niedziela, 29 września 2013

Obiecane fotki - czasem bywam słowna:)

Primo -chyba zdrowieję.
Znaczy Celsjusz już prawie w normie, nos odetkany, oczy "odpuchły", głowa boli mniej.
Należy zatem przyjąć, że czosnkowy zajzajer (plus inne "smakołyki") regularnie łykany zaczął przekonywać mój organizm, że najwyższy czas wziąć się w garść.
Wońtrupka jeno sprawia trochę problemów (znaczy czosnek w ilościach hurtowych pewnikiem jej nie służy), ale przekonuję ją sylimarolem - i jakoś leci.
A przed chwilką dostała jeszcze własnoręcznie zrobionego winnego grzańca (premiera - ha!), mam nadzieję, że nie odmówi posłuszeństwa. W każdym razie grzaniec pyyyycha - możecie mi zazdrościć:)

Secudno - dziergam!
No wreszcie mię niemoc twórcza opuściła i dziergam z przyjemnością.
Całkiem to miłe - po tylu miesiącach...:)

Tertio - fotki.
Na razie mam udziergu ze 33 cm w pionie (oceniał na oko mój-ci-on:)
Mię się podoba, choć córcianka orzekła, że kolor nie jest musztardowy tylko sraczkowaty.
Pies ją trącał - ona tego nosić nie będzie:)
Zatem wrzucam cienie rzeczy przyszłych - czyli około 15% tego, co ma być, a co na fotce w przedostanim poście.






Kolor najwierniej się sfocił na ostatnim zdjęciu.
Jak się podoba zajawka? Tylko prawdę pisać proszę - bez ściemy!
Dzianina będzie rzecz jasna ładniejsza jak ją wypiorę, ale do tego czasu jeszcze sporo wody w lokalnej rzece upłynie:)

P.S. Mój-ci-on paczał jak fociłam, poczem przed sekundą zajrzał mi przez ramię i znienacka rzucił: "nooo, ładnie ci to wyszło" (w sensie fotki). Wow! Cenię sobie tę dygresję wielce, albowiem na foceniu ten pan się zna:)

sobota, 28 września 2013

W skrócie, albowiem 38,00 Celsjusza na liczniku.

A więc:

1. Na begzlucie jestem od dawna, z małymi wyjątkami. Wyjątki zawsze odchorowuję. Wyjątki mają miejsce na wyjazdach (restauracyjne żarcie z vegetą lub innym kucharkiem) albo w chwilach mej słabości (czytaj: pizza na telefon, na szczęście nie częściej niż raz na dwa miesiące).
Odchorowuję zawsze - po glutenie jestem "oczadziała", śpiąca, osowiała, zmęczona.
(albowiem gluta i glutaminianu zupełnie nie używam, za wyjątkiem 1-2 kromek chleba własnego wypieku dziennie, gdzie glutowej mąki jest tylko 30%; do przyprawiania potraw używam jeno czystych ziół - stąd silna reakcja organizmu, jeśli na glutaminian gdzieś się przypadkiem lub świadomie natknę).

2. Szczepić się nie będę - nie i już! Wiary szczepieniom nijak nie daję, jeśli mię zaszczepią to chyba z rewolwerem przystawionym do skroni. Dlaczego? Poszukajcie, poczytajcie. Swoje wiem. Żadnych rutinoscorbinów i chemicznej witaminy C łykać nie będę - również swoje wiem. Witaminę D ewentualnie tran rozważam - to wydaje się mieć sens.

3. Od miesiąca wciągam co rano budwigowe siemię lniane (złociste znaczy) - dwie łyżeczki ŚWIEŻO (ważne!) zmielonych ziaren, do tego 1/4 szklanki lekko ciepłej wody. I se wypijam. To bomba mikroelementowa i witaminowa. Nawet se kupiłam specjalny młynek - znaczy do kawy młynek, ale ja w nim nie kawę jeno siemię rozdrabniam. No i właściwie mój-ci-on mi kupił:) Ten młynek znaczy.

4. Od wczoraj piję nalewkę aloesową domowej roboty (od mamy - sobie zrobiła, "dziecku" oddała, ot co), 3 razy dziennie po stołowej łyżce. Nalewka na czerwonym winie i miodzie, mniam:) Mogłabym zechlać wsio - od razu :)

5. Dziś zrobiłam "eliksir" czosnkowo - cytrynowo - miodowy, według stosownego przepisu. Chory ma zażywać łyżkę stołową co 3-4 godziny, zdrowy profilaktycznie 1 łyżkę wieczorem. Jam chora, więc mię ta wyższa częstotliwość obowiązuje. Capię okrutnie, ale piję toto co 4 godziny, da się zełknąć bez problemu. Wieczorkiem profilaktyczną łyżkę wypije mój-ci-on i będziemy se capić obacwaj, znaczy nikt nikomu capić nie będzie:)

6. W planach jest jeszcze wieczorna herbatka ze świeżego imbiru z cytryną - jeśli sił wystarczy, coby ją uwarzyć.

7. Mam plan oraz ambicję wyjść z tej wtórnej infekcji bez chemicznych antybiotyków - życzcie mi powodzenia. Wszystko co poradziliście w komciach obczytałam bardzo uważnie, wybrałam to, co wydawało mi się sensowne i akceptowalne dla mię. Oczywiście za każdą radę bardzo serdecznie dziękuję - wszem i wobec i każdemu z osobna. Obiecuję przeczytać wszystkie komcie raz jeszcze (po odzyskaniu właściwej temperatury ciała) i rozważyć ponownie każdy wpis - i skorzystać, jeśli uznam za stosowne. Póki co realizuję plan "A" i obiecuję raportować, jakie będą skutki i czy obędzie się bez kolejnego antybiotyku. Jeśli się obędzie to odtrąbię pierwsze zwycięstwo, po czym eliksiry w ostatnich dniach poczynione łykać będę conajmniej do maja!

8. Idę zmierzyć gorączkę, bo coś mię się wydaje, że spadła, znaczy czuję się deczko lepiej:) I jeśli to "lepiej" się utrzyma to zabieram się za ponczo - już kawałek mam, trza lecieć z koksem, póki siły są. Jeśli będą to może jutro jakaś focia. Z naciskiem na "może":)

9. Jeszcze raz buziole i serdeczne dzięki za każdą dobrą radę pod poprzednim postem! Nie spodziewałam się aż takiego odzewu i dlatego baaaaaaaaaaaaaaaaaardzo dziękuję:***


czwartek, 26 września 2013

Antybiotyk się skończył

i przypałętał się wirus.
Urwa jego mać.
Ledwie dycham, a pracować trza.
Nie-mam-sił.

Plany włóczkowe nadal są.
Takie (znaczy podobne, bo modyfikacje poczynię, a jakże):



Włóczka przyjechała dzisiaj.
(znaczy Alaska poczeka, bo jednak Nepal będzie miał pierwszeństwo - chyba, że mię się odwidzi, o czem powiadomię).

Nos mam jak klaun.
Oczka niczym Chinka.
Samopoczucie jak skopany pies.

Idę zdychać - lub odżywać.
Się okaże.

P.S. Jak naturalnie poprawić odporność organizmu?
Jakieś nalewki domowej roboty, syropy, zioła?
Mam dość antybiotykoterapii.
Pomóżcie - jakby kto miał pomysła.
Obiecuję, że się zastosuję pokornie i najgorsze świństwa łykać będę.
O skuteczności wyżej wymienionych zdam sprawę z wdzięcznością wielką.

Zakopuję się zatem w piernatach.
Do czasu okresowej (sennej znaczy) utraty przytomności przebywać będę w okolicach okołoblogowych oraz fejsowych.
I będę czekać na Wasze pomysły zdrowotnościowe.
Mam dość bakterii, wirusów i innych paskudztw.
Niech idą w pierniki!


wtorek, 24 września 2013

Jako że

w pracy i  w domu o tej porze roku mam "zimny wychów cieląt" zatem co roku potrzebuję od września do kwietnia ciepłych dużych swetrów i poncz, coby porządnie się ogrzać.
Poncza jeszcze by się znalazły ze dwa, ale swetry "wyszli".
Zatem poczyniłam zakup, a ponieważ gadziny mają być duże, tunikowe i naprawdę grube to i wełna musiała być odpowiednia.

W ramach procesu minimalistyczno - oszczędnościowego również cena grała rolę.
Padło na Alaskę Dropsa, bo Lima i Nepal mi się ciutkę przejadły.
Dziś paczkonosz kurier uprzejmie doniósł grubą pakę rzeczonej Alaski.
Robię próbkę i zaczynam dziać.
Będą swetrzyska.
Jak dobrze pójdzie to dwa.
Pewnie szybko nie będą - ale będą na pewno, bo mi zimno.

Efekt marznięcia (głównie w pracy, bo mam bardzo zimny pokój) już jest - antybiotyk leci od tygodnia, zdrowienie idzie kiepsko.
Leżałam tylko trzy dni,  bo czas pracowy gorący.
Trzeba by się wziąć za długotrwałe cierpliwe budowanie odporności.
Mimo wszystko i tak nie oddam chłodnych pór roku za wściekłe upały.
Wolę chuchać niż dmuchać.

P.S. Przepraszam za niewywiązanie się z obietnic przepisu na sos paprykowy.
Byłam zarobiona.
Czy to jeszcze aktualne?
Pisać ten przepis?

środa, 28 sierpnia 2013

W necie i na blogu

bywam ostatnio rzadko.
Życie psze Państwa - życie!

Przetwory - potwory pochłonęły mię żywcem.
(Sos paprykowy rządzi - komu przepisik, komu?
Słoików wszelakich mam już póki co ponad 200 szt - ha! A następne w drodze, znaczy w garnku:)
Na dodatek jeszcze w ujkęd plus poniedziałek było w chałupie totalne beznecie.
Awaria psze Państwa OGÓLNOPOLSKA.
Znaczy się odwyk:)

Dziś polazłam na moje hektary (tfu - ary znaczy się).
Obaczyć, ile szparagowej fasolki będzie do zebrania w sobotę.
Późno sianej fasolki na jesienny zbiór zwanej Złotą Saxą (plenna gadzina jak cholera - polecam!).
Obżarłam się wpierw jeżyną bezkolcową i brzoskwiniami, zerwałam czternastą (piętnastą?) maczugę Herkulesa (czytaj: cukinię:), po czem polazłam w fasolkę.
Wylazłam z pełnem wiadrem, znaczy półtorakilogramowem zbiorem.
W sobotę zbiór następny.
Bedzie tego ze czy razy tyle...
Za to zimą będzie Wielkie Żarcie:)

Robota pracowa idzie (musi, nie ma bata).
Popołudniami dziergam szybkie obiady, po czem tworzę i przetwarzam, co Bóg dał (albo co kupiłam:).
Jutro będziemy tworzyć wespół wzespół z córcianką.
Przy drinkach.
Będzie pewnikiem "pijane leczo":)))
Dzierganie włóczkowe leży odłogiem - trza wpierw piwnicę zapełnić.

Nie mam pomysła na aronię.
Nalewka - nie.
Dżem - nie!
Jakaś podpowiedź...? Please!
Wdzięczna będę wielce.

P.S. Violet - mail najpewniej wjutro.
P.S. Kaczka - patrz jak wyżej.
Się postaram dziewczynki - serioserio.
Ino tej roboty (w pracy i w domu) po cholerze jest, a wieczorem naryjopad...
Ale się postaram.
Nie traćcie nadziei!
:***


czwartek, 22 sierpnia 2013

Danusia

umarła.
W niedzielę o 12.00.
Wczoraj był pogrzeb.

Ja - żyję, dalej przetwarzam, tworzę, działam, planuję...
Do czasu, kiedy podzielę jej los.
Jak każdy z nas zresztą.

... myślicie o swojej śmierci?
Że przyjdzie, kiedy przyjdzie, jaka będzie?
Że każdemu taki sam koniec...?

Czasem myślę,
że to jedyna sprawiedliwość na tym świecie.
Albowiem nikt się nie wywinie.
I każdy odejdzie zostawiając wszystko.
Oby nam dane było odchodzić bez niepotrzebnego cierpienia...

sobota, 17 sierpnia 2013

Zwyczajność.

Ledwie siedzę.
Za zmęczenia.
Nic a nic nie żartuję - serioserio.
Zmęczona fizycznie do tak zwanego imentu nie posiadam dziś problemów żadnych - oprócz bólu prawej ręki (od pędzla), nóg (od baaaardzo długiego stania oraz baaaaaardzo licznych przysiadów) oraz dotkliwego pragnienia walnięcia się w bety (co za chwilkę z lubością uczynię).

Rustykalne, drzewnianne drzwi właśnie "dochodzą".
Sztuk pięć, wraz z ościeżnicami.
Dwa dni (wczoraj i dziś znaczy), każda para dwukrotnie bejcnięta (średni dąb) oraz czy pary dwukrotnie polakierowane półmatem. Pozostałe dwie polakierowane raz, reszta w poniedziałek.
Piękne są - ciepły, z lekka ciemnawy odcień, półmat trafiony w dziesiątkę.
Od roku (opalone i oszlifowane) czekały na swój dzień.
Doczekały się.
Ból prawej ręki oraz liczne przysiady pozostają z drzwiami w związku jak najbardziej bezpośrednim:)

Zatem remont idzie do przodu.
Myślę, że w pięciolatce (jej początek - dwa lata wstecz) się zamknie:)
No cóż - ja i mój-ci-on nie darzymy miłością remontowej rozpierduchy.
A tyyyyle jeszcze przed nami!
"Pchnęliśmy" drzwi - zatem motywacja rośnie i pewnie teraz ruszymy z kopyta, choć koszty trzeba będzie mocno ciąć.
Albowiem zawisło nad nami realne widmo bezrobocia jednego z nas.
Jeszcze jest trochę czasu.
Jeszcze się zobaczy, co tak naprawdę będzie.

Jeśli scenariusz, o którym wiemy się sprawdzi, to... to znaczy że z Polską jest naprawdę bardzo źle.
Ja już nie muszę w to wierzyć, ja to mam na wyciągnięcie ręki.
Firma - duża, bardzo duża, strategiczna dla kraju.
To, co się w niej teraz dzieje pachnie totalną destrukcją - znaczy demontażem (czytaj: prywatyzacją) jednej z najważniejszych dziedzin gospodarki.
Wiem o wymuszanym cięciu kosztów liczonych w miliony, o licznych planowanych zwolnieniach (ludzie nie są informowani, kto się z pracą będzie musiał pożegnać, wiedzą jedynie, że zwolnienia będą).
Przewiduję doprowadzenie firmy do upadłości lub do jej skraju - i do korzystnej (dla kupującego) sprzedaży.
I wiem, kto planuje ten zakup.
I słabo mi w związku z tym...

Będzie, co ma być.
Nie lubię się martwić więc tego nie robię, jeno liczę się ze zmianami i staram się na nie przygotować.
Liczę każdy grosz, kupuję tylko to, co konieczne.
I tylko tak bardzo bym chciała, żeby wystarczyło na tegoroczne narty... a nie wiem, czy mając taką perspektywę odważę się na ten cel wydać choćby złotówkę.
Raczej się nie odważę - i dlatego czasem trochę mi smutno.
Ale tylko czasem:)

Niedawno byłam zepsem - sierpniowe gwiazdy świecą przecudnie, a noc taka ciepła... uśmiecham się do niej i ciepło mi na sercu.
A poza tym zaklinam letnie dobra w słoiki - mam ich już ze 150, z czego ponad 50 to cukiniowe leczo, które darzymy oboje miłościom wielkom:)
Jesienią i zimą dokupi się tylko i poddusi jakieś drobiowe mięsko, dołoży trochę startego czosnku - i obiadek za pięć zeta będzie, na dodatek zdrowy jak nie wiem co:)
Planuję jeszcze sos paprykowy, planuję paprykę z pomidorami i cebulą (do zupy gulaszowej), planuję pomidorowe przeciery (pomidory w tym roku są śmiesznie tanie) i fasolkę szparagową w pomidorach (fasolka pięknie rośnie, zbiór planowany na połowę września). Jak zdobędę to zrobię jeszcze tarte antonówki (świetne do szarlotki i pleśniaka) oraz powidła śliwkowe (mniam!). Aha - jeszcze muszę dorobić ogórków po meksykańsku, bo jak dotąd żadne się nie utrzymały - wszystkie pożarłam!

W nielicznych wolnych chwilach powolutku dziergam kolejne ciuszki dla Barbie. Niedługo pokażę.
Czytam. "W sieci" i "Do rzeczy".  Polecam.

W moim szpitalu powoli umiera na raka Danusia.
Zaledwie parę lat ode mnie starsza.
Prosi o modlitwę - wie, że nie ma nadziei, wie, że odchodzi.
Potrzebuje pokoju serca, spokoju ducha, bezpiecznego przejścia do Życia Po Życiu.
Kto się modli niech się za nią pomodli, ok?
Życia nie miała łatwego.
Niechby więc wpadła z ziemskiego marszu prosto w Kochające Ramiona...

I tak to.
Życie i śmierć.
Praca i jej potencjalny brak.
Remonty, przetwory i cudne fizyczne zmęczenie.
Sierpniowa rozgwieżdżona noc.
Pochrapujący na legowisku pies.

Zwyczajność.
Po prostu życie...

niedziela, 11 sierpnia 2013

Przez ostatnie trzy tygodnie

dziergałam całymi godzinami.
Zamówione Barbiowe kreacje dla małej dziewczynki.
Bawiłam się jak dziecko, ale i napracowałam nieźle.

Barbiów jest trzy.
Powstały zatem trzy sukienki koktajlowe, a do nich ozdobne opaski na włosy.
Powstały kiecki balowe - długie, piękne, ze stosownymi na okoliczność dekoltami.
Dziergnęłam też kilka zestawów cieplejszych -  w końcu jesień za pasem.
Na sam koniec poczyniłam czarne futerko ze srebrną błyszczącą nitką.

Fasony obmyślałam sama, dobierałam dodatki.
Rzecz jasna zwieńczeniem dzieła - po wręczeniu dziewuszce ciuszków dla lalek - miała być sesja zdjęciowa rzeczonych pannic w ich nowych kreacjach.

Pogoda była piękna i przyjazna wielce.
Światło fantastyczne.
Plener sesyjny - ciekawy, dający możliwości.

Zaczęłam fotografować.
Trzasnęłam kilkanaście fotek.
I jasny gwint, jasna cholera i co tam jeszcze - zdechły mi akumulatory do aparatu!
Pogalopowałam po zapasowe baterie.
Aparat po nich ani drgnął...

Wściekła jestem jak nie wiem co.
Będę musiała dokończyć focenie za jakiś czas (najwcześniej za miesiąc będę tam znów).
Dziś pokażę jedną dziesiątą wszystkiego, co zrobiłam - i nie są to modele, które uważam za najciekawsze.

Zatem do dzieła:

Legginsy i tuniczka z golfem:


I w innym ujęciu:

 
Sukienka:



Zbliżenie:


Sukienka z żakiecikiem:


I zbliżenie:


I inne ujęcie:


Kawałeczek sukienki z bolerkiem (reszta zdjęć prześwietlona):


Na koniec futro:)


Wszystkie zdjęcia wiernie oddają kolorystykę i fason - za wyjątkiem ostatniego. W rzeczywistości "futro" jest czarne, a srebrzysta nitka jedynie pięknie błyszczy.

P.S.1. Po cichu Wam powiem, że sto razy wolę dziergać duże ciuchy! Ile pracy trzeba włożyć w takie małe ciuszki, żeby je elegancko wykonać, a później wykończyć wie tylko ten, to je dziergał. Myślałam, że już od nich odpocznę, ale mam zamówienie na następne! Dziewuszka bawiła się nimi całe dwa dni, po czym zamówiła jeszcze spódniczki, bluzeczki i inne gadżety:) 
Zatem druga runda przede mną.
Mam nadzieję, że nie zdziecinnieję:)))
Ach - i koniecznie muszę dokupić butki! Laleczki nie mają butków - może ktoś ma na zbyciu? chętnie odkupię.

P.S.2. Większość ciuszków zrobiłam na szydełku. A sfociły się prawie wszystkie druciane zarazy! Doprawdy, co najmniej zastanawiające...:)

wtorek, 30 lipca 2013

Dziś przeżywam.

Wtedy... wtedy byłam cała połamana.
W środku.
Po koszmarnym przeżyciu, po czymś, co nie mieściło mi się w głowie.
Na krawędzi.

I właśnie wtedy Go zobaczyłam, dostrzegłam.
A właściwie zaczęłam dostrzegać... i trochę podglądać.
Był z piękną dziewczyną, która wydawała się być zakochana w Nim po same uszy.
Była naprawdę cudna i taka... taka jakaś autentyczna.
Tak ją postrzegałam.

Przychodził zawsze razem z nią, myślałam, że są parą.
Zawsze też wracali razem.
Tego dnia było inaczej - rozstali się tuż po zajęciach.

Później się okazało, że zupełnie przypadkiem  wsiedliśmy do tego samego tramwaju.
On i ja.
Uśmiechnął się.
Uśmiechnęłam się.
Podeszliśmy do siebie, przedstawiliśmy się sobie... i przegadaliśmy całe 15 minut wspólnej jazdy.
Ja wysiadłam pierwsza, On pojechał dalej.

Wysiadłam, przeszłam kawałek drogi, a później stanęłam jak wryta.
I zaczęłam myśleć, co jest, co mi jest!
Zakochałam się, zauroczyłam? Nie, nie byłam do tego zdolna, nie wtedy, nie po tym, co przeszłam.
Stojąc w miejscu myślałam dalej, próbowałam dojść, co się zadziało.
Dojście do prawdy zabrało mi kilka dni.

Te 15 minut w tramwaju było spotkaniem z kimś, kto miał wrażliwość taką jak ja, wartości takie jak ja.
Kto był do bólu prawdziwy.
Tak czułam, odbierając ten niewerbalny przekaz całą sobą.

Później... później poznaliśmy się bliżej.
Piękna nie była Jego dziewczyną, choć była w Nim zakochana.
Łączyła ich umowa, łączyły wspólne zajęcia, po których odprowadzał ją do domu.
A właściwie odwoził.
Robił tak, bo do tego się wcześniej zobowiązał, zanim jeszcze pojawiłam się ja.
Nawet wtedy, gdy byliśmy już parą nadal towarzyszył jej w drodze o domu, a ja wracałam sama.
Dziwne, prawda?
Z zajęć wychodziliśmy razem, ja byłam już Jego dziewczyną, a On inną odprowadzał do domu.
Jakaż wiarygodność, jakie dotrzymywanie słowa!
Nie, nie byłam na Niego zła.
Postrzegałam taką postawę jako coś bardzo wartościowego.

Kiedy zaczęliśmy się spotykać powiedziałam Mu, co się ze mną stało. O swoim połamaniu.
Widziałam, jak się zakochuje, jak Mu na mnie zależy - i jak nie jestem w stanie tego zaangażowania odwzajemnić.
Zrozumiał.
Przyjął mnie taką, jaką byłam i powiedział, żebyśmy spotykali się nadal. Że zobaczymy. Że nic na siłę.

Ta wolność spowodowała, że stawał mi się coraz bliższy, a moje serce przy Nim zaczęło się sklejać, zabliźniać.
Dzień po dniu, tydzień po tygodniu swoją postawą potwierdzał to pierwsze "tramwajowe" wrażenie, jakie na mnie zrobił.
I przyszedł dzień, kiedy dotarło do mnie, że kocham...że Go kocham.

Wrażliwość taka, jak moja.
Wartości, życiowe fundamenty też takie same.
Prawdziwość, autentyczność i dotrzymywanie słowa.
To, co odkryłam wtedy nadal jest takie samo!
Potwierdzam to dziś - dokładnie po 30 latach naszego małżeństwa.

30 lipca 30 lat temu wzięliśmy ślub.
Urodziliśmy dwójkę dzieci, które juz poszły w pierniki, znaczy na swoje:)
Oboje jesteśmy ludźmi z krwi i kości.
Niejeden raz mieliśmy ochotę wysłać jedno drugiego w kosmos bez możliwości powrotu
Życie wiele razy nas zaskoczyło i dało nam w kość.
I przyszło też w swoim czasie doświadczenie tak ciężkie, że ledwo ocaleliśmy...
Ale ocaleliśmy - dzięki Bogu!

Uśmiecham się dziś do myśli, że ciągle kocham Tego Faceta (i wiem, że też jestem kochana).
Tego mojego nie-ideała.
Ja - kobieta i żona również nie-idealna.
W środku mnie ciągle mieszka młoda dziewczyna, która nie chce się starzeć i próbuje oszukiwać czas (mam nadzieję, że nie metodą "dzidzia piernik:))).
A w oczach mojego męża oprócz zmęczenia często ostrzegam to samo ciepło, które widziałam, kiedy się poznaliśmy... to ciepło, z jakim na mnie patrzy...

Nie wiemy, co przed nami.
Wiemy jedno: bardzo byśmy chcieli razem się zestarzeć (choć się starzeć nie chcę to przecież muszę:).
Sie zobaczy, co przyniesie życie:)

piątek, 26 lipca 2013

Spływam potem... i przedtem też:)

Ja bardzo poproszę to:


zamiast tego:






33 stopnie w cieniu to masakra.
Szczególnie w pracy.
Papiery kleją się do rąk, dłonie spływają potem, zlasowany mózg odmawia współpracy.
A laptop się przegrzewa.

W tej chwili jest 23:33.
Na zewnątrz 25,5 stopni.
W niedzielę i poniedziałek u mnie ma być 38...

Odżywam wieczorami - kiedy biorę prysznic i ląduje pod "klimą".
Znaczy domowym wiatrakiem:)
Od kilku dni to mój najlepszy nocny przyjaciel:)

Jak znosicie tę kanikułę?
Czy jeszcze ktoś razem ze mną czeka na śnieg?:)

niedziela, 7 lipca 2013

Jeziora i jeziorka

Raptem dwa dni i to niepełne.
Ujkędowe.

Dnia pierwszego - jeziorna motorówka.
Wow!
Pierwszy raz w życiu.
Wrażenia niezapomniane, szczególnie podczas zakrętów:)
A później  żagle.
A właściwie żagielki:)
I wieczorne ognisko, znaczy wspólne żarcie przepysznej kiełbachy (jednak ogniskowa lepsza od grillowanej) pifffkiem zapijanej, przerywane tłuczeniem komarów.
Wszystkich nie zarąbałam - mam na ciele ukomarzenie jedno na drugim.
Ot - zarazy jedne.
Drapię się okrutnie.

Dnia drugiego - górska wycieczka, znaczy górki niskie z pięknymi jeziorkami.
Długa spacerowa trasa z lekką podgórką (Vi wie, o co chodzi, choć wtedy chodziło chyba o niegórkę?:)
Kompanija przednia.
Na koniec głodomorską ekipą wpadliśmy do całkiem miłej knajpki i pożarliśmy obiad, po czem podzieliliśmy się na podgrupy i ruszyliśmy każda w swoim kierunku.
Domowym znaczy:)

Zresetowanam.
Przynajmniej z letka.
Mój-ci-on takoż.

No i niespodzianie zlecenie dostałam!
Od młodej panienki.
Będę dziabać na drutach czy te innym szydełku suknię dla... Barbie!
I muszę się sprawić, obowiązkowo.
Jakieś sugestie lub podpowiedzi?
Będę wdzięczna bardzo:)


czwartek, 4 lipca 2013

Jestem winna info

zatem rzeczone poczyniam.

Oko całe z lekkim jeno uszczerbkiem - ufff!
Rzeczony opiłek (czy też cokolwiek innego) widziałam u dziecka naocznie.
W okularach - zaznaczam!
Błyszczał po cholerze, w lewym oku siedział.
W źrenicy.
Po czem następnego dnia wziął i się zutylizował!
Znaczy już go nie widziałam.
Znaczy samoistnie wypadł:)
Pan okulistycznie kształcona stwierdziła jeno rankę (na)oczną i ostry stan zapalny.
Zatem uff raz jeszcze i Bogu dzięki.

Oko zdrowieje, dziecko pracuje, ojciec dziecka niespodzianie powrócił na dni kilka w domowe pielesze - wolność panie, wolność!:)

P.S. Łoterloo - czy Ty masz pojęcie, że ten, w którego narodzinach netowo uczestniczyłaś we wrześniu idzie już do zerówki?
Czy Ty naprawdę masz pojęcie?:)

P.S.2 To co powyżej - ok.
Reszta jest do dupy.
(znaczy nie cała... domowa jest ok). 
Ale nie będę o tym pisać.
Przeżyję, pozbieram się niczym feniks z popiołów i może jeszcze pożyję.
Łatwo nie jest.
Ale komu dziś jest łatwo...

Serdeczności Wam, ludzieńki:)