piątek, 10 kwietnia 2015
Kiedy brak
własnych sensownych słów trzeba pozwolić przemówić Poecie.
W piątą rocznicę Smoleńska, w piątą rocznicę Drugiego Katynia.
Z nadzieją, że Prawda zostanie poznana, a świat wreszcie przyjmie Zabitych na spokojne łoże...
Z dedykacją dla Prawych, których dziś tak bardzo brakuje.
I których jak dotąd nikt nie może zastąpić.
Dziś, 10.04.2015.
Pięć lat po tym Strasznym Dniu.
1
Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,
Że ci ze złota statuę lud niesie,
Otruwszy pierwéj...
Coś ty Italii zrobił, Alighiery,
Że ci dwa groby stawi lud nieszczery,
Wygnawszy pierwéj...
Coś ty, Kolumbie, zrobił Europie,
Że ci trzy groby we trzech miejscach kopie,
Okuwszy pierwéj...
Coś ty uczynił swoim, Camoensie,
Że po raz drugi grób twój grabarz trzęsie,
Zgłodziwszy pierwéj...
Coś ty, Kościuszko, zawinił na świecie,
Że dwa cię głazy we dwu stronach gniecie,
Bez miejsca pierwéj....
Coś ty uczynił światu, Napolionie,
Że cię w dwa groby zamknięto po zgonie,
Zamknąwszy pierwéj.....
Coś ty uczynił ludziom, Mickiewiczu?...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
2
Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie,
Gdzie? kiedy? w jakim sensie i obliczu?
Bo grób twój jeszcze odemkną powtórnie,
Inaczej będą głosić twe zasługi
I łez wylanych dziś będą się wstydzić,
A lać ci będą łzy potęgi drugiej
Ci, co człowiekiem nie mogli cię widziéć...
3
Każdego z takich, jak ty, świat nie może
Od razu przyjąć na spokojne łoże,
I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem,
Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,
Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem
Później... lub pierwéj...
C.K. Norwid.
P.S. Rodziny są tutaj. I mnóstwo bezcennych materiałów, PRAWDZIWYCH materiałów.
Warto tam zaglądać, warto czytać, warto.
A tu bardzo ciekawa wypowiedź, trafiłam na nią wczoraj.
W piątą rocznicę Smoleńska, w piątą rocznicę Drugiego Katynia.
Z nadzieją, że Prawda zostanie poznana, a świat wreszcie przyjmie Zabitych na spokojne łoże...
Z dedykacją dla Prawych, których dziś tak bardzo brakuje.
I których jak dotąd nikt nie może zastąpić.
Dziś, 10.04.2015.
Pięć lat po tym Strasznym Dniu.
1
Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,
Że ci ze złota statuę lud niesie,
Otruwszy pierwéj...
Coś ty Italii zrobił, Alighiery,
Że ci dwa groby stawi lud nieszczery,
Wygnawszy pierwéj...
Coś ty, Kolumbie, zrobił Europie,
Że ci trzy groby we trzech miejscach kopie,
Okuwszy pierwéj...
Coś ty uczynił swoim, Camoensie,
Że po raz drugi grób twój grabarz trzęsie,
Zgłodziwszy pierwéj...
Coś ty, Kościuszko, zawinił na świecie,
Że dwa cię głazy we dwu stronach gniecie,
Bez miejsca pierwéj....
Coś ty uczynił światu, Napolionie,
Że cię w dwa groby zamknięto po zgonie,
Zamknąwszy pierwéj.....
Coś ty uczynił ludziom, Mickiewiczu?...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
2
Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie,
Gdzie? kiedy? w jakim sensie i obliczu?
Bo grób twój jeszcze odemkną powtórnie,
Inaczej będą głosić twe zasługi
I łez wylanych dziś będą się wstydzić,
A lać ci będą łzy potęgi drugiej
Ci, co człowiekiem nie mogli cię widziéć...
3
Każdego z takich, jak ty, świat nie może
Od razu przyjąć na spokojne łoże,
I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem,
Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,
Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem
Później... lub pierwéj...
C.K. Norwid.
P.S. Rodziny są tutaj. I mnóstwo bezcennych materiałów, PRAWDZIWYCH materiałów.
Warto tam zaglądać, warto czytać, warto.
A tu bardzo ciekawa wypowiedź, trafiłam na nią wczoraj.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Nazbierało się tego
Oj, nazbierało:)
Cyknęłam fotkę zbiorczą, taki uroczy bałaganik, niestety wyszła nieostra, a na powtórkę nie mam już czasu.
To lecę po kolei.
To już znacie - czeka tylko na połączenie i wykończenie. A właściwie czekają obie, bo są dwie, widać?
Dolna czeka na ostatni rządek i wciągnięcie nitek, przy górnej (większej) będzie jeszcze sporo pracy:
Z pokazywanych onegdaj kłębków malabrigo arroyo powstały cztery czapki i dwa kominy, czapki skończone, kominom tylko nitki, a całości porządne sfocenie, ale póki co pokazuję, jak mam:
Tunika arroyo vaa skończona (tylko nitki, nitki, nitki), zdjęcie fatalne, ale MUSIAŁAM, a udzierg się suszi:) Już wiem, że będzie potrzebna niewielka przeróbka, zrobię ją ogólnie znanym chitrym sposobem i zajmie mi to nie więcej, niż jeden wieczór:
Poniżej próbkuję, to bawełna z wiskozą lana gatto, bawię się pierwszym z brzegu ściegiem, ciężko się przestawić ze sprężystego malabrigo na sznurek, ale muszę potrenować:) Podoba mi się to, co widzę, muszę pomyśleć nad jakimś ażurem, wszak to ma być udzierg letni, nie wiem tylko, czy tego typu włókno dobrze mi się zblokuje. Pięknie proszę o podpowiedź, nigdy jeszcze nic z takiej mieszanki nie robiłam i nie wiem, czego się spodziewać. Wiem, że będzie to dzianina lejąca się, ale czy się zblokuje? Poradźcie coś, pliiiis.
A teraz kompletna nieprzyzwoitość, po prostu nie wiem, jak się wytłumaczyć, ale TO chodziło za mną już strasznie długo i wreszcie się zdecydowałam. Planuję czarną bluzkę i białą tunikę, muszą być ażury, lekkość, zwiewność - jedwabie i koronki jednym słowem. Pomysłu jeszcze nie mam, słabo mi na samą myśl, że mam się za TO wziąć, trzeba się będzie przełamać:)
Zakładkę do książki dostałam od jednej z blogokoleżanek, bardzo ją lubię, choć ostatnio towarzyszą mi głównie audiobooki z tabletu lub kindelek:)
Przy ostatnich dziergankach towarzyszyła mi "Droga". Bardzo trudna lektura, trzeba do niej mocnych nerwów. Niemniej to dobra książka. Tak myślę.
Serdeczności wszystkim zaglądającym:*
Cyknęłam fotkę zbiorczą, taki uroczy bałaganik, niestety wyszła nieostra, a na powtórkę nie mam już czasu.
To lecę po kolei.
To już znacie - czeka tylko na połączenie i wykończenie. A właściwie czekają obie, bo są dwie, widać?
Dolna czeka na ostatni rządek i wciągnięcie nitek, przy górnej (większej) będzie jeszcze sporo pracy:
Z pokazywanych onegdaj kłębków malabrigo arroyo powstały cztery czapki i dwa kominy, czapki skończone, kominom tylko nitki, a całości porządne sfocenie, ale póki co pokazuję, jak mam:
Tunika arroyo vaa skończona (tylko nitki, nitki, nitki), zdjęcie fatalne, ale MUSIAŁAM, a udzierg się suszi:) Już wiem, że będzie potrzebna niewielka przeróbka, zrobię ją ogólnie znanym chitrym sposobem i zajmie mi to nie więcej, niż jeden wieczór:
Poniżej próbkuję, to bawełna z wiskozą lana gatto, bawię się pierwszym z brzegu ściegiem, ciężko się przestawić ze sprężystego malabrigo na sznurek, ale muszę potrenować:) Podoba mi się to, co widzę, muszę pomyśleć nad jakimś ażurem, wszak to ma być udzierg letni, nie wiem tylko, czy tego typu włókno dobrze mi się zblokuje. Pięknie proszę o podpowiedź, nigdy jeszcze nic z takiej mieszanki nie robiłam i nie wiem, czego się spodziewać. Wiem, że będzie to dzianina lejąca się, ale czy się zblokuje? Poradźcie coś, pliiiis.
A teraz kompletna nieprzyzwoitość, po prostu nie wiem, jak się wytłumaczyć, ale TO chodziło za mną już strasznie długo i wreszcie się zdecydowałam. Planuję czarną bluzkę i białą tunikę, muszą być ażury, lekkość, zwiewność - jedwabie i koronki jednym słowem. Pomysłu jeszcze nie mam, słabo mi na samą myśl, że mam się za TO wziąć, trzeba się będzie przełamać:)
Zakładkę do książki dostałam od jednej z blogokoleżanek, bardzo ją lubię, choć ostatnio towarzyszą mi głównie audiobooki z tabletu lub kindelek:)
Przy ostatnich dziergankach towarzyszyła mi "Droga". Bardzo trudna lektura, trzeba do niej mocnych nerwów. Niemniej to dobra książka. Tak myślę.
(zdjęcie z serwisu audioteka.pl)
Serdeczności wszystkim zaglądającym:*
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
I jest jak zwykle
NIEZWYKLE.
Bo przecież Ten czas, Ta śmierć, Ten grób.
Ta Sobotnia Wielka Cisza.
I Ten Poranek, kiedy we wnętrzu zostaje jedynie zwój białych szat.
"Zabrano Pana i nie wiemy, gdzie go położono!".
Rozdziawione usta pierwszych świadków Wielkiego Pustostanu.
Kobieta, ta ladacznica co ją z więzów wyzwolił, której pozwala się zobaczyć jako pierwszej, jak zwykle wywracając wszystko do góry nogami.
Kocham Go za to i uwielbiam:)
Jestem Jego, cokolwiek i gdziekolwiek się zdarzy.
W moich żyłach płynie Jego Krew, królewska Krew.
Jestem Jego, bo mnie kocha i nie przestanie.
Bylebym nigdy o tym nie zapomniała.
A zresztą.
Jeśli zapomnę to będzie mi przypomniane.
Świętujemy w siódemkę.
Spokojnie, niespiesznie, bez opasłych brzuchów, bez niestrawności.
Kobiety niezmęczone, uśmiechnięte i wystrojone, mężczyźni zadowoleni.
Niczego nam nie brakuje, choć wszystkiego jest niewiele.
Bawimy się.
Rozrzut wiekowy - 73 lata, ha!
Na czołach mamy przyklejone karteczki, każdy na podstawie zadanych innym pytań z możliwą odpowiedzią "tak" lub "nie" ma odgadnąć, kim jest. Wiemy, że jesteśmy zwierzętami. Jestem papugą i wcale nie idzie mi łatwo:)))
Drugą rundę ordynuje junior i mówi, że teraz to on będzie wymyślał i że to będą czynności, no takie po prostu czynności. Wypisuje dane na karteczkach, oblepia nam czoła.
Stajemy w szranki.
Rżymy do wypęku.
Odgaduję z trudem.
Zobaczcie, w co mnie wrobił:
Przydałaby się enigma:)))
Wieczorem dzwoni tato. Ten ziemski.
"Wiesz córeczko, chciałem ci coś powiedzieć.
Bo zapomniałem, wiesz, ja czasem zapominam.
Wyjątkowo pięknie dzisiaj wyglądałaś".
Wzruszam się, choć mówi mi to zawsze, kiedy jest takiego zdania.
Wzruszam, bo nie wiem, jak długo jeszcze.
Tak się wychowuje kobiety, które nie mają kompleksów na punkcie swojego wyglądu.
Nie mają ich nawet wtedy, kiedy tracą młodość.
Ojcowie, mówcie swoim córkom, że je kochacie.
I że są piękne.
Tego skarbu nie da się przecenić.
I prościej jest wtedy do pewności, że w ich żyłach płynie Królewska Krew.
Jego Krew.
Bo przecież Ten czas, Ta śmierć, Ten grób.
Ta Sobotnia Wielka Cisza.
I Ten Poranek, kiedy we wnętrzu zostaje jedynie zwój białych szat.
"Zabrano Pana i nie wiemy, gdzie go położono!".
Rozdziawione usta pierwszych świadków Wielkiego Pustostanu.
Kobieta, ta ladacznica co ją z więzów wyzwolił, której pozwala się zobaczyć jako pierwszej, jak zwykle wywracając wszystko do góry nogami.
Kocham Go za to i uwielbiam:)
Jestem Jego, cokolwiek i gdziekolwiek się zdarzy.
W moich żyłach płynie Jego Krew, królewska Krew.
Jestem Jego, bo mnie kocha i nie przestanie.
Bylebym nigdy o tym nie zapomniała.
A zresztą.
Jeśli zapomnę to będzie mi przypomniane.
Świętujemy w siódemkę.
Spokojnie, niespiesznie, bez opasłych brzuchów, bez niestrawności.
Kobiety niezmęczone, uśmiechnięte i wystrojone, mężczyźni zadowoleni.
Niczego nam nie brakuje, choć wszystkiego jest niewiele.
Bawimy się.
Rozrzut wiekowy - 73 lata, ha!
Na czołach mamy przyklejone karteczki, każdy na podstawie zadanych innym pytań z możliwą odpowiedzią "tak" lub "nie" ma odgadnąć, kim jest. Wiemy, że jesteśmy zwierzętami. Jestem papugą i wcale nie idzie mi łatwo:)))
Drugą rundę ordynuje junior i mówi, że teraz to on będzie wymyślał i że to będą czynności, no takie po prostu czynności. Wypisuje dane na karteczkach, oblepia nam czoła.
Stajemy w szranki.
Rżymy do wypęku.
Odgaduję z trudem.
Zobaczcie, w co mnie wrobił:
Przydałaby się enigma:)))
Wieczorem dzwoni tato. Ten ziemski.
"Wiesz córeczko, chciałem ci coś powiedzieć.
Bo zapomniałem, wiesz, ja czasem zapominam.
Wyjątkowo pięknie dzisiaj wyglądałaś".
Wzruszam się, choć mówi mi to zawsze, kiedy jest takiego zdania.
Wzruszam, bo nie wiem, jak długo jeszcze.
Tak się wychowuje kobiety, które nie mają kompleksów na punkcie swojego wyglądu.
Nie mają ich nawet wtedy, kiedy tracą młodość.
Ojcowie, mówcie swoim córkom, że je kochacie.
I że są piękne.
Tego skarbu nie da się przecenić.
I prościej jest wtedy do pewności, że w ich żyłach płynie Królewska Krew.
Jego Krew.
czwartek, 2 kwietnia 2015
Miałam zniknąć,
ale jeszcze wpadłam.
Coś mi się przypomniało.
Przez wiele lat przykładałam się bardzo do organizacji świąt wszelakich, głównie pod względem kulinarnym. Z tak zwanych przyczyn niezależnych byłam w tym sama, centrum świętowania natomiast zawsze było u mnie.
Pierwsze lata były cudne, latałam jak fryga, miałam mnóstwo sił i jeszcze więcej pomysłów i chęci.
Po pewnym czasie okoliczności się zmieniły, wiele lat chorowałam, starałam się bardzo, ale po ciężkiej harówie padałam na pysk, a z prawdziwego świętowania niewiele zostawało, bo nie miałam sił.
Później przyszedł czas, że pomagała mi mama i było trochę lżej, ale logistyka i tak była na mojej głowie.
Po jakimś czasie mama już mi w niczym pomóc nie mogła, teraz z kolei ona bardzo chorowała, często nawet w świątecznych uroczystościach uczestniczyć nie mogła. Na dodatek przekwalifikowałam się zawodowo i tak się rokrocznie składało (i nadal składa), że ekstremum i apogeum pracowe ma miejsce w okolicach tak Świąt Bożego Narodzenia, jak i Wielkiej Nocy. Nic dodać, nic ująć.
Poszłam już wtedy po rozum do głowy i chciałam ograniczyć ilość potraw, zminimalizować ilość pracy. Niestety w tym czasie w wiek "budowania siebie" jako pani domu weszła moja córka. Uczyniła siebie organizatorem (cieszyłam się), zatem wymyślała menu (wyczynowe:), dekorowała chałupę, dzieliła robotę pomiędzy nas dwie. Żarcia było do rozparcia, my obie wykończone do imentu. Nie chciałam jednak psuć jej planów i szłam za ciosem.
Minęło parę lat, aż nadszedł ubiegłoroczny grudzień.
I wówczas do akcji wkroczył mój mąż.
Po świętach.
Rzekł, że on sobie nie życzy mieć w chałupie wykończoną żonę i stosy żarcia, których nikt nie jest w stanie przejeść. Wtórował mu zięć - też wolał mieć uśmiechniętą kobitę i zdecydowanie mniej przysmaków.
Poza tym nasi panowie mało się angażują w domowe prace - tak mamy, próbowałyśmy, nie da się tego zmienić, zatem walczyli tak jakby o sprawiedliwość.
Pozostało dogadać się z ambitną kulinarnie córką. Ja nie chciałam tego robić, wziął to na siebie mąż.
Skutek jest fantastyczny:)
Ona w tym roku piecze mięsa (jest w tym świetna), ja piekę dwa ciasta (według życzenia naszych panów), robię jajka w sosie tatarskim i jakąś prostą sałatkę. Mąż upiecze pyszny chleb, sprzątania jest niewiele, więc tegoroczny świąteczny stres kulinarno - sprzątaczy totalnie mnie omija. Okna mam BRUDNE, kiedy była piękna pogoda to chorowałam, teraz jest armagedon i nie zamierzam ich myć. W gronie moich sąsiadek będę się wyróżniać:)
Ten plan został wdrożony raz na zawsze, pilnować tego ma mąż i zaprawdę powiadam wam, on to zrobi:)
A ja?
Ja cieszę się jak dzika norka:)
Dorżnięta sprawami zawodowymi (do 31 marca) tak, że aż płakałam ze zmęczenia i bezsilności mogę sobie teraz pozwolić na powoooolne sprzątanie, niespieeeeeszne kucharzenie... oraz pościk na blogu:)
Ciekawam, jak to wygląda u Was.
Zapracowujecie się na amen czy też nie?
Nie warto.
Naprawdę myślę, że nie warto:)
A mężu memu jestem dozgonnie wdzięczna:***
Coś mi się przypomniało.
Przez wiele lat przykładałam się bardzo do organizacji świąt wszelakich, głównie pod względem kulinarnym. Z tak zwanych przyczyn niezależnych byłam w tym sama, centrum świętowania natomiast zawsze było u mnie.
Pierwsze lata były cudne, latałam jak fryga, miałam mnóstwo sił i jeszcze więcej pomysłów i chęci.
Po pewnym czasie okoliczności się zmieniły, wiele lat chorowałam, starałam się bardzo, ale po ciężkiej harówie padałam na pysk, a z prawdziwego świętowania niewiele zostawało, bo nie miałam sił.
Później przyszedł czas, że pomagała mi mama i było trochę lżej, ale logistyka i tak była na mojej głowie.
Po jakimś czasie mama już mi w niczym pomóc nie mogła, teraz z kolei ona bardzo chorowała, często nawet w świątecznych uroczystościach uczestniczyć nie mogła. Na dodatek przekwalifikowałam się zawodowo i tak się rokrocznie składało (i nadal składa), że ekstremum i apogeum pracowe ma miejsce w okolicach tak Świąt Bożego Narodzenia, jak i Wielkiej Nocy. Nic dodać, nic ująć.
Poszłam już wtedy po rozum do głowy i chciałam ograniczyć ilość potraw, zminimalizować ilość pracy. Niestety w tym czasie w wiek "budowania siebie" jako pani domu weszła moja córka. Uczyniła siebie organizatorem (cieszyłam się), zatem wymyślała menu (wyczynowe:), dekorowała chałupę, dzieliła robotę pomiędzy nas dwie. Żarcia było do rozparcia, my obie wykończone do imentu. Nie chciałam jednak psuć jej planów i szłam za ciosem.
Minęło parę lat, aż nadszedł ubiegłoroczny grudzień.
I wówczas do akcji wkroczył mój mąż.
Po świętach.
Rzekł, że on sobie nie życzy mieć w chałupie wykończoną żonę i stosy żarcia, których nikt nie jest w stanie przejeść. Wtórował mu zięć - też wolał mieć uśmiechniętą kobitę i zdecydowanie mniej przysmaków.
Poza tym nasi panowie mało się angażują w domowe prace - tak mamy, próbowałyśmy, nie da się tego zmienić, zatem walczyli tak jakby o sprawiedliwość.
Pozostało dogadać się z ambitną kulinarnie córką. Ja nie chciałam tego robić, wziął to na siebie mąż.
Skutek jest fantastyczny:)
Ona w tym roku piecze mięsa (jest w tym świetna), ja piekę dwa ciasta (według życzenia naszych panów), robię jajka w sosie tatarskim i jakąś prostą sałatkę. Mąż upiecze pyszny chleb, sprzątania jest niewiele, więc tegoroczny świąteczny stres kulinarno - sprzątaczy totalnie mnie omija. Okna mam BRUDNE, kiedy była piękna pogoda to chorowałam, teraz jest armagedon i nie zamierzam ich myć. W gronie moich sąsiadek będę się wyróżniać:)
Ten plan został wdrożony raz na zawsze, pilnować tego ma mąż i zaprawdę powiadam wam, on to zrobi:)
A ja?
Ja cieszę się jak dzika norka:)
Dorżnięta sprawami zawodowymi (do 31 marca) tak, że aż płakałam ze zmęczenia i bezsilności mogę sobie teraz pozwolić na powoooolne sprzątanie, niespieeeeeszne kucharzenie... oraz pościk na blogu:)
Ciekawam, jak to wygląda u Was.
Zapracowujecie się na amen czy też nie?
Nie warto.
Naprawdę myślę, że nie warto:)
A mężu memu jestem dozgonnie wdzięczna:***
poniedziałek, 30 marca 2015
Już mnie
mało będzie, już znikam.
Tydzień Wielki, Największy się zaczął.
Psią wysoką wielce temperaturą, wezwaniem weta w niedzielę do domu, opieką nad zwierzyną z opuszczeniem niedzielnej Eucharystii (psina moja trzęsła się niczym osika, bałam się, że to JUŻ), niech będzie mi wybaczone.
Infekcja jakowaś jelitowa, zwierzyna ma się dziś dobrze całkiem, antybiotyki w zastrzykach pobiera, żre, skacze i śmiga, zatem to jeszcze NIE TERAZ.
Kończę robotę pracową, po prawdzie doginam masakrycznie, ale jeszcze jutro i będzie po bólu.
Skończyłam męskie malabrigowe czapki (sztuk cztery) oraz kominy (sztuk dwa), są nieskromnie cudne acz proste, pojutrze wysyłam, jutro mam nadzieję sfocić oraz opublikować. Opublikować niekoniecznie jutro:).
Pozdrawiam najcieplej.
Jeśli tylko się zresetuję i wczołgam na Palmę to zniknę mocniej.
Taki czas.
Śmierć.
Milczenie.
Czuwanie.
Zmartwychwstanie.
Bezwzględnie WSZYSTKIM życzę DOBRZE.
Jak NAJLEPIEJ.
Tydzień Wielki, Największy się zaczął.
Psią wysoką wielce temperaturą, wezwaniem weta w niedzielę do domu, opieką nad zwierzyną z opuszczeniem niedzielnej Eucharystii (psina moja trzęsła się niczym osika, bałam się, że to JUŻ), niech będzie mi wybaczone.
Infekcja jakowaś jelitowa, zwierzyna ma się dziś dobrze całkiem, antybiotyki w zastrzykach pobiera, żre, skacze i śmiga, zatem to jeszcze NIE TERAZ.
Kończę robotę pracową, po prawdzie doginam masakrycznie, ale jeszcze jutro i będzie po bólu.
Skończyłam męskie malabrigowe czapki (sztuk cztery) oraz kominy (sztuk dwa), są nieskromnie cudne acz proste, pojutrze wysyłam, jutro mam nadzieję sfocić oraz opublikować. Opublikować niekoniecznie jutro:).
Pozdrawiam najcieplej.
Jeśli tylko się zresetuję i wczołgam na Palmę to zniknę mocniej.
Taki czas.
Śmierć.
Milczenie.
Czuwanie.
Zmartwychwstanie.
Bezwzględnie WSZYSTKIM życzę DOBRZE.
Jak NAJLEPIEJ.
czwartek, 26 marca 2015
Nie pojmuję.
Nie rozumiem.
Niusłik nie jest dla mnie wiarygodnym źródłem informacji.
Onet, wirtualna, interia - takoż.
Niezależna.pl - owszem, jest.
Ona jednak zachowuje wstrzemięźliwość w temacie.
Niepoprawni.pl jeszcze się nie wypowiedzieli.
Ten portal również nie spieszy się z opiniami.
Trzeba mi czekać, a czekanie jest trudne.
Czy poznam prawdę?
Czy dowiem się, co pchnęło 28-latka do morderstwa dokonanego na wszystkich pasażerach samolotu?
Jego rodaków mam nieprawdopodobnie blisko.
Irytująco blisko.
150 osób, w tym ten jeden, który CHCIAŁ.
Reszta MUSIAŁA.
Znów brak mi słów.
Niusłik nie jest dla mnie wiarygodnym źródłem informacji.
Onet, wirtualna, interia - takoż.
Niezależna.pl - owszem, jest.
Ona jednak zachowuje wstrzemięźliwość w temacie.
Niepoprawni.pl jeszcze się nie wypowiedzieli.
Ten portal również nie spieszy się z opiniami.
Trzeba mi czekać, a czekanie jest trudne.
Czy poznam prawdę?
Czy dowiem się, co pchnęło 28-latka do morderstwa dokonanego na wszystkich pasażerach samolotu?
Jego rodaków mam nieprawdopodobnie blisko.
Irytująco blisko.
150 osób, w tym ten jeden, który CHCIAŁ.
Reszta MUSIAŁA.
Znów brak mi słów.
środa, 25 marca 2015
Dużo bym pewnie
mogła mieć do gadania, dziś jednak będzie krótko.
Jest we mnie milczenie i nie chcę mu przeszkadzać.
Uwięziła mnie w domu na kolejny tydzień angina.
Coś obfity w choroby ten rok.
Więc znów pracowe laptopy i segregatory, a w międzyczasie dzierganie i audiobooki.
Do pracy wróciłam wczoraj.
Dobrze mieć gdzieś na półce całe pięć motków zakitranej i nieco zapomnianej włóczki.
A jeśli to już jest malabrigo arroyo vaa to już w ogóle jest super.
Zatem wykopałam i zaczęłam drutować.
A dzieje się tunika.
To bardziej zimowy niż wiosenno-letni udzierg, ale ojtam.
Przyda się.
Miałam problem z wydobyciem rzeczywistego koloru, wierniejszy obraz jest na pierwszym zdjęciu.
Dziergana od góry, bezszwowo, fason prosty, mieszanka ściągacza i dżerseju.
Tył planuję dłuższy i zaokrąglony, cały dół wykończę "nieściągającym" ściągaczem, nie mam jeszcze pomysłu, jak dalej pociągnąć rękawy. Może się coś w trakcie urodzi.
A do czytania/ słuchania raz jeszcze polecam "Czerwony alert" - tu piszę o nim więcej.
Dziś w ramach wspólnego dziergania i czytania.
Ciekawych pozycji do polecenia mam całe mnóstwo.
Przyjdzie na to czas:)
Jest we mnie milczenie i nie chcę mu przeszkadzać.
Uwięziła mnie w domu na kolejny tydzień angina.
Coś obfity w choroby ten rok.
Więc znów pracowe laptopy i segregatory, a w międzyczasie dzierganie i audiobooki.
Do pracy wróciłam wczoraj.
Dobrze mieć gdzieś na półce całe pięć motków zakitranej i nieco zapomnianej włóczki.
A jeśli to już jest malabrigo arroyo vaa to już w ogóle jest super.
Zatem wykopałam i zaczęłam drutować.
A dzieje się tunika.
To bardziej zimowy niż wiosenno-letni udzierg, ale ojtam.
Przyda się.
Miałam problem z wydobyciem rzeczywistego koloru, wierniejszy obraz jest na pierwszym zdjęciu.
Dziergana od góry, bezszwowo, fason prosty, mieszanka ściągacza i dżerseju.
Tył planuję dłuższy i zaokrąglony, cały dół wykończę "nieściągającym" ściągaczem, nie mam jeszcze pomysłu, jak dalej pociągnąć rękawy. Może się coś w trakcie urodzi.
A do czytania/ słuchania raz jeszcze polecam "Czerwony alert" - tu piszę o nim więcej.
Dziś w ramach wspólnego dziergania i czytania.
Ciekawych pozycji do polecenia mam całe mnóstwo.
Przyjdzie na to czas:)
Etykiety:
Arroyo,
Malabrigo,
Wspolne dzierganie i czytanie u Maknety
czwartek, 19 marca 2015
Jakie piękne...
Posłuchajcie.
Natalia Sikora zaśpiewała tę piosenkę dziś na pogrzebie Madzi.
Takie było pragnienie Kseny.
Refleksja.
Cierpienie.
Ból.
Rzadko tak mam, ale dziś naprawdę brakuje mi słów.
Edytowane 20.03.2015.
Na blogu rybeńki, w komentarzach znalazłam ten tekst.
Został przeczytany na pogrzebie, był przesłaniem od Madzi.
Znałam go, ale w tym kontekście...
P.S. Na pogrzebie nie byłam.
Zawiozła mnie w swoim sercu rybeńka.
Natalia Sikora zaśpiewała tę piosenkę dziś na pogrzebie Madzi.
Takie było pragnienie Kseny.
Refleksja.
Cierpienie.
Ból.
Rzadko tak mam, ale dziś naprawdę brakuje mi słów.
Edytowane 20.03.2015.
Na blogu rybeńki, w komentarzach znalazłam ten tekst.
Został przeczytany na pogrzebie, był przesłaniem od Madzi.
Znałam go, ale w tym kontekście...
P.S. Na pogrzebie nie byłam.
Zawiozła mnie w swoim sercu rybeńka.
sobota, 14 marca 2015
Odeszła Madzia.
Ksena.
Komunikat jej Męża pojawił się o godzinie 21.10.
Teraz jest 21.58.
Ech, wszystko milknie w obliczu śmierci.
Zatem trzeba milczeć.
Do zobaczenia, Madziu, nieustraszona Wojowniczko.
Niech Bóg pocieszy Twoich najbliższych.
I niech obdarzy ich wszystkimi możliwymi siłami do zniesienie Niemożliwego.
Edytowane 15. 03.2015.
Komunikat jej Męża pojawił się o godzinie 21.10.
Teraz jest 21.58.
Ech, wszystko milknie w obliczu śmierci.
Zatem trzeba milczeć.
Do zobaczenia, Madziu, nieustraszona Wojowniczko.
Niech Bóg pocieszy Twoich najbliższych.
I niech obdarzy ich wszystkimi możliwymi siłami do zniesienie Niemożliwego.
Edytowane 15. 03.2015.
UBYŁO NAM
UBYŁO
CHOĆ KAŻDY PRZEWIDZIEĆ MÓGŁ
ŚMIERTELNA DO ŻYCIA MIŁOŚĆ
ZWALIŁA I CIEBIE Z NÓG
UBYŁO
CHOĆ KAŻDY PRZEWIDZIEĆ MÓGŁ
ŚMIERTELNA DO ŻYCIA MIŁOŚĆ
ZWALIŁA I CIEBIE Z NÓG
ŚMIERĆ SIĘ LUDZIOM PRZYTRAFIA POTOCZNIE
UMIEMY UŚMIECHEM JĄ ZBYĆ
TERAZ… PO PROSTU ODPOCZNIESZ
TYLKO NAM
BĘDZIE TRUDNIEJ ŻYĆ
UMIEMY UŚMIECHEM JĄ ZBYĆ
TERAZ… PO PROSTU ODPOCZNIESZ
TYLKO NAM
BĘDZIE TRUDNIEJ ŻYĆ
TROCHĘ PRAWDY ZE ŚWIATA UBYŁO
ŻAŁOBA PO TOBIE MA KOLOR JARMARCZNYCH TĘCZ
WIARA
NADZIEJA
MIŁOŚĆ
ŚPIEWAJ, KOCHAJ, SMUĆ SIĘ I MĘCZ
ŻAŁOBA PO TOBIE MA KOLOR JARMARCZNYCH TĘCZ
WIARA
NADZIEJA
MIŁOŚĆ
ŚPIEWAJ, KOCHAJ, SMUĆ SIĘ I MĘCZ
NAS NA TO... JUŻ NIE STAĆ
BYĆ CZŁOWIEKIEM
I NA TYM POPRZESTAĆ
BYĆ CZŁOWIEKIEM
I NA TYM POPRZESTAĆ
/Jonasz Kofta,{Epitafium dla Luisa Armstronga}/
E-learning. Z dedykacją.
1. Jesteś w sieci. Surfujesz, podglądasz, czytasz. Dość rzadko na czymś zatrzymujesz się dłużej. Aż wreszcie "przypadkiem" znajdujesz coś interesującego. Wkrótce okazuje się, że nie możesz się od tego oderwać. Że nie jesteś w stanie przestać czytać.
Zdumiewasz się.
Niedowierzasz.
Po czym skanujesz całość od deski do deski.
Raz.
Drugi raz.
A później jeszcze raz, w końcu ze zrozumieniem.
Odkrywasz nową, nieznaną przestrzeń. Totalnie nieznaną ci galaktykę.
I długo w noc myślisz, jak to możliwe... jak to w tym kraju jest możliwe.
Dochodzisz do wniosku, że ciągle jeszcze niewiele nie wiesz o życiu, choć tak bardzo próbujesz się wczuć.
Dociera do siebie, jak okropnie i bezczelnie jesteś BOGATY (choć bogactwo to wszak pojęcie tak względne...) i jest ci wstyd.
Jeszcze pojęcia nie masz, że właśnie pobierasz bezcenną e-learningową lekcję.
Na dodatek zupełnie darmową.
2. Decydujesz się wysłać mail.
Otrzymujesz odpowiedź.
Cieszysz się z odpowiedzi i cały czas się uczysz.
Próbujesz zrozumieć, choć to niemożliwe. Nie byłeś nigdy w takich butach, nie chodziłeś tymi ścieżkami.I nie wiesz jeszcze, że BUTY staną się w temacie słowem kluczowym.
Na szczęście ktoś, do kogo napisałeś odrobinę odsłania ci swoje światy.
Maleńko, troszeczkę, anonimowo.
Starasz się to ogarnąć na tyle, na ile się da.
Już czujesz, już wiesz, że dotykasz skarbu, który nie ma ceny.
I że mógłbyś go nigdy nie odkryć, nigdy się nie dowiedzieć.
Gdyby nie ta sieć.
Gdyby nie ten człowiek.
Gdyby nie wszystko, co się zadziało.
3. Idziesz na spacer z psem.
Na swojej trasie widzisz człowieka. Mężczyznę.
Postury drobnej, szaty niezbyt czystej, twarzy brodatej.
Mężczyzna niesie trzy reklamówki.
Dwie są przezroczyste, trzecia nie.
W jednej reklamówce widać zgniecione puszki po piwie, w drugiej jedzenie, zapamiętujesz dużą paczkę makaronu. Zawartość reklamówki trzeciej pozostaje tajemnicą. Niemniej jednak już wiesz, że mężczyzna przed chwilą wyszedł z Twojego śmietnika.
A dzięki e-learningowi masz świadomość, ile czasu zajęło mu zebranie tylu puszek. WIESZ, że dziś bardzo ciężko pracował - mimo zimna, mimo deszczu. Jeść przecież trzeba i rachunki płacić też.
Mężczyzna Cię mija, pies sobie sika, ty rzucasz okiem na mężczyzny buty. Buty są bardzo zniszczone (może przeciekają - myślisz), a przecież buty są bardzo, bardzo ważne. I nagle cię olśniewa!
(szybko, szybko, musisz przypomnieć sobie całe e-learningowe szkolenie, zastosować je trzeba bezbłędnie, inaczej klapa, inaczej nic się nie uda!)
- Proszę Pana! - wołasz. Mężczyzna się odwraca.
- Bardzo Pana przepraszam, czy przypadkiem nie potrzebuje Pan butów?
- Potrzebuję - odpowiada mężczyzna. Patrzy na ciebie ze spokojem, bez emocji.
- Czy zechciałby Pan chwilkę poczekać? Mąż właśnie przygotował do oddania buty, które nie są mu już potrzebne, są w dobrym stanie, może Panu się przydadzą?
- A jaki rozmiar? - merytorycznie pyta mężczyzna.
Odpowiadasz. Rozmiar jest za duży, potrzebny jest o dwa numery mniejszy. Mężczyzna pokazuje ci swoje obute stopy i faktycznie, są (jak na mężczyznę) niewielkie.
- Wie pani, ja mimo wszystko je wezmę, może przydadzą się komuś innemu.
- Dobrze - mówisz z radością - proszę chwilkę poczekać, ja tu mieszkam, zaraz Panu przyniosę!
Biegniesz do domu, ciągniesz za sobą opierającego się psa, on nie rozumie, dlaczego spacer tak szybko się skończył.
- Biorę te buty, mam kogoś, kto ich potrzebuje! - wołasz do męża.
- Ale one są dziurawe, bardzo dziurawe! - odpowiada ci twój mężczyzna.
- To po jaką cholerę chciałeś je postawić obok śmietnika, skoro nadają się tylko do wyrzucenia??? - drzesz się jak oszalała. Awanturę jednak odraczasz, teraz trzeba działać, człowiek czeka, trzeba działać szybko.
I nagle cię oświeca. Przecież masz buty w jego rozmiarze - skóra, welur, mało używane, kolor neutralny, poradzisz sobie bez nich abo kupisz nowe. Łapiesz je pospiesznie, na te dziurawe nawet nie patrzysz, wybiegasz razem z butami i psem, pies szczeka, przepraszasz mężczyznę, nie chcesz by myślał że pies szczeka na niego, pies szczeka bo jest szczekliwy, taka jest przecież prawda.
- Znalazłam buty w Pana rozmiarze, czy takie będą odpowiednie? - pytasz.
Mężczyzna bierze buty i bardzo dokładnie je ogląda.
- Tak, są bardzo dobre, mogą być - odpowiada.
Podnosi głowę.
Patrzy ci prosto w oczy.
I uśmiecha się.
- Dziękuję, dziękuję bardzo. Dobrego dnia pani życzę - mówi. - I dużo zdrowia.
I odchodzi.
Pies ciągnie cię mocno, ma potrzebę, którą musi załatwić.
Idziesz dalej i łykasz łzy, łzy smutku (że tak być musi, że taki straszliwy człowieczy los) i łzy radości (przyjął te buty, będzie mu ciepło w stopy). I jeszcze łzy wzruszenia. Bo mężczyzna życzył ci zdrowia. Dawno nie słyszałeś tak prawdziwych, ascetycznie wypowiedzianych, szczerych życzeń.
Wydaje ci się, że e-learning nie poszedł na marne, ale pewności nie masz.
Wracasz do swojego życia.
Zamiast robić awanturę spokojnie tłumaczysz swojemu mężczyźnie, że baaaardzo dziurawe buty trzeba po prostu wyrzucić na śmietnik, że nie wolno nikomu robić nadziei, że jeszcze do czegoś się nadają.
Że to po prostu brak szacunku do człowieka.
P.S. Notkę dedykuję TOBIE.
Ty wiesz.
Za wszystko Ci dziękuję.
Zmieniło się moje postrzeganie, zmieniło się moje życie.
Mało kto ma na mnie taki wpływ, niewielu ludziom na to pozwalam.
Raz jeszcze DZIĘKUJĘ.
Zdumiewasz się.
Niedowierzasz.
Po czym skanujesz całość od deski do deski.
Raz.
Drugi raz.
A później jeszcze raz, w końcu ze zrozumieniem.
Odkrywasz nową, nieznaną przestrzeń. Totalnie nieznaną ci galaktykę.
I długo w noc myślisz, jak to możliwe... jak to w tym kraju jest możliwe.
Dochodzisz do wniosku, że ciągle jeszcze niewiele nie wiesz o życiu, choć tak bardzo próbujesz się wczuć.
Dociera do siebie, jak okropnie i bezczelnie jesteś BOGATY (choć bogactwo to wszak pojęcie tak względne...) i jest ci wstyd.
Jeszcze pojęcia nie masz, że właśnie pobierasz bezcenną e-learningową lekcję.
Na dodatek zupełnie darmową.
2. Decydujesz się wysłać mail.
Otrzymujesz odpowiedź.
Cieszysz się z odpowiedzi i cały czas się uczysz.
Próbujesz zrozumieć, choć to niemożliwe. Nie byłeś nigdy w takich butach, nie chodziłeś tymi ścieżkami.I nie wiesz jeszcze, że BUTY staną się w temacie słowem kluczowym.
Na szczęście ktoś, do kogo napisałeś odrobinę odsłania ci swoje światy.
Maleńko, troszeczkę, anonimowo.
Starasz się to ogarnąć na tyle, na ile się da.
Już czujesz, już wiesz, że dotykasz skarbu, który nie ma ceny.
I że mógłbyś go nigdy nie odkryć, nigdy się nie dowiedzieć.
Gdyby nie ta sieć.
Gdyby nie ten człowiek.
Gdyby nie wszystko, co się zadziało.
3. Idziesz na spacer z psem.
Na swojej trasie widzisz człowieka. Mężczyznę.
Postury drobnej, szaty niezbyt czystej, twarzy brodatej.
Mężczyzna niesie trzy reklamówki.
Dwie są przezroczyste, trzecia nie.
W jednej reklamówce widać zgniecione puszki po piwie, w drugiej jedzenie, zapamiętujesz dużą paczkę makaronu. Zawartość reklamówki trzeciej pozostaje tajemnicą. Niemniej jednak już wiesz, że mężczyzna przed chwilą wyszedł z Twojego śmietnika.
A dzięki e-learningowi masz świadomość, ile czasu zajęło mu zebranie tylu puszek. WIESZ, że dziś bardzo ciężko pracował - mimo zimna, mimo deszczu. Jeść przecież trzeba i rachunki płacić też.
Mężczyzna Cię mija, pies sobie sika, ty rzucasz okiem na mężczyzny buty. Buty są bardzo zniszczone (może przeciekają - myślisz), a przecież buty są bardzo, bardzo ważne. I nagle cię olśniewa!
(szybko, szybko, musisz przypomnieć sobie całe e-learningowe szkolenie, zastosować je trzeba bezbłędnie, inaczej klapa, inaczej nic się nie uda!)
- Proszę Pana! - wołasz. Mężczyzna się odwraca.
- Bardzo Pana przepraszam, czy przypadkiem nie potrzebuje Pan butów?
- Potrzebuję - odpowiada mężczyzna. Patrzy na ciebie ze spokojem, bez emocji.
- Czy zechciałby Pan chwilkę poczekać? Mąż właśnie przygotował do oddania buty, które nie są mu już potrzebne, są w dobrym stanie, może Panu się przydadzą?
- A jaki rozmiar? - merytorycznie pyta mężczyzna.
Odpowiadasz. Rozmiar jest za duży, potrzebny jest o dwa numery mniejszy. Mężczyzna pokazuje ci swoje obute stopy i faktycznie, są (jak na mężczyznę) niewielkie.
- Wie pani, ja mimo wszystko je wezmę, może przydadzą się komuś innemu.
- Dobrze - mówisz z radością - proszę chwilkę poczekać, ja tu mieszkam, zaraz Panu przyniosę!
Biegniesz do domu, ciągniesz za sobą opierającego się psa, on nie rozumie, dlaczego spacer tak szybko się skończył.
- Biorę te buty, mam kogoś, kto ich potrzebuje! - wołasz do męża.
- Ale one są dziurawe, bardzo dziurawe! - odpowiada ci twój mężczyzna.
- To po jaką cholerę chciałeś je postawić obok śmietnika, skoro nadają się tylko do wyrzucenia??? - drzesz się jak oszalała. Awanturę jednak odraczasz, teraz trzeba działać, człowiek czeka, trzeba działać szybko.
I nagle cię oświeca. Przecież masz buty w jego rozmiarze - skóra, welur, mało używane, kolor neutralny, poradzisz sobie bez nich abo kupisz nowe. Łapiesz je pospiesznie, na te dziurawe nawet nie patrzysz, wybiegasz razem z butami i psem, pies szczeka, przepraszasz mężczyznę, nie chcesz by myślał że pies szczeka na niego, pies szczeka bo jest szczekliwy, taka jest przecież prawda.
- Znalazłam buty w Pana rozmiarze, czy takie będą odpowiednie? - pytasz.
Mężczyzna bierze buty i bardzo dokładnie je ogląda.
- Tak, są bardzo dobre, mogą być - odpowiada.
Podnosi głowę.
Patrzy ci prosto w oczy.
I uśmiecha się.
- Dziękuję, dziękuję bardzo. Dobrego dnia pani życzę - mówi. - I dużo zdrowia.
I odchodzi.
Pies ciągnie cię mocno, ma potrzebę, którą musi załatwić.
Idziesz dalej i łykasz łzy, łzy smutku (że tak być musi, że taki straszliwy człowieczy los) i łzy radości (przyjął te buty, będzie mu ciepło w stopy). I jeszcze łzy wzruszenia. Bo mężczyzna życzył ci zdrowia. Dawno nie słyszałeś tak prawdziwych, ascetycznie wypowiedzianych, szczerych życzeń.
Wydaje ci się, że e-learning nie poszedł na marne, ale pewności nie masz.
Wracasz do swojego życia.
Zamiast robić awanturę spokojnie tłumaczysz swojemu mężczyźnie, że baaaardzo dziurawe buty trzeba po prostu wyrzucić na śmietnik, że nie wolno nikomu robić nadziei, że jeszcze do czegoś się nadają.
Że to po prostu brak szacunku do człowieka.
P.S. Notkę dedykuję TOBIE.
Ty wiesz.
Za wszystko Ci dziękuję.
Zmieniło się moje postrzeganie, zmieniło się moje życie.
Mało kto ma na mnie taki wpływ, niewielu ludziom na to pozwalam.
Raz jeszcze DZIĘKUJĘ.
wtorek, 10 marca 2015
Czasem tutaj
jest przyjemnie.
Czasem pożytecznie.
Czasem bywa i przyjemnie i pożytecznie.
Dziś jednak nie będzie przyjemnie.
Za to z pewnością pożytecznie.
Post będzie nietypowy, czuję się jednak przynaglona, żeby to wszystko napisać.
Jak wiecie, czytam.
Nie tylko dla przyjemności.
Dość często wybieram pozycje oparte na faktach.
Szczególnie cenię sobie książki dziennikarzy śledczych.
Nie tylko polskich.
Tak się składa, że o takich książkach chyba tu jeszcze nie pisałam.
Nadrobię.
Czasem zdarza mi się trafić na pozycję, która porusza tak bardzo, że długo jeszcze żyje we mnie, choć lektura dawno ukończona. A czasem się zdarza, że nie chce mnie opuścić zupełnie. Że przebijając się przez warstwę emocjonalną pozostawia wewnątrz głęboki ślad.
W myślach.
W świadomości.
Po prostu zmienia moje postrzeganie rzeczywistości.
Wahałabym się, czy tę książkę polecać gdyby nie fakt, że jest ona polisą na życie autora. Te słowa usłyszałam w jednym z ostatnich rozdziałów (książkę mam w formie audiobooka). Autor prosi, żeby o tej książce pisać. Żeby ją polecać. Bo to być może go uratuje.
Zatem robię to, o co prosił.
Czasem pożytecznie.
Czasem bywa i przyjemnie i pożytecznie.
Dziś jednak nie będzie przyjemnie.
Za to z pewnością pożytecznie.
Post będzie nietypowy, czuję się jednak przynaglona, żeby to wszystko napisać.
Jak wiecie, czytam.
Nie tylko dla przyjemności.
Dość często wybieram pozycje oparte na faktach.
Szczególnie cenię sobie książki dziennikarzy śledczych.
Nie tylko polskich.
Tak się składa, że o takich książkach chyba tu jeszcze nie pisałam.
Nadrobię.
Czasem zdarza mi się trafić na pozycję, która porusza tak bardzo, że długo jeszcze żyje we mnie, choć lektura dawno ukończona. A czasem się zdarza, że nie chce mnie opuścić zupełnie. Że przebijając się przez warstwę emocjonalną pozostawia wewnątrz głęboki ślad.
W myślach.
W świadomości.
Po prostu zmienia moje postrzeganie rzeczywistości.
Wahałabym się, czy tę książkę polecać gdyby nie fakt, że jest ona polisą na życie autora. Te słowa usłyszałam w jednym z ostatnich rozdziałów (książkę mam w formie audiobooka). Autor prosi, żeby o tej książce pisać. Żeby ją polecać. Bo to być może go uratuje.
Zatem robię to, o co prosił.
Książka miała swoją premierę na początku lutego 2015 roku. Autor jest angielskim biznesmenem, który prowadził legalne interesy u naszych wschodnich sąsiadów. Od pewnego czasu stał się jednym z największych osobistych wrogów przywódcy wschodniego mocarstwa. To wyjaśnia, dlaczego jest w niebezpieczeństwie.
Dlaczego tym wrogiem się stał? Otóż miał nadzieję, że uda mu się wygrać walkę o sprawiedliwość. Że może stanąć przeciwko bogacącym się nieprawdopodobnie oligarchom, którzy okradali swoje państwo i okradli też jego posługując się metodami, które mu się nawet nie śniły. Bill Browder nie zdawał sobie sprawy, że w tym kraju nie walczy się uczciwie. Że tam niewygodnych ludzi po prostu się zabija.
Nie wiem, czy wiedział o Annie Politkowskiej (zastrzelona 7 października 2006 roku na progu swojego domu w Moskwie) czy Aleksandrze Litwinienko (otruty promieniotwórczym polonem 23 listopada 2006 roku w Londynie). Przypuszczam, że dowiedział się później, po tym, kiedy 16 listopada 2009 roku zakatowano w więzieniu Siergieja Magnitskiego, rosyjskiego prawnika, człowieka wielkiej wiedzy i wielkiej prawości. Siergieja, którego Bill dobrze znał i bardzo cenił. Człowieka, który bronił jego interesów i który również wierzył w sprawiedliwość. Wierzył w nią nawet wtedy, kiedy go więziono i torturowano. Wierzył do końca.
Po śmierci Magnitskiego Bill Browder bardzo się zmienił. Z człowieka robiącego głównie interesy i pieniądze stał się człowiekiem intensywnie walczącym o sprawiedliwość w imieniu nieżyjącego Magnitskiego, tym razem już z angielskiej perspektywy. Ujął mnie szczególnie zabiegami, jakie przez wiele lat czynił w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Doprowadził do uchwalenia Ustawy Magnitskiego...
Kilka dni po tym, kiedy skończyłam słuchać audiobook dotarły do mnie wieści, że ktoś z Polski również poczynił starania o poruszenie Kongresu USA, w imię sprawiedliwości. Tym kimś jest Pan Antoni Macierewicz.
"- Gdyby już w 2010 r powołano Komisje Międzynarodową
badającą okoliczności śmierci prezydenta Kaczyńskiego i polskiej elity w
Smoleńsku - mówił Macierewicz - nie doszłoby do ataku na Ukrainę,
nie zginęliby pasażerowie malezyjskiego samolotu zestrzelonego przez
Rosjan a armia rosyjska nie maszerowałaby dziś na Zachód w kierunku
polskich granic i NATO oraz prawdopodobnie nie zamordowano by Borysa
Niemcowa. Wszystkie te wydarzenia są konsekwencja zmowy milczenia nad śmiercią polskiego Prezydenta i całej elity państwa polskiego - dodał.
Ponadto poseł podkreślił, że aby zatrzymać Putina konieczne jest
wysłuchanie publiczne w Kongresie USA pokazujące jak naprawdę doszło do
zamachu smoleńskiego.
Antoni Macierewicz podkreślił również, że Zespół Parlamentarny
dysponuje materiałem dowodowym jednoznacznie wskazującym na
odpowiedzialność strony rosyjskiej za katastrofę polskiego Air Force
One, który został zniszczony dwoma eksplozjami w powietrzu nad
lotniskiem Siewierny".
"Zespół Parlamentarny dysponuje materiałem dowodowym jednoznacznie wskazującym na
odpowiedzialność strony rosyjskiej za katastrofę polskiego Air Force
One".
Pierwszy raz jasno i dobitnie zostało to nazwane PO IMIENIU.
Bynajmniej ja pierwszy raz to widzę.
I jeśli po kilkuletniej walce i niezliczonych próbach zainteresowania sprawą amerykańskich kongresmenów Bill Browder doprowadził do uchwalenia Ustawy Magnitskiego, to być może starania Pana Macierewicza przyniosą podobne efekty i Prawda ujrzy światło dzienne. Być może USA zainteresują się tematem ze względu na własne bezpieczeństwo, a my na tym skorzystamy. Nie wiadomo tylko, kiedy.
Coś jednak zaczęło się dziać, a ja mam z tego wielką radość.
Temat smoleński budzi różne emocje.
Pana Antoniego Macierewicza różnie się traktuje.
Dla mnie temat z 10 kwietnia 2010 jest niesłychanie ważny, a Pana Antoniego Macierewicza ogromnie szanuję. Zaznaczam, że nie korzystam z żadnych mainstreamowych mediów. Opinię wyrobiłam sobie na podstawie wielu lektur i filmów.
Mam nadzieję, że ewentualni komentujący zachowają się godnie. Obraźliwe teksty wyślę w kosmos bez najmniejszego oporu.
Czerwony alert. Przeczytajcie lub posłuchajcie.
Litwinienko, Politkowska, Magnitski - wygooglajcie.
Poszukajcie filmów na Youtube, jest ich sporo - film o Litwinience, filmy autorstwa Billa Browdera, wywiady i konferencje Pana Macierewicza..
To wszystko ma ogromny ciężar gatunkowy.
Ale warto.
Naprawdę warto.
Po prostu warto wiedzieć.
Czasem tylko... czasem trudno po tym zasnąć.
Jednak - mimo wszystko - warto.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








