środa, 2 kwietnia 2014

Nie wiem, jak to zrobić.

Zatem zrobię syntetycznie.
  1. Profesjonalizm w każdym calu.
  2. Mało emocji, ogrom faktów.
  3. Wypowiedzi wiarygodnych, sprawdzalnych świadków.
  4. Zeznania Rosjan, w tym również wysoko postawionych.
  5. Informacje badających sprawę zachodnich ekspertów.
Film "Anatomia upadku część_2", scenariusz i reżyseria Anita Gargas.
Do kupienia od dziś, za niewielkie pieniądze.



Prawda prędzej czy później obroni się sama.
Zawsze. 
To, co zakryte ujrzy światło dzienne.
I tylko ciary chodzą po plecach.
Że takie rzeczy są możliwe...

"Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta."

Czesław Miłosz, 1950r.

Polecam ten film gorąco.
Warto.
Bardzo, bardzo warto.

czwartek, 20 marca 2014

W mordę misia...

już prawie kwartał mnie tu nie ma.
Na szczęście żyję i mam się.
I trzy-mam-się też.
Aczkolwiek cięęęęęężko jest!

Trwa albowiem kolejny (ostatni!) etap Remontu Stulecia.
Na tapecie  tynków zbijanie, podłóg rwanie, malowniczych zwojów kabli zwisanie, centralnie centralnego montowanie (będzie ten gaz drożał? Będzie???).
I tamże jednocześnie pomieszkiwanie.
Mieszkanie na stałe właściwie.
W trybie ciągłym.
Na totalnym bezneciu.

Co rano wynurzam się spod sterty gruzu, ogarniam jako tako i zmykam do roboty.
Tam bywa różnie, ale tam jest CZYSTO!
Wracając modlę się, żeby przetrwać kolejne popołudnie.
Znaczy ogarnąć to, co ogarnąć się da, usiąść tam, gdzie usiąść można, ręce umyć i nieskończoną ilość razy wsmarowywać w nie krem, bo suchość, panie, suchość.

Dziergam jak oszalała, ale fotek nie mam, przecie to zrozumiałe w tych okolicznościach przyrody.
Dzierganie ratuje mi życie, albowiem wszelka inna aktywność domowa z przyczyn obiektywnych póki co jest zamrożona.
Przetrwać trzeba, po prostu przetrwać.
Staram się.
Staramy się.
Wychodzi różnie.
Ale rozwodu póki co nie będzie:)

Ekipa remontowa cudna.
Swoja, najswojsza:)
Doradztwo, rabaty, terminowość, zakupy.
Przeładunek, rozładunek, mebli przesuwanie, mebli wynoszenie, wszystko, o co poprosimy.
Zero pilnowania, rozliczania, poganiania.
Jedna ekipa robi wszystko.
Centralne, gładzie, płytki, podłogi - wszystko.
A na końcu zrobi to, co najpiękniejsze - dunę, anima mundi i trawertyn z miką.
Ha!
Nie zawsze z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu:)))

P.S. Ekipa identycznie pracuje u każdego.
Skąd wiem?
Ano stąd, że kolejki do niej ponad półroczne.
My też musieliśmy czekać na termin - a co!

P.S.2. Jeszcze półtora do dwóch miesięcy i będzie cudnie i będzie koniec, aż do śmierci.
Później tylko odświeżanie co jakiś czas.
Dożyję? tego końca? Czasem wątpię:)

wtorek, 24 grudnia 2013

Jeszcze to.

Musiałam.
Po raz kolejny zresztą.
Bezkrytycznie uwielbiam.
Rycząc.


niedziela, 22 grudnia 2013

Przedświątecznie... i świątecznie.

Moja niemała już córeczka dziś ma urodziny.
Pamiętam każdą sekundę tamtego dnia sprzed lat.
Dnia, w którym obie zmagałyśmy się z rodzeniem.
Poród był dobry, byłam przygotowana, w końcu było to już drugie moje dziecko.
(nie, nie drugie - trzecie... drugie było moje tylko 12 tygodni...)
Dobrze było jednak do czasu.

Urodziłam zdrową, żywą, od pierwszych godzin ciekawą świata dziewuszkę, a wyszłam do domu z ciężko chorym noworodkiem, wyszłam na własne żądanie.
UCIEKŁAM.
Całymi latami ciągnął się za nami ten trudny początek, choć nikt z nas nie wiedział o tym...  Staphylococcus aureus w rozroście na trzy plusy to bardzo podstępna i nieprzewidywalna bestia (prawda, Kaczko? (klik!) ...
Pęcherzyca, smarowanie spirytusem, antybiotyki, rozległe rany na nóżkach... poprawa dopiero po piątym zastrzyku gentamycyny...
Były. Były takie święta.

Były też święta jeszcze bardziej dramatyczne.
Choćby te na SOR-ze, przy moim tacie, któremu serce biło we własnym, nieprzewidywalnym rytmie.
I nie było wiadomo, jak to się skończy.
Były i takie, gdy ktoś Najbliższy nagle spakował plecak i wyjechał - bez słów.
Wtedy zabrakło mi łez.
Po latach dane mi było poznać miarę jego bólu...

Dziś... jakże dziś jestem inna.
Dziś już wiem, co to cierpienie, dziś już nie mam oczekiwań, dziś cieszę się tym, co mam.
A mam doprawdy niemało:)
Dziś serce mojego Ojca póki co (póki co!) bije miarowo, córeńka ma się całkiem nieźle i jest szczęśliwa, a ten, który przed laty spakował plecak i nagle wyjechał jest ze mną blisko, w dobrej, ciepłej relacji...

Dziś ślę Wam wszystkim i każdemu z osobna ciepłe życzenia - wraz z piosenką, ktoś ktoś kiedyś przede mną odkrył, a tym samym mi ją podarował. Temu Komuś bardzo, bardzo dziękuję!

Cokolwiek by nie było - niech Ten, Który Jest ma każdego z Was w swoim Sercu.
Niech każdego przytuli.
Niech pocieszy.
Niech da nadzieję...




A tutaj tekst -  do wspólnego śpiewania:

"Dwa bezdomne, zmarznięte cienie przez miasto szły
Ludzi tłum je omijał spiesznie, ja biegłem z nim

Moje serce, choć całe w strzępach, zadrżało
I zawołało: "o Panie wybacz, przecież to Ty!"

Czekam życie na Ciebie całe, wejdź w moje drzwi
Szukasz miejsca, by stać się ciałem, umrzeć i żyć

Mego serca dziurawe ściany, zamokły strop,
Lecz zapraszam, bądź mi łaskawy, gość w dom, Bóg w dom

W moim sercu wybite okna, nieszczelne drzwi
Z Twą pomocą naprawię wszystko, znów zacznę żyć

W moim sercu wciąż sroga zima, zamieć i chłód
Wiem, ogrzejesz mnie swym oddechem, stopisz w nim lód

Idą do Ciebie mały Panie królowie trzej,
którzy rządzą dziś moim światem ból, smutek, lęk

Błagam Cię Panie daj mi siły, uwolnić chciej
Odpraw ich niech wracają sami, zatrzymaj mnie

Między Twymi cherubinami ukryję się
Dobrze mi z Tobą Mały Królu, uśmiechasz się

Te niewinne rączki i nóżki przeszyje ból
Grzechem swym w Twoje święte rany wsypuję sól

Klęczę przed Tobą z pastuszkami, dla Ciebie gram
Pragnę otrzeć Twe łzy pieśniami, uciszyć płacz


Biedny jestem, nie mam dość wiary, uwierzyć daj
Zamiast u stóp Twych złożyć dary błagam o dar".

wtorek, 3 grudnia 2013

Cisza...

Tyle dziś trzeba ciszy, ciszy tyle,
Że skrzące niebo zda się nazbyt gwarne,
Gwiazdy za głośno drżą w mgławicznym pyle. -
Z wolna je chmury zasnuwają czarne.

Ciemność się zgęszcza i w sobie się chowa,
Wiatr zgasł w ostatnim wyczerpania dreszczu.
Aby milczenia nie mąciły słowa,
Modlę się szeptem wieczornego deszczu.


Lepold Staff  "Cisza wieczorna"

poniedziałek, 18 listopada 2013

Ogłoszenie międzyparafialne:)

Oto jest robótka, psze państwa:

 


Zachęcam do udziału i serdecznie polecam robótkowych podopiecznych.
Roboty mało, radość wielka.
Zatem do roboty, ludzieńki:)

Poniżej cytat  z Kaczki:

"Cóż oferujemy Wam w zamian?

- Ich radość, jaką tylko oni potrafią się cieszyć. Trudno ją opisać, ale może zdjęcia zdołają uchwycić choć fragment.
- Ich pamięć o Was w wieczornych pacierzach.
- I nasze głębokie, kaczki i Bebe, przekonanie, że TAKIE dobro zawsze wraca do właściciela. Rozmnożone i dorodne jak wystawowe króliki z rodowodem.
"

Na pacierze jestem łasa.
I na to wracające dobro.
Biere, jak w dym!:)

środa, 13 listopada 2013

Będzie mętnie. Przepraszam.

"Matko moja droga" - z nutą radości, z odcieniem błękitu, zdecydowanie. Bez pompy:)
Matko.
Czekałam latami.
Warto było.
Płaczę.
Ze szczęścia.
Kocham.
Kocham Cię...

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Skarga.
Kategoria "sprawy trudne".
80% prawdy. W skardze.
Najbliższy Człowiek mówi "sprawiedliwość".
Rozumiem. Bardzo rozumiem.
Wierzę Najbliższemu.
A głupie serce (moje) nie chce sprawiedliwości.
Nie chce wyroku.
Wolałoby miłosierdzie...
Serce niejeden raz skrzywdzone (przez oskarżonego), skopane, pęknięte.
Głupie...?

Serce wie, że tylko na sprawiedliwości można się czegoś nauczyć.
Pod warunkiem, że się chce.
I że się otworzy oczy.
Albowiem serce nauki doświadczyło.
I będzie patrzeć, czy ze sprawiedliwości wykluje się Mądrość.

Serce wątpi.
Ale wierzy w cuda i o cud się modli.
Będzie patrzeć i będzie cierpieć.
I będzie się trzymać z daleka...

piątek, 8 listopada 2013

Dużo łez.

Dobrych, oczyszczających.
I zmęczenie - jak to po długim płaczu bywa.
Oczu opuchnięcie i podkrążenie.
Ulga niebywała, ponadprzeciętna, niezwykła.
Jego i moje najcieplejsze przytulenie.
Kocham.
I jestem kochana.
Skarb - ta miłość. Skarb.

Oddech wreszcie głęboki, pełny.
Ciśnienie 90/50.
Psychofizyczne totalne zmęczenie.
Niedzielny wyjazd - może.
Teraz wszystko jest "może".
Nic nie jest "na pewno".

Tato - w porządku.
Mama - trochę mniej.
Summa summarum nie jest najgorzej ani też nawet nie jest źle.
Jest prawie dobrze.
Zatem niedzielny wyjazd... może.
Jeśli powyższe dane pozostaną niezmienne.
Rodzicielskie znaczy.
Się zobaczy.

Jutro sprzątanie u protoplastów.
I ciasta pieczenie wespół wzespół z potomstwem.
Perspektywa dobrego dnia cieszy.
Jeszcze psa trzeba ukąpać i ustrzyc, coby można go było w ewentualną podróż zabrać.

I jeszcze prośba o modlitwę.
Za mężczyznę o imieniu Stanisław.
Wszystko wskazuje na to, że Jego dni powoli dobiegają końca.
A jeszcze parę spraw zostało Mu do załatwienia... spraw bardzo ważnych.
Módlcie się, proszę.
I poproście o modlitwę, kogo możecie.
I dajcie znać pod tym postem - proszę, bardzo proszę.
Jest Ktoś, komu z pewnością to doda otuchy i sił.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Jeden, dwa, trzy...?

Jeden.

Jeden dzień - bo tak najprościej. Tylko ten następny przede mną. Tylko jutro.
Jeden tydzień - do przeżycia. Da się wytrzymać.
Jeden mąż - do kochania. Na odległość. Pomieszkuję albowiem u dwojga. Rodziców.
Jeden pies - do drapania po uszkach i dupce. Stęskniony. Drapię, kiedy wpadam do domu.
Jeden mózg. Do myślenia. Do szukania rozwiązań. Znajduję.
Jedno życie. Moje. Jedno. Przyjmuję.
Jeden Bóg. Mój, a ja Jego.
Amen.

Dwa.

Dwie prace - do ogarnięcia. Staram się.
Dwoje rodziców - do opieki, karmienia, kochania. Chorujących. Mocno.
Dwie ręce.  Do roboty. Żeby podołać, żeby być i robić co trzeba.
Dwa piwa, bo strajkują nerki. Tylko ciiii, nikomu ani słowa... Znaczy o piwie można, ale o nerkach już nie. Żeby rodzice się nie dowiedzieli, bo się zmartwią...

Trzy.

Trzy sztuki w rodzinie złożone Grypą Wyjątkowo Zjadliwą.
Z gorączką około 40 stopni.
Bardzo niemłodego Ojca wczoraj ratował SOR.
Uratował.
Z ostrej niewydolności krążeniowo - oddechowej.
Spowodowanej 40 stopniową gorączką.
Dyżurowałam na SOR-ze około 8 godzin.
Dużo spostrzeżeń, dużo przemyśleń.
Mamy dobry SOR.

To idę. Do rodziców.
Nakarmić. Posprzątać. Dodać otuchy. Przytulić i pobyć.
Gorączkę zmierzyć i ciśnienie i tętno.
Musującą pyralginę podać, co gorączkę zbija piernikiem.
Decyzje podejmować. Bo trzeba.

Dziergam, chwilami jak szalona.
Kilka udziergów skończyłam. Na fotki nie mam czasu.
Wybaczcie.

Jeden, dwa, trzy...
To idę.
Do następnego.



środa, 23 października 2013

Upiłam się wczoraj i dziś

powietrzem świeżem.
Październik i plus 20 Pana Celsjusza w tymże październiku świetnie mię robią na system nerwowy.
Ogród prawie dopieszczony, maliny posadzone (ha, będzie sok - już za rok!), truskawki wyplewione i przygotowane do zimowego snu. Truskawki sadzone w lipcu (!) ukorzeniły się pięknie, krzaczki są dorodne, odmiana odporna na choroby. Mniam:)

Jeszcze tylko mój-ci-on przekopie ostatni niewielki zagonek, a w międzyczasie ja dopieszczę kwiatowe rabaty i będziemy mogli wespół wzespół zapaść w zimowy sen (czytaj: dokończyć remont i zacząć sezon narciarski, jeśli tylko kasy wystarczy i Szanowny Śnieg raczy spaść:)

Wydaje się, że jestem zdrowa.
Aż się boję pisać, że na pewno:)
Po bliskiej znajomości z augmentinem (jednak poległam, niestety zatoki nie chciały się łatwo poddać) od ponad tygodnia pracuję i czuję się świetnie.
Mój-ci-on wprawdzie od dwóch dni prycha, ale zajzajery mej produkcji pije i mam nadzieję, że szybko z tego wyjdzie. I że ja się nie zarażę. Capi czosnkiem po cholerze, normalnie nie strzymię...:)

Po raz pierwszy w życiu skończyłam udzierg (musztardowe ponczo) i zamiast go natentychmiast wyprać, ususzyć i Wam pokazać i peanów oczekiwać odłożyłam go... ad acta.
Znaczy na desce do prasowania spoczywa i czeka na me natchnienie (do prania i wysuszenia rzecz jasna), co to go obecnie na stanie nie posiadam.
Doprawdy sama siebie nie rozumiem, ale już nawet nie próbuję:)

W ubiegłym tygodniu przeżyłam czwartą pracową kontrolę w tym roku.
Nazywała się piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiip:)
Wypadła świetnie.
Protokół w piątek.
No laurka będzie noooo:)
Jeszcze tylko ZUS, NIK i Izba Skarbowa i limit kontroli na najbliższą pięciolatkę będzie wyczerpany:)
Swoje w tym roku kalendarzowym przeżyłam (w związku z kontrolami), ale przy okazji się zahartowałam.
Znaczy się nie ma tego złego:)

Ostatnio z uwagą i dystansem przyglądam się ludziom.
Będącym w moim zasięgu.
I o ile szeroko pojęta  rodzina mię się cementuje (morda mię się zaciesza), więzi się zacieśniają i radość z tego rośnie, o tyle cała (prawie) reszta zawodzi po całości.
Zdaje się, że latami żyłam w kokonie bezwartościowych złudzeń.
Oraz niepotrzebnych bzdurnych nadziei.
O naiwności moja, jakże Cię pielęgnowałam, hodowałam, hołubiłam...
Bogu dzięki, że otwieram oczy i widzę tudzież słyszę prawdę o tychże ludziach.
Nie, nie z plotek. Od nich samych.
Bezcenne!
A mam tak, że cholernie nie lubię żyć w złudzeniach.
Prawda boli, ale wolę najgorszą prawdę od najpiękniejszych miraży.
Albowiem ważne jest dla mnie życie w rzeczonej prawdzie.
Bardzo ważne.

Temat z mojego poprzedniego posta jest nadal aktualny.
Nie zamierzam jednak dyskusji na ten temat przedłużać w nieskończoność.
Koń, jaki jest, każdy widzi.
A poza tym jest też inne - bardzo pozytywne - oblicze instytucji Kościołem Katolickim zwanej, z którym to obliczem ostatnio miałam do czynienia.
Napiszę.
Niedługo.
Albowiem noszę to głęboko w sercu.
To jest doświadczenie ostatnich dni.
Hardcore - oświadczam. Znaczy mocne.
Warte podzielenia się.

Zatem powinnam:
  1. Uprać, ususzyć i zaprezentować musztardowo - miodowe ponczo i Wam je pokazać;
  2. Napisać o tym, czego doświadczyłam i co mię tak poruszyło w Kościele w ostatnich dniach;
  3. Miałam gdzieś w głowie jeszcze trzeci punkt, ale... zapomniałam! Jak sobie przypomnę to dam znać i napiszę:)
P.S. Łoterloo, czy Ty czaisz, że ON wkroczył już w SIÓDMY rok życia? On, co to się rodził na Twoich oczach??? Czy trybisz, że chodzi do zerówki, jest długi, ciekawy życia i wytrzymały i że jest zadatkiem na rasowego (w najlepszym tego słowa znaczeniu) faceta???
Ja nie nadążam.
Serio:)))



wtorek, 8 października 2013

Chce mi się wyć...

Nie mam siły o tym (klik!) pisać.
Zresztą widzieli i słyszeli z pewnością już wszyscy.

Bóg jest moim Bogiem.
Jezus jest moim Panem.
Jestem chrześcijanką.
Nie wiem tylko, czy to jeszcze jest MÓJ Kościół...

Arcybiskupie - nie słyszałeś? Nie czytałeś Biblii?
O tym, co będzie z tymi, którzy gorszą i krzywdzą najsłabszych???

Gdyby Jezus fizycznie chodził dziś po świecie za takie słowa i postawę równo byś od Niego oberwał.
On się nie patyczkował, kiedy trzeba było.
Powywracał stoły, kiedy handlarze zrobili ze Świątyni targowisko i sprał im tyłki pejczem.
Ciekawe, co zrobiłby teraz, kiedy ci, którzy mienią się być Jego sługami robią tak straszną krzywdę dzieciom, a Ty Arcybiskupie odwracasz kota ogonem i ofiary czynisz winowajcami?

.........................................................

Jak można tak splugawić MIŁOŚĆ...

niedziela, 6 października 2013

O paczaniu

Bo paczam.
A właściwie paczamy na siebie - ja na niego, on na mnie.
Paczanie zaczęło się od lekarskiej wizyty, albowiem zaś się pogorszyło.
No i dycha (znaczy dni dziesięć) w łóżku i na ZUS-owym garnuszku.

No ten biotyk, co anty jest.
Leży.
Ja paczam na niego, on pacza na mię.
Imię jego augmentin.
Wziąć, albo i nie wziąć - oto jest pytanie.
Na razie paczam.
I myślę.
I grzeję dupkę w piernatach.
Się zobaczy, co dalej.

Żółte łamane przez miodowe prawie skończone, ale zabrakło mi wełny.
Mnie!
Mnie NIGDY wełny nie brakuje, bo zawsze biorę z zapasem - a tu masz babo placek.
Zabrakło około 8 dag, przed chwilą zamówiłam dwa motki.
I czeeeeeeeeekaaaaaaaaaam, albowiem chciałam jutro już sobie uprać, ublokować i zacząć suszyć.
Już czułam smak finału, dwie niecałe godzinki temu, a tu bulba.
Żółte ładne będzie.
Znaczy mię się podoba:)

A jutro wezmę na warsztat czerwone albo ciemnobrązowe.
Muszę se udziać jakie giezło swetrowe.
A ponieważ łapy się rozdziergały to trza korzystać:)

A w ogóle to pół rodziny choruje, a najmłodszy członek tejże wylądował w szpitalu.
Na szczęście niegroźnie, ale dożylne antybiotyki brać musi.
Pacjencik dzielny po cholerze.
Dzieciak, który nigdy nie płacze przy zakładaniu wenflonu i zastrzykach, czujecie?
Trzyma się i już i podziw opieki medycznej wzbudza niezmiennie.
(w szpitalu bywał już niejeden raz).
A po prawdzie to musi mieć chyba wysoki próg odczuwania bólu.
I ja wyrodna nawet go nie odwiedziłam, bo nie chciałam mu zawlec swojej infekcyi.

No i tak to.
Jak dostanę brakującą włóczkę do dokończę miodowe, upiorę i ususzę, na Kundzi zawieszę i sfocę.
Pewnikiem około czwartku - piątku.

No to zdrowia wam!
I do następnego:)