środa, 28 listopada 2012

Niechciane modyfikacje

Najpierw info - pacjent zdrowieje w postępie geometrycznym.
Jest dobrze, jest bardzo dobrze:)
Cieszę się ogromnie.

A teraz z innej beczki.
Od dawna czytam o GMO, od dawna się tym interesuję.
Dziś mama Laurki (klik!) opublikowała posta z niepokojącymi informacjami.
Jest tam również adres do petycji, którą można podpisać.
Zajrzyjcie, proszę.
Przeczytajcie posta.
I rzućcie okiem na komentarze, koniecznie.

W moich okolicach w ostatnim roku zaobserwowano pola obsiane kukurydzą GMO. Potężne kukurydziane LASY. Dżungle. Niepodobne nijak do tych niemodyfikowanych. W ilościach hurtowych. Masakra. Ktoś na to pozwolił, ktoś się pod tym podpisał.

Dbam o żywienie mojej rodziny, obrabiam produkty nieprzetworzone, jemy jajka "zerówki", sami pieczemy razowy chleb (po którym jelita pracują jak należy), ziemniaki i inne warzywa na zimę kupujemy w sprawdzonych miejscach.
Chcę, byśmy byli zdrowi - na tyle, na ile to od nas zależy.
Nie życzę sobie dezinformacji, braku informacji, konieczności spożywania modyfikowanych genetycznie produktów.

Zapraszam też  tutaj (klik!) - warto zajrzeć i wyrobić sobie własne zdanie.
W końcu przecież chodzi o każdego z nas...

Podpisuję petycję.
A Wy?

wtorek, 27 listopada 2012

Samo życie

Wiek średni.
Płeć męska.

Od czwartku objawy.
Osłabienie, z dnia na dzień coraz większe. Ale to przecież się zdarza.
Jelitówka, na bank jelitówka, teraz wszyscy tak mają.
Morfologie i inne tam gazometrie ok.
Przejdzie.

W sobotę niepokój, słabość rośnie, tętno zaczyna przekraczać setkę i na takim poziomie się utrzymuje.
Po północy jest już całkiem niedobrze - pojawia się krew tam, gdzie jej być nijak nie powinno.
Słabość sprowadza dużego człowieka w trybie nagłym do parteru.
Parter połączony jest z nietomnością całkowitą.
Przyjeżdża karetka.
Ciśnienie 50 na coś tam.
Nosze, wóz tnie na kogutach.

Szybkie badania.
Hemoglobina 6.
Ciśnienie cieniutkie.
Podejrzenie krwotoku wewnętrznego.
Ratowanie życia.
1,5 litra krwi, osocze. Płyny.
W niedzielę rano sms: "Jestem w szpitalu, w nocy zabrało mnie pogotowie".
Szczegółów dowiaduję się później...

Wczoraj gastro.
I ogromna ulga - to tylko (w tej sytuacji) żołądek i dwunastnica, stan zapalny i owrzodzenie.
Jak dotąd - bezobjawowe, bezbólowe...
Ten brak objawów to dla mnie szok.

A dziś?
Pompa infuzyjna z lekiem przeciwkrwotocznym,  nadal płyny, już odczuwalny głód (żarcie kapie przez kroplówkę) - i uśmiechnięta krótka rozmowa telefoniczna:)

P.S. Natychmiastowy przyjazd do wezwania.
Szybka fachowa pomoc.
Trafiona (mam nadzieję) diagnoza.
Jestem wdzięczna. Bardzo wdzięczna.

... inaczej wyglądałaby ta notka, gdyby nie było wolnej karetki... brakowało niewiele...
I choć się ze śmiercią liczę, choć o niej pamiętam i wiem, że zawsze przychodzi nie w porę - TA z wielu powodów dotknęłaby mnie wyjątkowo boleśnie.


sobota, 24 listopada 2012

Wieczór z mężczyzną...

z młodym mężczyzną (klik!).
I z muzyką uwielbianą i pełną wspomnień z młodości... (klik!).

Roztapiam się i rozpływam.
Wieczór.
Późny wieczór.
Dobry - dobry wieczór...

Jako i dzień był dobry.
Pracowity, pełen dobrych emocji, małych radości.
Dobry.

E-moll - piękny.
Ale f-moll - ukochany:)

Edit  godz. 23.24:

Rozwalił mnie doszczętnie (klik!)
Taki młody - a taki głęboki i mądry...
Pozostaję w lekkim szoku.
W wielkim zadziwieniu.
I niemniejszym szacunku.

piątek, 23 listopada 2012

Poczytajcie

Naprawdę warto (klik!)

I niech mi nikt nie pisze, że coś ze mną jest nie tak.
Znaczy że czytam właśnie TAKIE blogi.
(jeśli ktoś tak napisze jego komentarz wyląduje w spamie - ostrzegam!)
Owszem, jest ze mną tak, jak najbardziej TAK!
Zdrowa na ciele i na umyśle chcę ich czytać jak najwięcej.
Albowiem życie to także umieranie.
Umieranie jest częścią życia.
Chciałabym umieć żyć-do-końca.
Chciałabym umieć umrzeć...

Często o tym myślę, jednocześnie ciesząc się do imentu życiem-tu-i-teraz.
Podziwiając nieprawdopodobnie tych, którzy zmagają się z jakże inną rzeczywistością.

Przyjdzie czas.
Na każdego z nas przyjdzie czas - azaliż nieprawdaż?
Warto się podszkolić - choćby teoretycznie i emocjonalnie.

Dziękuję.
Dziękuję każdemu z Was dzielących się cierpieniem i odchodzeniem - i dziękuję Tobie, Marzenko...

sobota, 17 listopada 2012

Zmęczona jestem.

Oczekiwaniami, że odpowiem na każdy mail - choć odpowiedzieć nie mogę.
Czasubrak. Tak - brak!
Że będę czekać i czuwać (bo nie będę).
Zmęczona.
Ludzkimi pragnieniami "bycia-z".
Całymi latami nic innego nie robiłam, tylko byłam.
Z.
(już nie będę).
Zapominając o sobie, czasem o rodzinie... zapominając, bo byłam potrzebna do Życia.
A raczej uwierzyłam w to, że jestem do tegoż Życia niezbędna.
Życia-nie-mojego.

Życie moje i moich najbliższych to dla mnie Priorytet.
Dziś, ale nie od dziś.
Od dawna.
I jeszcze Życie tych, którym Życie wymyka się z rąk i uchodzi...
I tych, którzy najsłabsi i zapomniani.
To też Priorytet.

Dziergam. Dla siebie - przede wszystkim dla siebie.
Szaraczka - zwyklaczka, ponczo takie, co to samo w sobie nieciekawe i do bólu zwyczajne, ale takie właśnie musi być, albowiem całą jego ozdobą będą dodatki - i właśnie dlatego ma być zwyczajne, by później z dodatkami niezwyczajne mogło być.

I nie tylko dla siebie dziergam.
Coś-nie-dla-siebie też dziergam.
I udziergam:)

P.S.1. Dziś kije. 1,5 h, 8 km. Sama (rzadko sama).
Jutro wyjazdowy aquapark.
Pojutrze... znów kije:)
A popojutrze miejscowy basen:)
Dopamina, serotonina i inne takie. Potrzebne, żeby żyć i prze-żyć.
Przetrwać.

Życie jest trudne...
Bardzo trudne.

P.S.2 Tęsknię...


niedziela, 11 listopada 2012

Robótka 2012!

Tu jest sztandar:


A tu są szczegóły:

u kaczki (klik)
oraz u bebeluszka (też klik!)

Kaczka pisze:

"Jakąś czapkę z hiperpomponem?
Jakiś szalik w śmieszne paski?"
Wydziergać znaczy trza:)

Jakby nie patrzeć -  druty/szydełka/co kto ma i może w dłoń - i jedziemy z koksem, kochani!
Według specyfikacji kaczkowo - bebeluszkowej:)

Ja się piszę - a Wy?

środa, 7 listopada 2012

Byłam, widziałam, kocham od lat:)

To miasto.
Nie kochać nie mogę, albowiem moja Życiowa Miłość jest również z nim związana:)

A toto poniżej, toto na zdjęciu... jest cudne!
A jeszcze niedawno było brzydaaaalem.
Cudne ma to, co na zewnątrz, środek też jest cudny, a będzie bardziej.
Prace wrą, posadzki się szlifują, galerie w przygotowaniu.


Celebruję chwile i momenty, dostrzegam i doceniam drobiazgi, przychodzi mi to z coraz większą łatwością, staje się nawykiem.
Tu-i-teraz, nie kiedyś-gdzieś-tam.
Dziś - dziś nogi mnie niosą, serce bije, pociąg wiezie, a piwo smakuje wybornie.
Niestraszna mi nawet śniegomżawka i temperatura przez zero:)
Mistrzyni (klik!)  - dziękuję!

Pociąg - rzęch nad rzęchy, masakra!  W trakcie jazdy dzwoniłam do mój-ci-onego, coby sobie nowego modelu szukał, bo nie byłam pewna, czy dojadę. Pot mię się lał  po czterech literach na skutek pociągowego  grzania bez umiaru, a wagony sprawiały wrażenie, jakby się miały za moment rozjechać - każdy w swoją stronę. Telepało, trzęsło, charczało i gwizdało!
Przygoda życia - serioserio:)

P.S. Gdzie byłam?
Tambylcy i tammmieszkańcy - cicho być!
:*

poniedziałek, 5 listopada 2012

Poprzednia notka

schowana.
Dla mnie i tylko dla mnie.
Kto przeczytał ten przeczytał, reszcie nie będzie dane.
Nie powinnam była dolewać oliwy do ognia, który i tak już płonął.
I nie chcę, żeby te treści kogokolwiek nakręcały lub komukolwiek szkodziły.

Dziś jestem bogatsza o informacje, których jeszcze wczoraj nie miałam.
I przepraszam wszystkich, którzy poczuli się poprzednim postem dotknięci.
Nie było moim zamiarem nikogo krzywdzić, ale mogło się stać, że skrzywdziłam.
Ciężko w tym wszystkim odnaleźć prawdę, a mnie bardzo na niej zależy.

Tak, świat nie jest czarno-biały, wiem.
Ja też nie jestem.

Jeszcze raz przepraszam.

niedziela, 4 listopada 2012

Mam dość.

Patrzenia, jak rzuca się kamieniem zamiast chlebem.
Epatowania chorymi emocjami - tu i teraz, natentychmiast!
Obrzucania się wzajemnie gównem i błotem.
Pisania i wycofywania się z tegoż pisania.
Posiadania jedynie-słusznej-racji i Prawdy Najprawdziwszej.

Mam dość.
Dość, dość!
Mnie interesuje tylko PRAWDA.
Nie gówno prawda, ale PRAWDA!
A tej się nijak nie dowiem ani jej nie poznam - w tym pieprzonym internetowym pogmatwanym świecie nie mam na to szans.

Jemu (klik) wierzę.
Pisze u siebie, pisze u Chustki, jemu wierzę.
Resztę będących w temacie póki co mam w głębokim poważaniu.
Tu i teraz, w niedzielę 4 listopada 2012 o godzinie  21.41.
Albowiem nie mam w posiadaniu narzędzi, które pomogłyby mi odnaleźć prawdę.

P.S. I póki co nie wiem, czy mam ochotę jeszcze w tej wirtualnej przestrzeni być.
Tu, gdzie ludzie mają śmiałość oceniać nie tylko czyny, ale także INTENCJE.
I pisać o tym na blogach.



Niedobrze mi.



P.S. Reklamacji nie uwzględniam, na pytania nie odpowiadam.

Dopisane 05.11.2012:
Komentarze zamknięte.
Niepotrzebnie wdałam się w dyskusję z anonimami.
Tychże uprzejmie zapraszam do korespondencji mailowej.

czwartek, 1 listopada 2012

Co sie wylać miało - się wylało.

Wyryczałam się.
Smutek się jeszcze pęta i szwenda, ale ja żyję dalej.
I  od wielu lat już nie biegam, nie pędzę, nie warto:)
I oczywiście nie martwię się!
Płaczę, wściekam się, wyrażam gniew, klnę - ale się nie martwię.
Strata czasu.

Dziś odwiedziłam cmentarz, poszwendaliśmy się z mężem i pięcioletnim "załącznikiem", zapalaliśmy znicze (zapałki w ręku dziecka to pożar, ale młody się nauczył i radość go rozpierała!), modliliśmy się, dużo z małym gadaliśmy.

(znalezione w necie)

Na koniec kupiliśmy lizaki pod cmentarzem - wiecie, te takie, co były kiedyś, moje smaki dzieciństwa, pożarłam trzy i się zepsułam! Na szczęście niegroźnie:)

(sfocone przez mój-ci-onego)

Później spokojny obiad u córki, pogaduchy, zero stresu, luz, święto, po prostu święto.

Puszczanie papierowych samolocików i chichoty do imentu:)
Smakowanie chwil.
Uczę się, uczę smakować jedną po drugiej.
Uczę się zapominać w zabawie, w radości, niczym małe dziecko.

Na koniec dnia przyszło mi wyprawić małego w bety, jako że reszta sobie poszła, a ja jako popsuta zostałam.
Wykończony młody nie buntował się, umył co trzeba i przylazł na przedsenne pogaduchy.
Zamierza być pilotem, zatem umówiliśmy się już na podniebne włóczęgi - mamy PLAN!
Zaczął odpływać w momencie, kiedy opowiadałam mu o podświetlanych nocą pasach startowych i o wieży kontroli lotów:)
Zapytany, co było najciekawsze i najfajniejsze w dzisiejszym dniu odpowiedział... "puszczanie samolocików z dziadkiem!":D

P.S. Tak, przyjdą jeszcze inaczej przeżywane "te" dni.
Dzisiejszy dzień Wszystkich Świętych i jutrzejszy Dzień Zaduszny, czyli Święto Zmarłych.
Będę stać nad grobami najbliższych, spotykać się z rodziną i łykać łzy.
Ale nie dziś, jeszcze nie dziś.
Zajmę się tymi dniami, kiedy przyjdą.

wtorek, 30 października 2012

Nic nie poradzę.

Taki przyszedł czas.
Słucham.
Tego, co wykopała Ania (klik!).
Zasłuchuję się.
I ryczę.



Wiem, wiem, że to nie jest poprawne politycznie i niezgodne z Ostatnią Wolą.
Trudno.
Muszę.
Taki czas.

Jutro idę kupić pomarańczową chustkę.
Muszę ją mieć.
Chcę na nią codziennie patrzeć i pamiętać.
Żeby się nic a nic nie zapomniało i nie zmarnowało...





Idę ryczeć.
Dobranoc.

poniedziałek, 29 października 2012

Piotrowi i Jasiowi...

"Przytul w ten czas nieludzki
Swe ucho do poduszki
Bo to, co nas spotyka
przychodzi spoza nas..."



Dziękuję, kolorowy ptaku (klik...).

Dziękuję za każde słowo, za mądrość, za wszystkie barwy życia.
Zostaniesz we mnie z całą mocą Twych doświadczeń ubranych w najlepsze z możliwych słowa.
I tylko czekanie na kolejny post
pozostanie już tylko
bezowocnym
czekaniem...