poniedziałek, 5 listopada 2012

Poprzednia notka

schowana.
Dla mnie i tylko dla mnie.
Kto przeczytał ten przeczytał, reszcie nie będzie dane.
Nie powinnam była dolewać oliwy do ognia, który i tak już płonął.
I nie chcę, żeby te treści kogokolwiek nakręcały lub komukolwiek szkodziły.

Dziś jestem bogatsza o informacje, których jeszcze wczoraj nie miałam.
I przepraszam wszystkich, którzy poczuli się poprzednim postem dotknięci.
Nie było moim zamiarem nikogo krzywdzić, ale mogło się stać, że skrzywdziłam.
Ciężko w tym wszystkim odnaleźć prawdę, a mnie bardzo na niej zależy.

Tak, świat nie jest czarno-biały, wiem.
Ja też nie jestem.

Jeszcze raz przepraszam.

niedziela, 4 listopada 2012

Mam dość.

Patrzenia, jak rzuca się kamieniem zamiast chlebem.
Epatowania chorymi emocjami - tu i teraz, natentychmiast!
Obrzucania się wzajemnie gównem i błotem.
Pisania i wycofywania się z tegoż pisania.
Posiadania jedynie-słusznej-racji i Prawdy Najprawdziwszej.

Mam dość.
Dość, dość!
Mnie interesuje tylko PRAWDA.
Nie gówno prawda, ale PRAWDA!
A tej się nijak nie dowiem ani jej nie poznam - w tym pieprzonym internetowym pogmatwanym świecie nie mam na to szans.

Jemu (klik) wierzę.
Pisze u siebie, pisze u Chustki, jemu wierzę.
Resztę będących w temacie póki co mam w głębokim poważaniu.
Tu i teraz, w niedzielę 4 listopada 2012 o godzinie  21.41.
Albowiem nie mam w posiadaniu narzędzi, które pomogłyby mi odnaleźć prawdę.

P.S. I póki co nie wiem, czy mam ochotę jeszcze w tej wirtualnej przestrzeni być.
Tu, gdzie ludzie mają śmiałość oceniać nie tylko czyny, ale także INTENCJE.
I pisać o tym na blogach.



Niedobrze mi.



P.S. Reklamacji nie uwzględniam, na pytania nie odpowiadam.

Dopisane 05.11.2012:
Komentarze zamknięte.
Niepotrzebnie wdałam się w dyskusję z anonimami.
Tychże uprzejmie zapraszam do korespondencji mailowej.

czwartek, 1 listopada 2012

Co sie wylać miało - się wylało.

Wyryczałam się.
Smutek się jeszcze pęta i szwenda, ale ja żyję dalej.
I  od wielu lat już nie biegam, nie pędzę, nie warto:)
I oczywiście nie martwię się!
Płaczę, wściekam się, wyrażam gniew, klnę - ale się nie martwię.
Strata czasu.

Dziś odwiedziłam cmentarz, poszwendaliśmy się z mężem i pięcioletnim "załącznikiem", zapalaliśmy znicze (zapałki w ręku dziecka to pożar, ale młody się nauczył i radość go rozpierała!), modliliśmy się, dużo z małym gadaliśmy.

(znalezione w necie)

Na koniec kupiliśmy lizaki pod cmentarzem - wiecie, te takie, co były kiedyś, moje smaki dzieciństwa, pożarłam trzy i się zepsułam! Na szczęście niegroźnie:)

(sfocone przez mój-ci-onego)

Później spokojny obiad u córki, pogaduchy, zero stresu, luz, święto, po prostu święto.

Puszczanie papierowych samolocików i chichoty do imentu:)
Smakowanie chwil.
Uczę się, uczę smakować jedną po drugiej.
Uczę się zapominać w zabawie, w radości, niczym małe dziecko.

Na koniec dnia przyszło mi wyprawić małego w bety, jako że reszta sobie poszła, a ja jako popsuta zostałam.
Wykończony młody nie buntował się, umył co trzeba i przylazł na przedsenne pogaduchy.
Zamierza być pilotem, zatem umówiliśmy się już na podniebne włóczęgi - mamy PLAN!
Zaczął odpływać w momencie, kiedy opowiadałam mu o podświetlanych nocą pasach startowych i o wieży kontroli lotów:)
Zapytany, co było najciekawsze i najfajniejsze w dzisiejszym dniu odpowiedział... "puszczanie samolocików z dziadkiem!":D

P.S. Tak, przyjdą jeszcze inaczej przeżywane "te" dni.
Dzisiejszy dzień Wszystkich Świętych i jutrzejszy Dzień Zaduszny, czyli Święto Zmarłych.
Będę stać nad grobami najbliższych, spotykać się z rodziną i łykać łzy.
Ale nie dziś, jeszcze nie dziś.
Zajmę się tymi dniami, kiedy przyjdą.

wtorek, 30 października 2012

Nic nie poradzę.

Taki przyszedł czas.
Słucham.
Tego, co wykopała Ania (klik!).
Zasłuchuję się.
I ryczę.



Wiem, wiem, że to nie jest poprawne politycznie i niezgodne z Ostatnią Wolą.
Trudno.
Muszę.
Taki czas.

Jutro idę kupić pomarańczową chustkę.
Muszę ją mieć.
Chcę na nią codziennie patrzeć i pamiętać.
Żeby się nic a nic nie zapomniało i nie zmarnowało...





Idę ryczeć.
Dobranoc.

poniedziałek, 29 października 2012

Piotrowi i Jasiowi...

"Przytul w ten czas nieludzki
Swe ucho do poduszki
Bo to, co nas spotyka
przychodzi spoza nas..."



Dziękuję, kolorowy ptaku (klik...).

Dziękuję za każde słowo, za mądrość, za wszystkie barwy życia.
Zostaniesz we mnie z całą mocą Twych doświadczeń ubranych w najlepsze z możliwych słowa.
I tylko czekanie na kolejny post
pozostanie już tylko
bezowocnym
czekaniem...

niedziela, 28 października 2012

Wyjechałam jesienią (w piątek),

byłam w zimie (sobota),
wróciłam jesienią (dzisiaj, w niedzielę znaczy:)

Piątkowa jesień była cudna - nie mam (jeszcze, dostanę na maila) zdjęć, musicie mi wierzyć na słowo.
Zagapiona w cudnie podświetlone w parku zdrojowym drzewa nie myślałam o fotkach.
Na ściółce z liści było jeszcze mnóstwo brązowych kulek z jaśniejszym oczkiem.
Bo to jest kasztanowe miasto (klik):)

Sobotnia zima była obłędna!
(Fotek nie mam, dostanę na maila:)
Wystarczyło przejechać tylko kilkanaście kilometrów, aby znaleźć się w zawiejach, zamieciach i innych zimowych atrakcjach pełnośnieżnych.
I na Szczelińcu - najwyższym szczycie Gór Stołowych.
Obłęd w ciapki, brak słów, szczęście pełną gębą!
Piekiełko i Niebo (na górskim szlaku), szczyt zanurzony w chmurach i mgłach, łańcuchy i czołganie przez pełzanie, nieplanowane ślizgawki (pomimo odpowiedniego obuwia), śniegu 15 cm.
Co za uczucie!

Po zimie nastało lato - o takie (klik!:)
Bicze różniste, hydromasaże, pływanie i moczenie cielska w jacuzzi... ech!:D
Bicz tajemny, podwodny, mający siłę wodospadu nazwany został "mordercą".
Albowiem azaliż obawiam się, że po tym, jak mię wymasował jutro zaobserwuję na mym ciele siniaki:D
... może by tak zaordynować obdukcję...?:)
Dwie godziny, full relaks, nie-do-opisania.

A kiedy dzień dobiegał końca... knajpka.
Grzaniec.
Dwa grzańce:)
Pierogi z kapustą i grzybami (nie pieczarkami!), fantastyczny mocno czosnkowy barszcz, przemiły wszechogarniający spokój, śmichy i długie Polaków rozmowy.

I niedziela - zima/jesień, pakowanie, ostatni spacer, ostatnie przedwyjazdowe pogaduchy, radość, radość przerywana niepokojem (klik)...

Planujemy powtórkę z rozrywki.
Za czas niedługi.
W składzie nieco większym niż cztery osoby.

Jestem.
Czuję.
Żyję.
Jestem szczęśliwa:)


poniedziałek, 22 października 2012

Weekend... & veni & vidi &... reset:)

Kupa mięci - aj and maj bigbrader byliśmy wespół wzespół & zussamen do kupy tu - relacja foto, rzecz jasna zdjęcia nie oddają, albowiem słońce + jesień = totalny bezdech i zachwyt, totalny... najpiękniejszych miejsc nie sfociłam, bo mię zatchło.
Niebo niebieskie do obłędu: 




Krajobraz księżycowy:



Kominek i fotelowe supermiejscówki - piwo kozel i wieczorne rodzeństwa rozmowy...:





84 gatunki piwa (+ 2 lane) - mniam! (spróbowałam trzech:)





Wnętrze sali kominkowej (przepał, wiem, ale ojtamojtam):



Jak wyżej, ino perspektywa inna:




An face i zaś ten lazurowy nieboskłon:




Prawie dotknęłam tego cudaczka - beczał na cały regulator!




Matka i syn - z matką można podgadać, syn roczny, dystans i szacun (szczypie w tyłek:)



Te ostatnie dwa stwory nie mają nic wspólnego z Chatą - żeby nie było:)

Jestem szczęśliwa.
Warto szukać prawdy i o nią walczyć, choćby trzeba było ze strachu robić w gacie.
Warto!

P.S. Dzierganko zabrałam.
Nie było czasu...:)))

P.S.2



Żal, bardzo żal.
Mam go w sercu.

piątek, 12 października 2012

Dzisiejszy dzień

miałam (prawie) tylko dla siebie.
I dlapsa.
Psa zmęczyłam na amen - wylatałam, nakarmiłam, ululałam, padł i śpi.
A na spacerze zepsem zbierałam liście... cuda, panie, cuda!
Liście przytargałam do chałupy.



Pasłam oczy kolorami jesieni.
Brązami buków, żółciami klonów, czerwienią... też klonów:) Klony są the best!
I głogów.
Znaczy owoców, nie listowia.
I nieprzytomnymi barwami dzikiego wina.
Liści - nie owoców:)



W chałupie w małym kartonowym pudełku leżały niedawno uzbierane kasztany i żołędzie.
Mętne, smutne, zapomniane.
Przykurzone.
(Kasztany uwielbiam i zawsze mi żal, kiedy podsychają, pleśnieją i trzeba je w końcu wyrzucić).
Tym razem wyrzucania nie będzie.
Polazłam po lakier. Bezbarwny.
I po szewski klej (bo musiałam też naprawić sobie buty do kijowania, a klej szewski się okazał klejem wielofunkcyjnym, ino capił przeokrutnie:)



Skleiłam buty.
Wyprasowałam liście (przez gazetę).
Polakierowałam kasztany i liście.
Szewskim klejem przykleiłam żołędzie do czapeczek - trzymią się po cholerze!
I takoż je polakierowałam.
I udało mi się, udało zatrzymać jesień, zatrzymać na dłużej czas kasztanów, żołędzi i obłędnie kolorowych liści. Kasztany w koszyczku wyglądają prześlicznie i cudnie się błyszczą, z ich smutku i przykurzenia nie zostało już nic, żołędzie czekają, aż przymocuję je do dębowej gałązki, a z klonowych polakierowanych liści będzie piękny bukiet - jutro, już jutro:)


Fotki mają się nijak do treści posta (tyle, że jesienne są), ale zdjęć żołędziowo - kasztanowych jeszcze nie posiadam, albowiem pracę zakończyłam całkiem niedawno, a nie chciałam focić z błyskiem. 
Może uda się jutro:)

Uwielbiam jesień - jej kolory, jej zapachy, jej wczesnowieczorną "złotą godzinę" - jeśli dzień jest słoneczny - i jej cudne mgły... Uwielbiam!

P.S.1.  Zakupiłam i przeczytałam książkę (klik!). Zaimponowała mi kobieta, zaimponowała nieprawdopodobnie... Czytałam zachłannie, połykałam kartkę po kartce, będę musiała przeczytać jeszcze raz dokładnie i zrobić notatki.
Bo kilka zdań z tej książki bardzo mi się przyda.
W życiu.

P.S.2.  Dzieje się!
Ale o tym... potem:)))

wtorek, 9 października 2012

Zwyczajnie niezwyczajne życie

Odkąd często przebywam  w niesamowitych (klik) miejscach (klik), o których częściowo w poprzednim poście coraz bardziej doceniam prostą codzienność.
Żuję, smakuję, odkrywam.
Dziękuję:*
Czasem słońce, czasem deszcz. Jak w życiu.

Mój-ci-on wyjechany.
Chciał mnie ściągnąć do siebie, choć na kilka ostatnich dni - niestety to se ne da.
Pracowe liczanki, wyliczanki, przeliczanki, nagłe maile,  kołdra cholernie krótka, a kasy na 2013 wystarczyć musi.
Zatem trza mi być na miejscu i robić swoje - i przeboleć nieobecność tam, gdzie serce ciągnie.
Przeboleję:)

Mnóstwo zadań dodatkowych.
Nagłych, niespodziewanych, na wczoraj.
Atmosfera pracowa często zawiesista, aczkolwiek nie ma tego złego.
Poligon, ot co.
Rosnę w siłę!
Nie zabija, wzmacnia.
Cieszę się;)

Bywam też tutaj (klik!). Polecam z całego serca.
Pożądana umiejętność nie posiadania jedynie słusznej racji i sporej dawki empatii.
Jeśli myślisz schematycznie - nie wchodź.
Niczego nie zrozumiesz.

Dla rozrywki, oddechu i współbycia zaglądam tutaj (takoż klik!).
Świetnie się bawię, czasem coś odkryję, gospodynię bardzo lubię:)
Serdeczności, Li!

No i oczywista oczywistość:

(źródło - chustka.blogspot.com).

Jeśli masz nadmiar krwistego płynu to przelej, dla niej.
Nadmiar dostanie się innym potrzebującym.
Ja - choć mam rzadką grupę 0 rh - - oddać nie mogę.
Skutecznie wyłączają mnie dodatnie HBS-y.
Wielka szkoda.

P.S. I tak żyjemy sobie zepsem i czekamy na Pana:)
Serce się rwie w Góry Stołowe, ale serce przeszkolone, serce poczeka.
Jeszcze pojedziemy!

P.S.2 - z dedykacją dla tych, o których dziś i wczoraj pisałam.
Z miłością:*




sobota, 29 września 2012

Nie mam pomysłu na tytuł.

Najpierw proszę tutaj (klik!).
Poźniej, zarezerwowawszy 37 minut i 24 sekundy - tutaj (również klik).
Może się przydać coś do obtarcia oczów i nosa.

Zawartość i wartość - jak dla mnie - bezcenna.

P.S. Teraz o mnie:
  1. 10 lat - śmierć 85-letniego dziadka. Na  żywo, naprawdę, hic et nunc. Moja dziecięca (nad)wrażliwość ogromna, przyjęcie prawdy o śmierci - proste. Tak widać jest i tak ma być. Wszystko słyszę i widzę. Dziadek umiera w domu, jestem świadkiem, mama płacze i opiekuje się do końca, o wszystkim wiem. Amen.
  2. 19 lat - samobójstwo przyjaciółki. Przeżycie ogromne, świadomość śmierci - normalna. Śmierć JEST i nie można od niej uciec.
  3. 25 lat - śmierć 85-letniej babci. Oswojenie, zero strachu, współuczestniczenie w opiece, obecność do ostatniego oddechu. Obserwacja odchodzenia... babcia "pakowała się" przez 15 lat przed śmiercią, przeżyła większość swoich dzieci... i nie bała się śmierci. Czekała na nią jak na dobrego gościa. I tak odeszła - spokojna, pogodzona. Od tego czasu wiem, jak wygląda agonia. I zupełnie się jej nie boję.
  4. Półtora roku temu... (klik!) zbieram owoce wcześniejszych "treningów". Dzisiaj to wiem, dopiero dzisiaj.
Nie warto ukrywać prawdy o chorobie i o umieraniu.
Nie warto oszukiwać siebie i innych.
Dzięki temu, co w moim życiu dane mi było przeżyć jestem zahartowana.
Nie wiem tylko, jak to się sprawdzi w kontekście mojego własnego odchodzenia.
Jedno wiem - na bank, na 100% będę mogła o tym się przekonać!

P.S. Na dole i drobnym drukiem - jedyne, czego nie umiem sobie wyobrazić to odchodzenie własnego dziecka. Mam nadzieję, że nie będę musiała tego doświadczać... mam nadzieję.

niedziela, 23 września 2012

Żyję:)

i mam się, choć bywam tak rzadko, że kiedy wczoraj mój własny blog pokazał m się w nowej odsłonie wewnętrznej to zeszłam. Ale nic to - lubię wyzwania, dam radę:)

Obiecałam foty, fot nie było, ktoś mi przypomniał o słowie harcerza.
Jakby nie patrzeć harcerz ze mnie marny:)
Kilka udziergów leży nie sfoconych, remont trwa, brakuje tła, miejsca i dobrego światła. Ale mam taką jedną robótkę, taką specjalistyczną, co jeść nie woła, żaden termin nie goni, można ją w każdej chwili wytargać z zakamarków i trachnąć elemencik.
A elemencików mnóstwo:)

Skąd pomysł? Z raverly, o stąd właśnie (klik).
A dlaczego właśnie to? Nie pytajcie - nie wiem!
Któregoś dnia wpadło w oko, zamówiłam kilka małych motków katii missisipi, spróbowałam - i wciągnęło mnie. Będzie narzuta, coś około 1,6 m na 2,20, na razie mam 1,6 na 1,6 - całkiem sporo.

No to fotki:








Dzianina trochę pognieciona, ale nie mogę jej za często prasować. No i światło kiepskawe - ale cóż, przyroda:)
Za to kolory wierne i to mnie cieszy.
I sam udzierg też mnie cieszy.
Grzać nie ogrzeje, nie taka jego rola, ale na sam widok tych kwiatów na trawie morda mi się śmieje, a mroczną zimą śmiać się będzie jeszcze bardziej:)

P.S. Pamiętajcie o Joannie (klik). Szczegóły można znaleźć tutaj(klik), trzeba tylko trochę poszukać. Można też pisać do mnie na maila, wyjaśnię, o co chodzi.
Serdeczności ślę - piszcie, jak Wam się ten mój cudak podoba, a jak się nie podoba to też piszcie!:*

piątek, 14 września 2012

Ogłoszenie specjalne

Asia - Chustka ma się nie najlepiej...
Potrzebna jest pomoc, o której można przeczytać tutaj.
Jeśli ktoś może pomóc niech skontaktuje się majlowo na adres podany u Li.
Pomóżcie.
Proszę...