
Bo wreszcie kocham siebie - taką jaką jestem. Bo wiem, jak jestem, bo znam swoje jasne i ciemne strony, bo nie boję się prawdy. O sobie. Bo pracuję nad sobą, bo moje życie jest dynamiczne. A ja nie cierpię się nudzić:)))
"Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" - znacie to, wiecie skąd, prawda?
A jak możesz kochać, jeśli siebie nie kochasz?
A czymże jest miłość, jeśli nie uszczęśliwianiem drugiego człowieka?
Zarażaniem szczęściem?
A jak możesz uszczęśliwiać nie będąc szczęśliwym...?
Najpierw siebie samego - inaczej się nie da! Nieszczęśliwy będzie unieszczęśliwiał, szczęśliwy swoje szczęście poniesie i będzie uszczęśliwiał.
Dlatego spróbuj o siebie zadbać - i powalcz o swoje szczęście.
Swoje - osobiste, wewnętrzne, prywatne, niezależne od innych.
Jest jedno ryzyko. Nieszczęśliwi nie lubią szczęśliwych, szczęście budzi zazdrość, bezinteresowną i często okrutną. Rodzi się chęć zniszczenia szczęścia tego, który jest szczęśliwy... Doświadczam tego. Taka jest cena.
W myśl zasady, że co nie zabije to wzmocni - dalej jestem szczęśliwa i zamierzam taka być:)
P.S. Osobiste ewentualne pytania do mię - tylko na maila:)
I napiszcie - napiszcie, jak z Waszym szczęściem lub nieszczęściem, jaką mieliście drogę...
Tutaj - albo na maila:)
Pogadajmy - po prostu pogadajmy!
Osobników żądnych doznań udziergowych uprzejmie zawiadamiam, że:
- Mam na drutach duży projekt i mam go już całkiem sporo;
- Nie wiem, gdzie mam aparat (dobrze, że ciągle jeszcze wiem, gdzie mam bieliznę osobistą, torebkę i buty:);
- Szukanie onego będzie się równało szukaniu igły w stogu siana, w związku ze związkiem nie mogę sfocić tworzonego udziergu;
- Musicie mi uwierzyć na słowo... i znieść kolejny post nie - udziergowy:)
Rzecz będzie o szczęściu. O jego doświadczaniu. O mojej do niego drodze. Napiszę, a co. Bo może trafi tu ktoś szczęśliwy i się z tym, co napiszę zidentyfikuje, a może trafi nieszczęśliwy - i skorzysta. Nie napiszę o recepcie na szczęście, bo recepty nie ma. Napiszę przede wszystkim o sobie. Myślę jednak, że część z tego, co napiszę jest dla każdego.
Odkąd siebie pamiętam byłam człowiekiem nieszczęśliwym. Taki stan najbardziej dotykał mnie w młodości, tej nastoletniej. Nigdy w życiu nie chciałabym wrócić do tamtych lat. Poczucie nieszczęścia było doznaniem niemalże fizycznym - choć nikt, kto na mnie patrzył nie mógł się tego domyślić. Mogli najbliżsi, no ale... się nie domyślili. Któż by się w tamtych czasach zajmował emocjonalnością nastolatki... Byłam nadąsana, nadęta. To słyszałam. Bolało.
Szczęścia doświadczałam okazjonalnie - a to zakochując się, a to przeżywając coś mocno i głęboko. Od czasu do czasu. Poczucie nieszczęścia wracało jednak z prędkością światła. Na domiar złego nie mając głębszego kontaktu ze swoimi emocjami nie mogłam dojść, co jest owego stanu przyczyną. Czułam się skazana na taki stan, byłam rybą, która żyje w wodzie i nie wie, że w niej żyje - no, może czasem patrząc ze swojego akwarium na inne światy widzi, że niektórzy mają inaczej.
Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, szczęście bujało się niczym na huśtawce - raz było, raz nie było...
I wtedy poznałam MIŁOŚĆ. I nie piszę tu o człowieku. Doświadczyłam jej, poczułam - dotarło do mnie, że tej pustki, jaka we mnie była, tego głodu nie zaspokoiłby przenigdy żaden człowiek, bo nie ludzka to rzecz.
I przez kilka tygodni pławiłam się w Szczęściu - i myślałam, że tak już będzie zawsze...
Nic bardzie mylnego. Szczęście się schowało, Miłość się ukryła (mądra ta Miłość), a ze mnie zaczęła wychodzić PRAWDA. Że moją drugą naturą jest notoryczne zamartwianie się o wszystko. Że marudzę i narzekam, że ciągle jest mi ciężko, że koncentruję się na tym czego nie mam, a nie na tym, co mam (sfery materialnej to nie dotyczyło). Że jestem na najlepszej drodze do totalnego zgorzknienia.
Że cudze nastroje mają na mnie ogromny wpływ, że jestem gąbką emocjonalną i chłonę wszystko hiperempatycznie, a przy okazji żyję cudzym życiem - nie swoim...
Wtedy zachorowałam. Poważnie. Choroba miała związek z moim głębokim poczuciem nieszczęścia...Choroba była trudna do zniesienia, nie pozwalała żyć, a żyć trzeba było. Dziś jestem świadoma, że często pozostawałam w bezpośrednim zagrożeniu życia i że tak naprawdę prawie nie miałam szans, żeby z tego wyjść. Tylko... tylko nikt mi o tym nie powiedział. I dobrze zrobił, bo umarłabym ze strachu! Trafiłam na mądrego lekarza. Kilkoma ostrymi słowami postawił mnie do pionu. Nienawidziłam go wtedy, czułam się bardzo skrzywdzona. Od lat noszę w sobie wdzięczność - za tamten czas i tamte słowa. Bo później już nikt więcej tego mi nie powiedział. A bez tych słów nie wyzdrowiałabym...
Choroba stała się wyzwaniem. Przymusiła mnie do katorżniczej pracy - to wtedy zaczęłam poznawać opisaną wyżej PRAWDĘ, latami, powoli. Miłość czuwała nad tym, żeby prawda mnie nie zabiła. Ileż tego było...
Miłość postawiła na drodze kilka mądrych osób. Jedna z nich wyśmiała martwienie się mówiąc, że to strata czasu i że niczego nie zmieni. Dla mnie to było jak objawienie! Wytępiłam martwienie się jak zarazę dziką. Mogę cierpieć, mogę płakać, mogę się wściekać - nie martwię się już nigdy. W trakcie walki z chorobą przytrafiła się rodzinna tragedia, sytuacja, na którą nie miałam wpływu i z którą nic nie mogłam zrobić - paradoksalnie to ona uwolniła mnie ostatecznie. Cierpiąc jak zwierzę, gryząc z bólu pazury i przerabiając temat przez 4 lata doszłam do wniosku, że jeśli przeżyłam TO - to przeżyję wszystko.
Latami tępiłam narzekanie. Szkoliłam koncentrację na tym, co mam, a mam naprawdę dużo - i moja szklanka stała się do połowy pełna, a chwilami przepełniona! Wysłałam na księżyc zgorzknienie - wysyłałam kilkakrotnie, bo cholera wracała jak bumerang. Któregoś razu nie wróciła:) I nauczyłam się cieszyć z tego, co mam - i wreszcie nauczyłam się pokornie za to dziękować.
Chorowałam 18 lat - i cały czas walczyłam. Wyzwaniem był każdy dzień, po prostu trzeba go było przeżyć i podołać obowiązkom. Lekarz, ten pierwszy stanowczo mi zabronił o chorobie z kimkolwiek rozmawiać. Z KIMKOLWIEK - z mężem też! Taka postawa była dla mnie bardzo trudna, ale tak naprawdę mnie uratowała. Popełniałam też błędy - ponieważ poznałam MIŁOŚĆ więc pełną parą poszłam w duchowość. Przesadziłam - dziś mogę powiedzieć, że przesadziłam i że w tym wszystkim zabrakło równowagi. Ta przesada nie była dla mnie dobra, ale wyciągałam wnioski i szłam dalej. Później dołączyłam poznawanie własnej emocjonalności - wygrzebywałam z podświadomości zakopane problemy, zadawnione zaropiałe rany, odkrywałam totalny brak akceptacji siebie i głody uczuć, o których mi się nie śniło. Powierzałam przeszłość Miłości, a ona ją leczyła. Tak było. Tego mi nikt z pamięci i z serca nie wyrwie.
Kiedy około 16 roku choroby poczułam się dużo lepiej zaczęłam odkrywać sport. Koń by się uśmiał, nieprawdaż? Niestety w szkole byłam cieniasem - liczył się skok wzwyż, w dal, przez kozła i czas na setkę, w tym byłam cienka. Reszta nie miała znaczenia, gier zespołowych nie było. I miałam przekonanie, że do wielu rzeczy mogę się nadawać, ale nie do sportu! To była ogromna trauma - dziś tak na to patrzę.
Najpierw odkryłam rower, dużo jeździł mąż, kiedy dzieci zaczęły żyć nastoletnim życiem zaczęłam jeździć i ja. Pierwsze 10 km - katorga, pot, krew i łzy - i nigdy więcej! Później kupiłam sobie swój pierwszy rower... do dziś go mam. I przyszedł rok, kiedy zrobiłam na tym rowerze ponad 2 tysiące kilometrów, a później rok, w którym zdobyłam na tym rowerze Stóg Izerski! To był piękny rok:) Dziś 60 km dziennie nie robi na mnie większego wrażenia:)
Później przyszła amatorska siatkówka, początki były żałosne, ale poszło! Walczyłam jak lwica, orłem nie jestem - ale gram i będę grać:) Doszła siłownia (czasem, bez przesady), doszły kije Nordic Walking, wreszcie doszły warsztaty taneczne dla kobiet - moja ostatnia miłość:) Ruch stał się w moim życiu bardzo ważny.
Miałam więc już duchowość, miałam połapaną emocjonalność, miałam sport. Równolegle trwało ostre szkolenie umiejętności interpersonalnych i relacyjnych - emocjonalna gąbka poznawała swoją zdolność do toksyczności, swój brak asertywności, nieumiejętność odczuwania i wyrażania gniewu... I tutaj Miłość postawiła na mojej drodze pewną młodą blond istotę, którą znałam od lat, która latami uczyła się ode mnie, a od której teraz zaczęłam się uczyć ja. Będąc sobie bardzo bliskie "trenowałyśmy" na sobie w ogniu walki, w życiu, w sytuacjach nie mieszczących się nam w głowie. Trzeba je było razem przejść, trzeba je było pokonać i zwyciężyć, straszliwym kosztem. Śmiałyśmy się i płakałyśmy, traciłyśmy wiarę i wpadałyśmy w rozpacz, aby znów podnieść się i walczyć... Póki walka dotyczyła "sprawy" było ok, ale przyszedł czas, że zaczęłyśmy walczyć ze sobą. Było ostro, było tak boleśnie, że miałam ochotę odejść i zapomnieć, bywały 2 miesiące przerwy w kontaktach - bo tak musiało być...
Kuźnia relacji, niezapomniane warsztaty, wielkie błogosławieństwo - a dziś ogromna wolność, głęboka miłość dana przez Miłość - i radość, że udało się wygrać i że można nad relacją z człowiekiem TAK pracować. Warunek jest jeden - obie strony muszą chcieć, a w tym przypadku tak było:)
Po latach widzę i czuję, że warto było przez to wszystko przejść. MIŁOŚĆ kochając mnie dała niesamowite, bezdenne poczucie bezpieczeństwa i świadomość , że JEST. Po latach jest to stan constans. Na tym opiera się całe moje życie - i moje szczęście. MIŁOŚĆ jest jego fundamentem.
A ponieważ dom to nie tylko fundament, więc moje szczęście oprócz Miłości to również ludzie - najbliższa rodzina, przyjaciele (kobiety! cudowne, kochane kobiety!), to sport, taniec i dzierganie, łażenie po górach, zapach uprawianej ziemi i nieustanne coroczne zdziwienie, że kiedy wrzucam w czarną glebę ziarenka to później wyłażą małe zielone kiełki:) Nigdy nie wierzę, a zawsze wyłażą!:)
Po wielu latach czuję się wewnętrznie scalona, spójna. Mam świadomość, że jeśli sama mojego szczęścia pielęgnować nie będę to odejdzie. Skłonność do łatwizny gdzieś się we mnie tli - czasem trzeba wbrew sobie ruszyć tyłek, żeby wyjść do ludzi, wsiąść na rower, pojechać na mecz. Ale umiem też coraz częściej być szczęśliwa sama ze sobą - na siłownię latam sama i sama tam ćwiczę (mam taką możliwość) i na kijach też:) Ileż wtedy można spraw przemyśleć, ile poukładać...
Czemu o tym piszę...? Bo świętuję zwycięstwo!
Bo niedawno lekarz mnie wyrzucił mówiąc, że jestem zdrowa!
A nastawiałam się na chorowanie przez całe życie - jak pisałam szanse miałam małe.
Bo stałam się pasjonatką życia, bo umiem już śmiać się głośno i płakać do imentu, bo umiem czuć i wyrażać gniew i rzucać piorunami, kiedy trzeba. Bo żyję, żyję - a mogło mnie nie być - i nie mam tu na myśli autodestrukcji.
Bo wreszcie kocham siebie - taką jaką jestem. Bo wiem, jak jestem, bo znam swoje jasne i ciemne strony, bo nie boję się prawdy. O sobie. Bo pracuję nad sobą, bo moje życie jest dynamiczne. A ja nie cierpię się nudzić:)))
"Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" - znacie to, wiecie skąd, prawda?
A jak możesz kochać, jeśli siebie nie kochasz?
A czymże jest miłość, jeśli nie uszczęśliwianiem drugiego człowieka?
Zarażaniem szczęściem?
A jak możesz uszczęśliwiać nie będąc szczęśliwym...?
Najpierw siebie samego - inaczej się nie da! Nieszczęśliwy będzie unieszczęśliwiał, szczęśliwy swoje szczęście poniesie i będzie uszczęśliwiał.
Dlatego spróbuj o siebie zadbać - i powalcz o swoje szczęście.
Swoje - osobiste, wewnętrzne, prywatne, niezależne od innych.
Jest jedno ryzyko. Nieszczęśliwi nie lubią szczęśliwych, szczęście budzi zazdrość, bezinteresowną i często okrutną. Rodzi się chęć zniszczenia szczęścia tego, który jest szczęśliwy... Doświadczam tego. Taka jest cena.
W myśl zasady, że co nie zabije to wzmocni - dalej jestem szczęśliwa i zamierzam taka być:)
P.S. Osobiste ewentualne pytania do mię - tylko na maila:)
I napiszcie - napiszcie, jak z Waszym szczęściem lub nieszczęściem, jaką mieliście drogę...
Tutaj - albo na maila:)
Pogadajmy - po prostu pogadajmy!
środa, 4 stycznia 2012
Zobaczcie - kto nie widział
"Znam ją" od dwóch lat, od czasu do czasu podglądam nowe rzeczy.
Fascynuje mnie ogromnie - nie tylko talentem, ale głębią osobowości.
Jest psychologiem.
Uwielbiam patrzeć na nią i na to, co robi - i co przekazuje.
Popatrzcie.
Napiszcie, co przeżyliście patrząc i słuchając.
Fascynuje mnie ogromnie - nie tylko talentem, ale głębią osobowości.
Jest psychologiem.
Uwielbiam patrzeć na nią i na to, co robi - i co przekazuje.
Popatrzcie.
Napiszcie, co przeżyliście patrząc i słuchając.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
No to przylazł! Ten Nowy:)
Przywitany hucznie, wśród tańców, fajerwerków i szampanów. Były strony dobre balu, były i niedostatki. Konkluzję mam jedną: mogę się bawić i przy pasztetowej, byle towarzystwo było przednie! A było dokładnie odwrotnie - żarcie fenomenalne, za to towarzystwo przypadkowe - porównanie z imprezą andrzejkową było powalająco niekorzystne dla sylwestrowej, więc. Nauczka na następny raz:)
Nowy w pakiecie przytaszczył mega przeziębienie i absolutny (medyczny!) nakaz leżenia zapisany na stosownym druku, zakaz antybiotyków (czwarty z kolei byłby bezskuteczny), nakaz również absolutny (medyczny!) spożywania napojów wysokoprocentowych (wyłącznie rozgrzewających) w niewielkich ilościach. Aroniówka rulez! Ponadto kąpiele rozgrzewające, takież same okłady i nacierania.
Mój-ci-on takoż chory i ze stosownym medycznym blankietem, więc oboje leżymy... i kwiczymy:)))
4 metry kwadratowe wyrka są nasze, reszta chałupy remontowo zajęta, na dokładkę przybyła jeszcze nówka sztuka pralka i lodówka - aaaaaa! Powoli się kończą rezerwy cierpliwości. I kończy się życiowa przestrzeń!
Dobre strony są takie, że JUŻ nie wypluwamy płuc wraz z oskrzelami i że mamy WIZJĘ.
Przespanej całej nocy:)
Leżąc i klepiąc w klawiaturę umyśliłam,że muszę w końcu wyłożyć Wam, w czym rzecz z tym blogiem roku (przez wiele lat ja nie wiedziałam, to i Wy też nie musicie) - i rzecz jasna zachęcić:)
Zgłosiłam się, to już wiecie. Tam mnie jeszcze nie było, więc... jestem! Nie mam nic do stracenia:))) Najpierw mnie nie przyjęli, później napisałam maila reklamacyjnego, zgłosiłam się jeszcze raz - a redakcja przeprosiła za odrzut pierwotny:)
W dniu 12.01.2012 o godzinie 12:00 zakończy się etap zgłaszania blogów. Ja to już mam za sobą. Natomiast o godzinie 15:00 rozpocznie się etap głosowania. Trza słać sms-y. Na dodatek płatne. W ubiegłym roku 1 sms kosztował 1,23 PLN. Tylko tyle - i aż tyle, zależy od punktu siedzenia.
Terminarz Konkursu:
15.12.2011 - 12.01.2012 - zgłaszanie blogów do konkursu
12.01.2012 - 19.01.2012 - nominowanie blogów (głosowanie SMS)
19.01.2012– 07.02.2012 – nominowanie blogów (głosowanie SMS) do wyboru Bloga Blogerów
07.02.2012- 14.02.2012- Ocena blogów przez Jury Bloga Blogerów wybór Bloga Blogerów
02.02. 2012 - ogłoszenie nominacji Jury z poszczególnych kategorii tematycznych
14.02.2012 - wyświetlenie zwycięzcy Bloga Blogerów
16.02.2012 – Gala
Zatem głosujcie na mię kiedy przyjdzie czas, jeśli wola i łaska - albo i nie głosujcie, też będzie dobrze:) Tylko mi stąd nie uciekajcie! Od oddanego na mnie głosu po stokroć bardziej liczy się Wasza tu codzienna obecność, nawiązane kontakty i znajomości, wspólne wygłupy i wspólne łzy. Tutaj! I na Waszych blogach - jeśli je macie:) Bo konkurs się skończy, fanfary przeminą - a my zostaniemy!
Koniecznie zaglądajcie na strony zgłoszone do konkursu - naprawdę warto! Gorąco zachęcam wszystkich lubiących literaturę faktu. No i wszystkie dziergaczki - szukajcie w kategorii "ja i moje hobby". Co roku wyłapuję tam świetne blogi w przeróżnych kategoriach - w tym roku już wypatrzyłam i zalinkowałam. Trochę trzeba pokopać, ale warto:)
P.S. Wreszcie podziergam! Wreszcie!
Będzie coś co już było, ale w zupełnie innej kolorystyce, rozmiarze - i z zupełnie innej okazji.
Bardzo dla mnie ciekawej:)
Szczegóły w swoim czasie!
Nowy w pakiecie przytaszczył mega przeziębienie i absolutny (medyczny!) nakaz leżenia zapisany na stosownym druku, zakaz antybiotyków (czwarty z kolei byłby bezskuteczny), nakaz również absolutny (medyczny!) spożywania napojów wysokoprocentowych (wyłącznie rozgrzewających) w niewielkich ilościach. Aroniówka rulez! Ponadto kąpiele rozgrzewające, takież same okłady i nacierania.
Mój-ci-on takoż chory i ze stosownym medycznym blankietem, więc oboje leżymy... i kwiczymy:)))
4 metry kwadratowe wyrka są nasze, reszta chałupy remontowo zajęta, na dokładkę przybyła jeszcze nówka sztuka pralka i lodówka - aaaaaa! Powoli się kończą rezerwy cierpliwości. I kończy się życiowa przestrzeń!
Dobre strony są takie, że JUŻ nie wypluwamy płuc wraz z oskrzelami i że mamy WIZJĘ.
Przespanej całej nocy:)
Leżąc i klepiąc w klawiaturę umyśliłam,że muszę w końcu wyłożyć Wam, w czym rzecz z tym blogiem roku (przez wiele lat ja nie wiedziałam, to i Wy też nie musicie) - i rzecz jasna zachęcić:)
Zgłosiłam się, to już wiecie. Tam mnie jeszcze nie było, więc... jestem! Nie mam nic do stracenia:))) Najpierw mnie nie przyjęli, później napisałam maila reklamacyjnego, zgłosiłam się jeszcze raz - a redakcja przeprosiła za odrzut pierwotny:)
W dniu 12.01.2012 o godzinie 12:00 zakończy się etap zgłaszania blogów. Ja to już mam za sobą. Natomiast o godzinie 15:00 rozpocznie się etap głosowania. Trza słać sms-y. Na dodatek płatne. W ubiegłym roku 1 sms kosztował 1,23 PLN. Tylko tyle - i aż tyle, zależy od punktu siedzenia.
Mój szczęśliwy numerek - A00281
(te kółeczka to zera, nie "O" jak Olga:)
Jeszcze napiszę - jak przyjdzie czas - gdzie słać sms-y.
15.12.2011 - 12.01.2012 - zgłaszanie blogów do konkursu
12.01.2012 - 19.01.2012 - nominowanie blogów (głosowanie SMS)
19.01.2012– 07.02.2012 – nominowanie blogów (głosowanie SMS) do wyboru Bloga Blogerów
07.02.2012- 14.02.2012- Ocena blogów przez Jury Bloga Blogerów wybór Bloga Blogerów
02.02. 2012 - ogłoszenie nominacji Jury z poszczególnych kategorii tematycznych
14.02.2012 - wyświetlenie zwycięzcy Bloga Blogerów
16.02.2012 – Gala
Zatem głosujcie na mię kiedy przyjdzie czas, jeśli wola i łaska - albo i nie głosujcie, też będzie dobrze:) Tylko mi stąd nie uciekajcie! Od oddanego na mnie głosu po stokroć bardziej liczy się Wasza tu codzienna obecność, nawiązane kontakty i znajomości, wspólne wygłupy i wspólne łzy. Tutaj! I na Waszych blogach - jeśli je macie:) Bo konkurs się skończy, fanfary przeminą - a my zostaniemy!
Koniecznie zaglądajcie na strony zgłoszone do konkursu - naprawdę warto! Gorąco zachęcam wszystkich lubiących literaturę faktu. No i wszystkie dziergaczki - szukajcie w kategorii "ja i moje hobby". Co roku wyłapuję tam świetne blogi w przeróżnych kategoriach - w tym roku już wypatrzyłam i zalinkowałam. Trochę trzeba pokopać, ale warto:)
P.S. Wreszcie podziergam! Wreszcie!
Będzie coś co już było, ale w zupełnie innej kolorystyce, rozmiarze - i z zupełnie innej okazji.
Bardzo dla mnie ciekawej:)
Szczegóły w swoim czasie!
sobota, 31 grudnia 2011
Pożegnanie - i powitanie!:)
No i się kończy - i się zaczyna, w tym samym momencie.
Dla mnie kończy się bardzo trudny i bardzo dobry rok.
Rok ogromnych zmian.
We mnie i wokół mnie.
Co nie zabiło to wzmocniło - wychodzę z tego roku silniejsza, niż kiedykolwiek - więc szczęśliwa:)
A co się zaczyna? Nie wiem!
Cokolwiek by to nie było - przyjmuję, niech przyjdzie.
A jak przyjdzie to się będę albo śmiać albo płakać:)
Zależy, co przyjdzie!
(znów jestem chora, ale nie ma, że boli - wbijam się wieczorem w kiecę i lecę, mam nadzieję że zapalenia płuc w bonusie nie przywlokę!)
Uwielbiam fajerwerki - uwielbiam! W moim mieście są przepiękne, od zawsze, od wtedy, kiedy kraj jeszcze strzelać w niebo nie miał czym. Życzę dziś sobie i Wam pięknych fajerwerków (jeśli lubicie), a całej reszty wieczoru takiej, jakiej potrzebujecie.
Dobrej zabawy - jeśli się dziś bawicie.
Kolorowych snów - jeśli spać planujecie.
Godzin bez bólu - jeśli cierpicie.
Radości - jeśli w sercu smutek.
Ciszy i spokoju - jeśli go pragniecie.
A wszystkim bez wyjątku - Miłości Największej, miłości ludzkiej i dobrego zdrowia!
Życzę Wam mnóstwo... ŻYCIA W ŻYCIU!
2 0 1 1 - żegnaj!
2 0 1 2 - witaj!
Czekam na Ciebie!:)
czwartek, 29 grudnia 2011
Moje odkrycia roku 2011
Dziś będzie post szczególny - znaczy dla mnie szczególny. Już od jakiegoś czasu taki mi się marzył.
Bardzo sobie cenię obecność wszystkich moich komentatorów i czytelników i nieustająco się cieszę, że jesteście. I dobrze o tym wiecie:)))
Niemniej jednak są takie miejsca w sieci, które odkryłam w 2011, a których okazały się dla mnie bardzo cenne i których już nigdy nie zapomnę. I będę tam zawsze wracać. Bójcie się:)))
Piszę "miejsca" - a tak naprawdę chodzi przecież o ludzi, którzy te miejsca tworzą. Bo klimat czy wartość miejsca to przede wszystkim osoba, człowiek, a dopiero później to, co przekazuje, tworzy, daje lub sprzedaje.
Bardzo sobie cenię pasjonatów. Kochają to, co robią i tym się dzielą. I tymi pasjonatami niezmiennie się zachwycam. I nimi się dzisiaj chcę podzielić.
Na początku chciałam podzielić całość posta na kategorie. Na przykład takie:
Ludzie roku 2011
Rękodzieło roku 2011
Wełny roku 2011
Blogi roku 2011
Nie wyszło! Bo co zrobić, jeśli kategorie się przenikają? Można się zapętlić bez wyjścia. Dlatego postanowiłam spróbować jakoś inaczej.
Na początek - blogopisacze i pasjonaci, których osobiście poznałam w 2011 roku, a którzy stali mi się dla mnie ważni. Blogowe kontakty przeniesione do reala - i oczywiście trafione zatopione! Widzisz takiego pierwszy raz w życiu, siadasz z nim do stołu - i gęba Ci się nie zamyka! Od razu, już zaraz, natychmiast:)
Anka vel "chrząszczyk":) Małe toto a szybkie jak konik polny, śmiejące się od ucha do ucha, ciepłe i sercu bliskie. Poznałam ją w styczniu, kiedy umierał mój teść. 3 godziny w kawiarni minęły jak z bicza strzelił. Wlazła mi w serce - i nic nie zapowiada zmiany!:) Gorze mnie! Szyje (i to jak!), przędzie, dzierga, umie wszystko!!! Poczytajcie bloga. Poznacie ją bliżej. Warto.
Tyż małe, tylko czarne:) - poprzednie było blądem:) Tyż Śląsk, ino ten czarniejszy. Tyż 3 godziny w galerii - mnie zagadać ciężko, zagadała! Ima się wszystkich możliwych technik, nie tylko dziewiarskich, łapy ma zdolne i ciekawość jeszcze większą. Obiecałyśmy sobie następne spotkanie - muszę sprawdzić, jak wygląda w komplecie, który wylosowała w moim candy!:)
Laura z Krakowa. Spotkanie jedno, raptem 2 godziny chyba, wcześniej mnóstwo rozmów telefonicznych i maili... Wpadła w serce. Nie wypadnie! Kaszmiru na razie nie ma, ale szafy mam pełne jej wełen ręcznie przędzionych i przyjdzie czas, że te wełny zaczną żyć życiem udziergów. Drutamidziabnięta - myślę o Tobie często i chciałabym przegadać jeszcze niejedno popołudnie!
Imienniczka moja. Tu trochę mi brak słów. Bo ja ją czytam od 5 lat - pod różnymi postaciami. Bo wiem tak wiele - z tego, co pisała. Bo czasem mnie zatyka z tego, co wiem. No i teraz się okazało, że to jeszcze zaraza celtycka. Że niedoszły doktorat z geometrii przeniosła w projektowanie i w udziergi. Niesamowite, cudne. I w dywany. Jeszcze piękniejsze. Gejzer pomysłów! Poznałam ją po wariacku - wsiadłam w pociąg i pojechałam odebrać moją wygraną - najcudniejszy celtycki szal świata. I to był strzał w dziesiątkę! Jadę niedługo na dłużej - czy śledzie już są???
Na drugi "rzut" idzie najulubiony wełniany sklep i jego właścicielka. Agę poznałam osobiście w roku ubiegłym, więc w poprzedniej kategorii się nie mieści:) Chcielibyście ją zobaczyć, mówię Wam... Piękna, wysoka, czarnowłosa, wrażliwa istota o przecudnym tembrze głosu. Jeszcze takiego nie słyszałam! Włóczkomaniaczka - po każdej kolejnej dostawie ma ochotę tarzać się w kłębkach, najlepiej w malabrigoskach:))) Ciepła, umiejąca doradzić, sprzedająca to, co kocha - i dająca się kochać:))) Blogująca na dodatek - ostatnio w porywach:D
Na rzut trzeci idzie biżuteria, na którą ostatnio chora jestem nieuleczalnie.
Harapati. Zarażonam ciężko, nieuleczalnie. Biżuteria z masy fimo - cudeńka zapierające dech i odbierające mowę moim pracowym koleżankom:) Pasjonatka, która swojej pasji się oddała bez reszty, której będę wierna jak pies, której kolczyki dyndają mi w uszach prawie codziennie. Uwielbiam - uwielbiam! Zajrzyjcie:)
Sowikoj. Tej mojej choroby też nic nie uleczy:) Inne techniki, inne surowce - piękno wykonania i urokliwość biżuteryjnych wytworów jej rąk nie do podrobienia. No i współpraca - i u Harapati, i u Sowikoj wszystko jest dopięte na ostatni guzik nawet wtedy, kiedy ceną jest... przypalony obiad:))) Sowikoj - za ten przypalony obiad przepraszam! Powinnam była wcześniej skończyć gadać:
Rzut czwarty - pasjonaci życia. Sprawiają, że zamykam gębę, kiedy mam ochotę ponarzekać.
Joanno, Joasiu, Asiu... tu też brakuje mi słów. Nie masz pojęcia, ile Ci zawdzięczam Ile się od Ciebie nauczyłam. Nie ma dnia, żebym do Ciebie nie zaglądała. Nie ma takiej opcji.
Dziękuję, że piszesz.
Ania. To drugie ważne dla mnie miejsce. I druga młoda walcząca osoba, bardzo bliska sercu - mój drugi mistrz i nauczyciel.
Tobie też dziękuję, że piszesz.
I ża zgłosiłaś się do konkursu na blog roku 2011!
Miałam kraść fotki, ale sami sobie pooglądajcie - wełny, biżuterię, udziergi. Oczywiście mojej Violet`ki nie ujęłam nigdzie. Ona jest... od zawsze i poza kategorią! Mistrzyni chust lekkich jak piórko - to już wszyscy wiedzą od dawna:)
Zatem kochani - lampki, kieliszki, flaszki w górę!
Za wszystkich, o których napisałam i za tych, o których jeszcze kiedyś napiszę:)
Jeśli tylko jesteście - zapraszam na pogaduchy!
Wylatam na 15 minut i wracam - i gadamy, póki pary w klawiaturze, jeśli wola i łaska!:)
(coś się porąbało z kolorem czcionki, jak wrócę to poprawię!)
Bardzo sobie cenię obecność wszystkich moich komentatorów i czytelników i nieustająco się cieszę, że jesteście. I dobrze o tym wiecie:)))
Niemniej jednak są takie miejsca w sieci, które odkryłam w 2011, a których okazały się dla mnie bardzo cenne i których już nigdy nie zapomnę. I będę tam zawsze wracać. Bójcie się:)))
Piszę "miejsca" - a tak naprawdę chodzi przecież o ludzi, którzy te miejsca tworzą. Bo klimat czy wartość miejsca to przede wszystkim osoba, człowiek, a dopiero później to, co przekazuje, tworzy, daje lub sprzedaje.
Bardzo sobie cenię pasjonatów. Kochają to, co robią i tym się dzielą. I tymi pasjonatami niezmiennie się zachwycam. I nimi się dzisiaj chcę podzielić.
Na początku chciałam podzielić całość posta na kategorie. Na przykład takie:
Ludzie roku 2011
Rękodzieło roku 2011
Wełny roku 2011
Blogi roku 2011
Nie wyszło! Bo co zrobić, jeśli kategorie się przenikają? Można się zapętlić bez wyjścia. Dlatego postanowiłam spróbować jakoś inaczej.
Na początek - blogopisacze i pasjonaci, których osobiście poznałam w 2011 roku, a którzy stali mi się dla mnie ważni. Blogowe kontakty przeniesione do reala - i oczywiście trafione zatopione! Widzisz takiego pierwszy raz w życiu, siadasz z nim do stołu - i gęba Ci się nie zamyka! Od razu, już zaraz, natychmiast:)
Anka vel "chrząszczyk":) Małe toto a szybkie jak konik polny, śmiejące się od ucha do ucha, ciepłe i sercu bliskie. Poznałam ją w styczniu, kiedy umierał mój teść. 3 godziny w kawiarni minęły jak z bicza strzelił. Wlazła mi w serce - i nic nie zapowiada zmiany!:) Gorze mnie! Szyje (i to jak!), przędzie, dzierga, umie wszystko!!! Poczytajcie bloga. Poznacie ją bliżej. Warto.
Tyż małe, tylko czarne:) - poprzednie było blądem:) Tyż Śląsk, ino ten czarniejszy. Tyż 3 godziny w galerii - mnie zagadać ciężko, zagadała! Ima się wszystkich możliwych technik, nie tylko dziewiarskich, łapy ma zdolne i ciekawość jeszcze większą. Obiecałyśmy sobie następne spotkanie - muszę sprawdzić, jak wygląda w komplecie, który wylosowała w moim candy!:)
Laura z Krakowa. Spotkanie jedno, raptem 2 godziny chyba, wcześniej mnóstwo rozmów telefonicznych i maili... Wpadła w serce. Nie wypadnie! Kaszmiru na razie nie ma, ale szafy mam pełne jej wełen ręcznie przędzionych i przyjdzie czas, że te wełny zaczną żyć życiem udziergów. Drutamidziabnięta - myślę o Tobie często i chciałabym przegadać jeszcze niejedno popołudnie!
Imienniczka moja. Tu trochę mi brak słów. Bo ja ją czytam od 5 lat - pod różnymi postaciami. Bo wiem tak wiele - z tego, co pisała. Bo czasem mnie zatyka z tego, co wiem. No i teraz się okazało, że to jeszcze zaraza celtycka. Że niedoszły doktorat z geometrii przeniosła w projektowanie i w udziergi. Niesamowite, cudne. I w dywany. Jeszcze piękniejsze. Gejzer pomysłów! Poznałam ją po wariacku - wsiadłam w pociąg i pojechałam odebrać moją wygraną - najcudniejszy celtycki szal świata. I to był strzał w dziesiątkę! Jadę niedługo na dłużej - czy śledzie już są???
Na drugi "rzut" idzie najulubiony wełniany sklep i jego właścicielka. Agę poznałam osobiście w roku ubiegłym, więc w poprzedniej kategorii się nie mieści:) Chcielibyście ją zobaczyć, mówię Wam... Piękna, wysoka, czarnowłosa, wrażliwa istota o przecudnym tembrze głosu. Jeszcze takiego nie słyszałam! Włóczkomaniaczka - po każdej kolejnej dostawie ma ochotę tarzać się w kłębkach, najlepiej w malabrigoskach:))) Ciepła, umiejąca doradzić, sprzedająca to, co kocha - i dająca się kochać:))) Blogująca na dodatek - ostatnio w porywach:D
Na rzut trzeci idzie biżuteria, na którą ostatnio chora jestem nieuleczalnie.
Harapati. Zarażonam ciężko, nieuleczalnie. Biżuteria z masy fimo - cudeńka zapierające dech i odbierające mowę moim pracowym koleżankom:) Pasjonatka, która swojej pasji się oddała bez reszty, której będę wierna jak pies, której kolczyki dyndają mi w uszach prawie codziennie. Uwielbiam - uwielbiam! Zajrzyjcie:)
Sowikoj. Tej mojej choroby też nic nie uleczy:) Inne techniki, inne surowce - piękno wykonania i urokliwość biżuteryjnych wytworów jej rąk nie do podrobienia. No i współpraca - i u Harapati, i u Sowikoj wszystko jest dopięte na ostatni guzik nawet wtedy, kiedy ceną jest... przypalony obiad:))) Sowikoj - za ten przypalony obiad przepraszam! Powinnam była wcześniej skończyć gadać:
Rzut czwarty - pasjonaci życia. Sprawiają, że zamykam gębę, kiedy mam ochotę ponarzekać.
Joanno, Joasiu, Asiu... tu też brakuje mi słów. Nie masz pojęcia, ile Ci zawdzięczam Ile się od Ciebie nauczyłam. Nie ma dnia, żebym do Ciebie nie zaglądała. Nie ma takiej opcji.
Dziękuję, że piszesz.
Ania. To drugie ważne dla mnie miejsce. I druga młoda walcząca osoba, bardzo bliska sercu - mój drugi mistrz i nauczyciel.
Tobie też dziękuję, że piszesz.
I ża zgłosiłaś się do konkursu na blog roku 2011!
Miałam kraść fotki, ale sami sobie pooglądajcie - wełny, biżuterię, udziergi. Oczywiście mojej Violet`ki nie ujęłam nigdzie. Ona jest... od zawsze i poza kategorią! Mistrzyni chust lekkich jak piórko - to już wszyscy wiedzą od dawna:)
Zatem kochani - lampki, kieliszki, flaszki w górę!
Za wszystkich, o których napisałam i za tych, o których jeszcze kiedyś napiszę:)
Jeśli tylko jesteście - zapraszam na pogaduchy!
Wylatam na 15 minut i wracam - i gadamy, póki pary w klawiaturze, jeśli wola i łaska!:)
(coś się porąbało z kolorem czcionki, jak wrócę to poprawię!)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




