czwartek, 26 maja 2011
Dostałam, to się podzielę!
Zdjęcie pochodzi ze strony demotywatory.pl. Ja cieee, nie jestem sama, inni też tak mają - jaka ulga!
:)))))))))))))))))))))))))
poniedziałek, 16 maja 2011
Słówko króciutkie
malutkie, najlepiej by było w punktach, coby małpy weny nie stracić!
Albowiem PRZYSZŁA, doczekałam się zarazy, przyszła w warunkach i okolicznościach trudnych, ale jest - i piszę, kochani piszę, dziobię, stukam, kopiuję i wklejam (z dysku na pendriv`a i na abarot), coby mię ani jedno słóweczko nie zginęło.
Mam 5 całych stron i zaczynam szóstą - do soboty ma być około czterdziestu - jest nadzieja, że będzie!
I jak ja tu ciężko zasuwam to tam gdzieś hen daleeeeko przędą się piękne wełenki i zaraza Laurowa pisze, że wenę do drutów straciła! Ja do drutów też mam, słyszy??? Tę wenę mam! Tylko czemu mię ona nowemi uprzędami drażni?
Zdjęcie wełnie z kawką zrobiła, artystycznie panie tego...
Drażni mnie takie coś - kawkę to ja se mogę najwyżej przy kompie wypić! A nie w mordę misia przy drutach...
(podejrzewam, że te wełny o stąd, stąd właśnie (klik) za chwilkę malutką teleportują się do tego miejsca! (klik!) Albo za chwilkę dłuższą? Piernik ją wie! Odgraża się, że będzie prząść do północka... Ciekawe, czy te bzy i te sztuke wysokom też do sklepu wstawi...?:)
Idę i ja prząść. Moje licencjackie nitki.
I dziergać przypisy (matko z córką kto to wymyślił???!)
Najlepsze, bo praca jest w tajmsie nju roman, nieprawdaż?
Czcionka dwunastka, 2,5 cm marginesy, 1 cm na oprawę, tak?
Tekst wyjustowany, interlinie 1,5.
W tajmsie nju romanie, raz jeszcze mówię.
A przypisy mi wychodzą małpy w cholernym kalibri!
Każdziutkiego jednego muszę na tajmsa nju romana nawracać.
Pod przymusem!
(Zna kto sposób, żeby dziady przypisowskie zmusić do tego tajmsa? Poszukałabym co z tym zrobić, ale się boję, że mi wena ucieknie:)
Albowiem PRZYSZŁA, doczekałam się zarazy, przyszła w warunkach i okolicznościach trudnych, ale jest - i piszę, kochani piszę, dziobię, stukam, kopiuję i wklejam (z dysku na pendriv`a i na abarot), coby mię ani jedno słóweczko nie zginęło.
Mam 5 całych stron i zaczynam szóstą - do soboty ma być około czterdziestu - jest nadzieja, że będzie!
I jak ja tu ciężko zasuwam to tam gdzieś hen daleeeeko przędą się piękne wełenki i zaraza Laurowa pisze, że wenę do drutów straciła! Ja do drutów też mam, słyszy??? Tę wenę mam! Tylko czemu mię ona nowemi uprzędami drażni?
Zdjęcie wełnie z kawką zrobiła, artystycznie panie tego...
Drażni mnie takie coś - kawkę to ja se mogę najwyżej przy kompie wypić! A nie w mordę misia przy drutach...
(podejrzewam, że te wełny o stąd, stąd właśnie (klik) za chwilkę malutką teleportują się do tego miejsca! (klik!) Albo za chwilkę dłuższą? Piernik ją wie! Odgraża się, że będzie prząść do północka... Ciekawe, czy te bzy i te sztuke wysokom też do sklepu wstawi...?:)
Idę i ja prząść. Moje licencjackie nitki.
I dziergać przypisy (matko z córką kto to wymyślił???!)
Najlepsze, bo praca jest w tajmsie nju roman, nieprawdaż?
Czcionka dwunastka, 2,5 cm marginesy, 1 cm na oprawę, tak?
Tekst wyjustowany, interlinie 1,5.
W tajmsie nju romanie, raz jeszcze mówię.
A przypisy mi wychodzą małpy w cholernym kalibri!
Każdziutkiego jednego muszę na tajmsa nju romana nawracać.
Pod przymusem!
(Zna kto sposób, żeby dziady przypisowskie zmusić do tego tajmsa? Poszukałabym co z tym zrobić, ale się boję, że mi wena ucieknie:)
piątek, 13 maja 2011
Uwaga - do wszystkich blogerów z blogspota!
Pewnie dostali dziś wścieklicy wszyscy blogujący na blogerze, azaliż nieprawdaż? Poznikały ludziom posty, mnie zniknęły "tylko" komentarze" - zła jestem jak nie wiem co. Te komentarze były dla mnie ważne i już. I ja je chcę mieć z powrotem! Nie po to ufam dostawcy konkretnej usługi, żeby mnie tak zawodził. Niby obiecują, że oddadzą to, co zostało utracone. Nie wierzę, po prostu nie wierzę, żeby to było możliwe. Jak uwierzę i dostanę z powrotem - odszczekam publicznie.
Zrobiłam więc kopię zapasową bloga, bo dawno już tego nie robiłam.
Szkoda by mi było stracić to, co w tym miejscu, na tych stronach zapisałam.
Jak to zrobić?
Przyjmijmy, że macie przed oczami własny blog - stronę główną w trybie zalogowanym.
Klikacie po kolei:
Ten sposób pokazała mi kiedyś Kankanka - sama z siebie nie miałabym takiej wiedzy w rzeczonym temacie. Trzeba jeszcze pamiętać, że kolejne kopie zapasowe nie zapisują się w trybie "upgrade" - to są nowe pliki. Jeśli nie chcemy mieć bałaganu na dysku to poprzednie trzeba wyrzucać.
Jeśli ktoś ma jeszcze jakiś pomysł to piszcie - zrobimy wspólną notkę o tym, jak ratować blogi i jak się przed utratą naszych danych ratować.
Piszcie!
Rady bloggerów:
Dorota (nie ja:) radzi: ustawić sobie subskrypcję notek i komentarzy na pocztę inną niż gmail. W taki sposób odzyskała dziś swojego posta i wkleiła go ponownie. To jest jakiś sposób - wszak gmail i blogger to jedno
Zrobiłam więc kopię zapasową bloga, bo dawno już tego nie robiłam.
Szkoda by mi było stracić to, co w tym miejscu, na tych stronach zapisałam.
Jak to zrobić?
Przyjmijmy, że macie przed oczami własny blog - stronę główną w trybie zalogowanym.
Klikacie po kolei:
- Projekt
- Ustawienia
- Eksportuj bloga
- Pobierz bloga
- Otworzy się okno z propozycją "zapisz plik"
- No to zapisujemy plik - i finito
Ten sposób pokazała mi kiedyś Kankanka - sama z siebie nie miałabym takiej wiedzy w rzeczonym temacie. Trzeba jeszcze pamiętać, że kolejne kopie zapasowe nie zapisują się w trybie "upgrade" - to są nowe pliki. Jeśli nie chcemy mieć bałaganu na dysku to poprzednie trzeba wyrzucać.
Jeśli ktoś ma jeszcze jakiś pomysł to piszcie - zrobimy wspólną notkę o tym, jak ratować blogi i jak się przed utratą naszych danych ratować.
Piszcie!
Rady bloggerów:
Dorota (nie ja:) radzi: ustawić sobie subskrypcję notek i komentarzy na pocztę inną niż gmail. W taki sposób odzyskała dziś swojego posta i wkleiła go ponownie. To jest jakiś sposób - wszak gmail i blogger to jedno
środa, 11 maja 2011
Plagi prawie egipskie
1. Auto dalej na warsztacie (drugi tydzień). Głowica silnika po regeneracji, silnik nie działa jak należy. Fachmani szukają usterki, my czekamy. Cierpliwie. Ale gdzieś w głębi czai się pytanie, co jest nie tak z tym samochodem... No i bardzo brakuje pojazdu - tak wielu spraw nie można bez niego załatwić.
2. Rodzice mocno chorzy i trudno im samym, niedługo będzie już trzeba towarzyszyć im w codziennych czynnościach. Byłam niedawno, żal mi ścisnął serce. Chcę przy nich być, a nie mogę. I plagą jest, że nie mogę! Pracuję długo, a później się uczę, nie mogę tego zmienić, nawet roku powtarzać nie mogę, bo nie będzie już mojego kierunku. Nieludzka jest konieczność dokonywania takich wyborów...
3. U rodziców od wczoraj poważna awaria związana z elektryką. Dobra obca dusza im pomaga i robi co może, bo córeczka próbuje pisać licencjat, a zięć walczy z samochodem, wykonuje dziesiątki telefonów, załatwia różne sprawy - i czeka na wiadomość, kiedy będzie biegiem musiał brać urlop i jechać po auto. Nie umiem się pogodzić z tym, że znów mnie przy nich nie ma!
4. Licencjat jak krew z nosa. Opór materii nie do opisania. Zakleszczyłam się, zablokowałam, masakra! A przecież mam pisać z tematu, w którym siedzę! Jestem praktykiem, a licencjat to nie praca typowo naukowa, a bardziej praktyczna (przed chwilą dostałam wiadomość, że jak się uprę to napiszę w tydzień. Próbuję w to uwierzyć - ambicji naukowych nie mam, moje priorytety są inne).
5. Liczę dni do końca czerwca - wtedy dzieci idą na swoje. Ogłoszę odzyskanie niepodległości. Cholernie ciężko mi się skupić na pisaniu, kiedy po domu lata mały grzdyl, nie umiem pracować w hałasie, nie mam podzielności uwagi. Oprócz tego cała masa innych problemów, ale aż tak wywlekać flaków na blogu nie będę.
6. Ciężkie są dla mnie te ostatnie miesiące. Od śmierci teścia się zaczęło... Ostatnio wracam myślami do tamtych dni, jakbym przeżywała wszystko na nowo, z innej perspektywy. Trudne jest umieranie i nijak tego przeskoczyć ani obejść... I trzeba przez to przejść samemu. I tak trudno wtedy przekazać, czego się potrzebuje, jak można ulżyć... To mnie porusza najmocniej.
Rozpisałam się bo czuję, że może mnie tu być dużo mniej. Czułam potrzebę napisania tego wszystkiego. Jak mam pięć minut to czasem dziergnę ze dwa rządki, ale od tego dzianiny zbytnio nie przybywa.
Więc niczego nowego też na razie nie pokażę...
Jakbym na trochę zamilkła to się nie martwcie - wrócę, jak tylko wszystko się rozwiąże i poukłada. I proszę Boga, żeby na razie nie było już żadnych nowości w temacie zwanym "Życie".
Bo jakoś tak uginam się pod tym, co już jest (nie o wszystkim napisałam, jest tego więcej).
A wiem przecież, że nadchodzi czas bardzo trudny - czas rozstawania się na wieczność z najbliższymi.
Tak będzie, nie ucieknę od tego, próbę generalną już miałam.
Chciałabym, żeby mi wystarczyło sił, by moich najbliższych doholować do Portu.
I tylko o to proszę...
Ściskam wszystkich serdecznie!
2. Rodzice mocno chorzy i trudno im samym, niedługo będzie już trzeba towarzyszyć im w codziennych czynnościach. Byłam niedawno, żal mi ścisnął serce. Chcę przy nich być, a nie mogę. I plagą jest, że nie mogę! Pracuję długo, a później się uczę, nie mogę tego zmienić, nawet roku powtarzać nie mogę, bo nie będzie już mojego kierunku. Nieludzka jest konieczność dokonywania takich wyborów...
3. U rodziców od wczoraj poważna awaria związana z elektryką. Dobra obca dusza im pomaga i robi co może, bo córeczka próbuje pisać licencjat, a zięć walczy z samochodem, wykonuje dziesiątki telefonów, załatwia różne sprawy - i czeka na wiadomość, kiedy będzie biegiem musiał brać urlop i jechać po auto. Nie umiem się pogodzić z tym, że znów mnie przy nich nie ma!
4. Licencjat jak krew z nosa. Opór materii nie do opisania. Zakleszczyłam się, zablokowałam, masakra! A przecież mam pisać z tematu, w którym siedzę! Jestem praktykiem, a licencjat to nie praca typowo naukowa, a bardziej praktyczna (przed chwilą dostałam wiadomość, że jak się uprę to napiszę w tydzień. Próbuję w to uwierzyć - ambicji naukowych nie mam, moje priorytety są inne).
5. Liczę dni do końca czerwca - wtedy dzieci idą na swoje. Ogłoszę odzyskanie niepodległości. Cholernie ciężko mi się skupić na pisaniu, kiedy po domu lata mały grzdyl, nie umiem pracować w hałasie, nie mam podzielności uwagi. Oprócz tego cała masa innych problemów, ale aż tak wywlekać flaków na blogu nie będę.
6. Ciężkie są dla mnie te ostatnie miesiące. Od śmierci teścia się zaczęło... Ostatnio wracam myślami do tamtych dni, jakbym przeżywała wszystko na nowo, z innej perspektywy. Trudne jest umieranie i nijak tego przeskoczyć ani obejść... I trzeba przez to przejść samemu. I tak trudno wtedy przekazać, czego się potrzebuje, jak można ulżyć... To mnie porusza najmocniej.
Rozpisałam się bo czuję, że może mnie tu być dużo mniej. Czułam potrzebę napisania tego wszystkiego. Jak mam pięć minut to czasem dziergnę ze dwa rządki, ale od tego dzianiny zbytnio nie przybywa.
Więc niczego nowego też na razie nie pokażę...
Jakbym na trochę zamilkła to się nie martwcie - wrócę, jak tylko wszystko się rozwiąże i poukłada. I proszę Boga, żeby na razie nie było już żadnych nowości w temacie zwanym "Życie".
Bo jakoś tak uginam się pod tym, co już jest (nie o wszystkim napisałam, jest tego więcej).
A wiem przecież, że nadchodzi czas bardzo trudny - czas rozstawania się na wieczność z najbliższymi.
Tak będzie, nie ucieknę od tego, próbę generalną już miałam.
Chciałabym, żeby mi wystarczyło sił, by moich najbliższych doholować do Portu.
I tylko o to proszę...
Ściskam wszystkich serdecznie!
poniedziałek, 9 maja 2011
Serdecznie polecam - znaczy się reklama:)
Chcę Wam dziś coś pokazać - będą to "cudzesy", bo sama wprawdzie staram się dziergać, ale niekoniecznie ma to związek z branżą dziewiarską - raczej z ekonomiczną:)
Piękne prace Ani - Marzycielki (tu klik i jesteśmy na jej blogu) podziwiam już od dawna - zanim założyła bloga oglądałam jej albumy Picasa i zawsze mnie zatykało z zachwytu:) Bladego pojęcia nie mam, jak można własnymi rękoma robić takie cudności - takie drobiazgi! Talent trzeba mieć jak nic i cierpliwości całe morze. Cierpliwość to bym u siebie pewnie znalazła, ale talentów w tym kierunku nie posiadam:)
A reklamę uskuteczniam dlatego, że Ania wystawiła jedną ze swoich prac (w trzech egzemplarzach, sprawdziłam) na allegro i można ją sobie tam kupić - podkradłam jej z bloga zdjęcie i niniejszym wystawioną na allegro prace pokazuję (klikamy w koszyczek i jesteśmy na allegro):
Marzycielka pracuje w wielu technikach - najlepiej się poszwendać niespiesznie po całym jej blogu, można tam naprawdę znaleźć piękne rzeczy. Serdecznie polecam!
P.S. Awaria samochodu bardzo poważna, między innymi uszkodzona jest głowica silnika, auto do tej pory stoi w warsztacie sporo kilometrów od nas (ani tam zajrzeć ani przypilnować ani pogadać porządnie), a my oswajamy się z myślą, że być może to wada fabryczna... Wstępny szacunek kosztów naprawy przyprawia o stan przedzawałowy (no-bo-jak-to-nowe-auto-i-taka-awaria!!!), oby koszty rzeczywiste nie przyprawiły któregoś z nas o zawał!
Piękne prace Ani - Marzycielki (tu klik i jesteśmy na jej blogu) podziwiam już od dawna - zanim założyła bloga oglądałam jej albumy Picasa i zawsze mnie zatykało z zachwytu:) Bladego pojęcia nie mam, jak można własnymi rękoma robić takie cudności - takie drobiazgi! Talent trzeba mieć jak nic i cierpliwości całe morze. Cierpliwość to bym u siebie pewnie znalazła, ale talentów w tym kierunku nie posiadam:)
A reklamę uskuteczniam dlatego, że Ania wystawiła jedną ze swoich prac (w trzech egzemplarzach, sprawdziłam) na allegro i można ją sobie tam kupić - podkradłam jej z bloga zdjęcie i niniejszym wystawioną na allegro prace pokazuję (klikamy w koszyczek i jesteśmy na allegro):
Marzycielka pracuje w wielu technikach - najlepiej się poszwendać niespiesznie po całym jej blogu, można tam naprawdę znaleźć piękne rzeczy. Serdecznie polecam!
P.S. Awaria samochodu bardzo poważna, między innymi uszkodzona jest głowica silnika, auto do tej pory stoi w warsztacie sporo kilometrów od nas (ani tam zajrzeć ani przypilnować ani pogadać porządnie), a my oswajamy się z myślą, że być może to wada fabryczna... Wstępny szacunek kosztów naprawy przyprawia o stan przedzawałowy (no-bo-jak-to-nowe-auto-i-taka-awaria!!!), oby koszty rzeczywiste nie przyprawiły któregoś z nas o zawał!
środa, 4 maja 2011
Sami chcieliście,
dzianin nie pokażę, fotek nie mam - za to mam WRAŻENIA.
Z podróży wczorajszej mam!
Podróż? Spoko! Śnieżyca prosto w pysk (czytaj: w szybę auta), śnieg na autostradzie i letnie opony na tym śniegu, ale spoko.
We Wrocku już było mniej więcej jako tako, planowaliśmy szybką herbatkę u teściowej i w długą na chałupę mieliśmy piernikiem ruszać, po czym dojechawszy:
1. odebrać od rodziców psa;
2. grzać w piernatach zmarznięte kości, aż się wreszcie wygrzeją na amen (mieliśmy podejrzenia, że to nie jest możliwe, stopień wyziębienia członków albowiem był znaczny).
Ale jako że u nas paliwo osiąga ceny kosmiczne, a bak się powoli był opróżniał kierowca zdecydował, że czas tankować. Rzeczone tankowanie poczynił, po czym powozem czterocylindrowym ruszył. Ujechał może pięćset metrów, nausznie odebrał niepokojące bodźce dochodzące z silnika, po czym silnik dziad współpracy odmówił na całego. Coś jakby jeden cylinder szwankował (tak mówił mój-ci-on, ja tam mu wierzę). Zaiste cierpliwość nasza była na totalnym minusie... Na szczęście paszczęki udało nam się zamknąć i nie kląć w głos, na szczęście dwuipółletnie auto (salonowa nówka, no!) raczyła na kilka minut zatrybić i pod dom teściowej się doczołgała.
Teściowa zziębniętych podróżnych przygarnęła, napoiła i nakarmiła, ja podzwoniłam do ludzi różnych informując o niespodziewanej zmianie planów. Zwierzyłam się też Laurze z naszych kłopotów, ta mi przysłała sms-a pytając, czy jest może jaki święty od silników (podejrzewam, że chciała nawiązać z nim łączność!). Odpisałam, że owszem jest, na imię ma Asistance i właśnie mamy z nim dobry i intensywny kontakt:)))
Zatem autko odjechało na lawecie ("świętego" od silników dobrze wymyślono, sprawa została załatwiona w pół godziny od zgłoszenia), my odjechaliśmy w bety śpiąc snem sprawiedliwych. Po długim śnie W CIEPLE mój-ci-on pojechał dziś rano do szpitala dla pojazdów, choroba okazała się ciężka, diagnoza trudna do postawienia, auto czeka w kolejce do elektryka - i jeszcze poczeka, to nie chirurgia przecież. Ja ruszyłam do domu szynobusem objuczona niczym osioł, mąż po utracie ostatnich złudzeń ruszył do chałupy pięć godzin później objuczony niczym muł. I wreszcie wylądowaliśmy w wymarzonych domowych piernatach! Po długich i ciężkich cierpieniach:)
Podsumowanie:
1. Violetowa z przyległościami dotarła bezkolizyjnie - ona swoje przygody z pojazdami zaliczała PRZED majówką, więc jakby miała już odrobione te lekcje.
2. Wszystkie spotkania udały się nadzwyczaj, niestety w układzie czasowym zajeżdżało... malizną! Mało, mało i jeszcze raz mało! Spotkania były trzy, każde trwało mniej więcej trzy godziny, a czas płynął w tempie kosmicznym.
3. Jedwabie, wensy i kołowrotek - mniam! Namacałam się, napatrzyłam, uściskałam Laurę, z którą jak dotąd jedno mailowo i telefonicznie mogłam się kontaktować. Już tęsknię. Mało było, no mało!
4. Żurawinowa finlandia jest smaczna i świetnie rozgrzewa, natomiast żołądkowa gorzka jest paskudna i daje po łbie, co niektórych pijących przyprawia o głupawkę, na którą zapada natychmiast cała reszta otoczenia patrząc na zarażona głupawką osobę:))) Pamiętajcie - jak się grzać to finlandią, jak urżnąć - to żołądkową!
5. Wszystko, ale to wszystko byłoby super gdyby nie to &*^%#$@*&% ZIMNO!!! Nie można było przed nim uciec, długo będę tę zarazę pamiętać.
6. Proszę o dobre sprawdzone pomysły, jak sobie poradzić z dwoma osobnikami płci brzydkiej, którzy nocami trenują gorliwie piłowanie na częstotliwościach uniemożliwiających reszcie stada spokojny sen! Jestem niewyspana, oburzona i w ogóle sfrustrowana. Nawet wieczorne pompowanie w gardła pilarzy środków roboczo zwanych "antychrapami" dawało skutki tak mizerne, że nad ranem moja żądza mordu sięgała zenitu. Pojedynczy osobnik się nawet teleportował na jedną noc do pomieszczenia, w którym było gdzieś około 2 stopni pana Celsjusza... I nie uświerkł na amen, wyobraźcie sobie! Nawet nie był sztywny:) Szkołę przetrwania trenował, chcąc nam umożliwić spokojny sen. Ale umówmy się - to nie jest wyjście! Proszę pięknie o sprawdzone rady - następnym razem panowie będą w niebezpieczeństwie, a i życia mogą nie ocalić... z mojego powodu! Bo to JA nie mogłam spać! A jak przez kolejne noce nie jest mi dany spokojny sen to lepiej mi zejść z drogi - oj lepiej zejść:)
Z podróży wczorajszej mam!
Podróż? Spoko! Śnieżyca prosto w pysk (czytaj: w szybę auta), śnieg na autostradzie i letnie opony na tym śniegu, ale spoko.
We Wrocku już było mniej więcej jako tako, planowaliśmy szybką herbatkę u teściowej i w długą na chałupę mieliśmy piernikiem ruszać, po czym dojechawszy:
1. odebrać od rodziców psa;
2. grzać w piernatach zmarznięte kości, aż się wreszcie wygrzeją na amen (mieliśmy podejrzenia, że to nie jest możliwe, stopień wyziębienia członków albowiem był znaczny).
Ale jako że u nas paliwo osiąga ceny kosmiczne, a bak się powoli był opróżniał kierowca zdecydował, że czas tankować. Rzeczone tankowanie poczynił, po czym powozem czterocylindrowym ruszył. Ujechał może pięćset metrów, nausznie odebrał niepokojące bodźce dochodzące z silnika, po czym silnik dziad współpracy odmówił na całego. Coś jakby jeden cylinder szwankował (tak mówił mój-ci-on, ja tam mu wierzę). Zaiste cierpliwość nasza była na totalnym minusie... Na szczęście paszczęki udało nam się zamknąć i nie kląć w głos, na szczęście dwuipółletnie auto (salonowa nówka, no!) raczyła na kilka minut zatrybić i pod dom teściowej się doczołgała.
Teściowa zziębniętych podróżnych przygarnęła, napoiła i nakarmiła, ja podzwoniłam do ludzi różnych informując o niespodziewanej zmianie planów. Zwierzyłam się też Laurze z naszych kłopotów, ta mi przysłała sms-a pytając, czy jest może jaki święty od silników (podejrzewam, że chciała nawiązać z nim łączność!). Odpisałam, że owszem jest, na imię ma Asistance i właśnie mamy z nim dobry i intensywny kontakt:)))
Zatem autko odjechało na lawecie ("świętego" od silników dobrze wymyślono, sprawa została załatwiona w pół godziny od zgłoszenia), my odjechaliśmy w bety śpiąc snem sprawiedliwych. Po długim śnie W CIEPLE mój-ci-on pojechał dziś rano do szpitala dla pojazdów, choroba okazała się ciężka, diagnoza trudna do postawienia, auto czeka w kolejce do elektryka - i jeszcze poczeka, to nie chirurgia przecież. Ja ruszyłam do domu szynobusem objuczona niczym osioł, mąż po utracie ostatnich złudzeń ruszył do chałupy pięć godzin później objuczony niczym muł. I wreszcie wylądowaliśmy w wymarzonych domowych piernatach! Po długich i ciężkich cierpieniach:)
Podsumowanie:
1. Violetowa z przyległościami dotarła bezkolizyjnie - ona swoje przygody z pojazdami zaliczała PRZED majówką, więc jakby miała już odrobione te lekcje.
2. Wszystkie spotkania udały się nadzwyczaj, niestety w układzie czasowym zajeżdżało... malizną! Mało, mało i jeszcze raz mało! Spotkania były trzy, każde trwało mniej więcej trzy godziny, a czas płynął w tempie kosmicznym.
3. Jedwabie, wensy i kołowrotek - mniam! Namacałam się, napatrzyłam, uściskałam Laurę, z którą jak dotąd jedno mailowo i telefonicznie mogłam się kontaktować. Już tęsknię. Mało było, no mało!
4. Żurawinowa finlandia jest smaczna i świetnie rozgrzewa, natomiast żołądkowa gorzka jest paskudna i daje po łbie, co niektórych pijących przyprawia o głupawkę, na którą zapada natychmiast cała reszta otoczenia patrząc na zarażona głupawką osobę:))) Pamiętajcie - jak się grzać to finlandią, jak urżnąć - to żołądkową!
5. Wszystko, ale to wszystko byłoby super gdyby nie to &*^%#$@*&% ZIMNO!!! Nie można było przed nim uciec, długo będę tę zarazę pamiętać.
6. Proszę o dobre sprawdzone pomysły, jak sobie poradzić z dwoma osobnikami płci brzydkiej, którzy nocami trenują gorliwie piłowanie na częstotliwościach uniemożliwiających reszcie stada spokojny sen! Jestem niewyspana, oburzona i w ogóle sfrustrowana. Nawet wieczorne pompowanie w gardła pilarzy środków roboczo zwanych "antychrapami" dawało skutki tak mizerne, że nad ranem moja żądza mordu sięgała zenitu. Pojedynczy osobnik się nawet teleportował na jedną noc do pomieszczenia, w którym było gdzieś około 2 stopni pana Celsjusza... I nie uświerkł na amen, wyobraźcie sobie! Nawet nie był sztywny:) Szkołę przetrwania trenował, chcąc nam umożliwić spokojny sen. Ale umówmy się - to nie jest wyjście! Proszę pięknie o sprawdzone rady - następnym razem panowie będą w niebezpieczeństwie, a i życia mogą nie ocalić... z mojego powodu! Bo to JA nie mogłam spać! A jak przez kolejne noce nie jest mi dany spokojny sen to lepiej mi zejść z drogi - oj lepiej zejść:)
niedziela, 1 maja 2011
Zzzzziiimnooo!
Jak piernik!
Leje, wieje, i zimno.
Terapia szokowa po ostatnich tygodniach zdecydowanego ciepełka.
Wczoraj rano jeszcze rękawek krótki, piesza wycieczka i siedzenie na powietrzu pod parasolem - dziś siedzenie... pod kołdrą, w pełnym rynsztunku bojowym (czytaj: załóż-na-siebie-zawartość-całej-walizki-inaczej-zamarzniesz).
Na szczęście ręce jeszcze nie grabieją, więc dzianin nam przybywa:)
Płyny rozgrzewające skończyły się wczorajszą późną nocą, nikt nie przewidział, że TAK SZYBKO zrobi się tutaj TAK ZIMNO. Dziś na świeżą dostawę liczyć nie można - sklepy zamknięte, Laura odmówiła współpracy w tej materii, policzymy się jutro zarazo - bój się i drżyj, nadjeżdżamy świtkiem bladem!
Płeć brzydka współpracuje całkiem ładnie - dziś od rana kawka do łóżka, herbatka do łóżka, orzeszki w miseczce takoż i obrane pomarańczki również. Rozpuszczam się w tempie ekspresowym niczym przysłowiowy dziadowski bicz. Co będzie, jak mi tak zostanie???:D
Wczoraj poznałam wreszcie Agę z rodzinką - szkoda, że tak mało było czasu, te bodajże dwie godziny upłynęły niczym jedna chwilka i mam ogromny niedosyt po tym spotkaniu - Aga słyszysz? Musimy to powtórzyć i nagadać się do syta, do przejedzenia!
Mój-ci-on przed chwilą ruszył w trasę po jaskiniach, deszcz mu niestraszny.
Jej-ci-on (znaczy Wiolinowy) ruszył w trasę... po necie:) Rzeczony net chodzi tu jak żółw, trza mieć anielską cierpliwość - jej-ci-on takową ma.
Młody człowiek siedzi na pięterku i czyta.
Wioli i mnie spod kołderek wystają jeno kończyny celem dziergania kolejnych rzędów nieskomplikowanych dzianin.
Pozdrawiamy!
Leje, wieje, i zimno.
Terapia szokowa po ostatnich tygodniach zdecydowanego ciepełka.
Wczoraj rano jeszcze rękawek krótki, piesza wycieczka i siedzenie na powietrzu pod parasolem - dziś siedzenie... pod kołdrą, w pełnym rynsztunku bojowym (czytaj: załóż-na-siebie-zawartość-całej-walizki-inaczej-zamarzniesz).
Na szczęście ręce jeszcze nie grabieją, więc dzianin nam przybywa:)
Płyny rozgrzewające skończyły się wczorajszą późną nocą, nikt nie przewidział, że TAK SZYBKO zrobi się tutaj TAK ZIMNO. Dziś na świeżą dostawę liczyć nie można - sklepy zamknięte, Laura odmówiła współpracy w tej materii, policzymy się jutro zarazo - bój się i drżyj, nadjeżdżamy świtkiem bladem!
Płeć brzydka współpracuje całkiem ładnie - dziś od rana kawka do łóżka, herbatka do łóżka, orzeszki w miseczce takoż i obrane pomarańczki również. Rozpuszczam się w tempie ekspresowym niczym przysłowiowy dziadowski bicz. Co będzie, jak mi tak zostanie???:D
Wczoraj poznałam wreszcie Agę z rodzinką - szkoda, że tak mało było czasu, te bodajże dwie godziny upłynęły niczym jedna chwilka i mam ogromny niedosyt po tym spotkaniu - Aga słyszysz? Musimy to powtórzyć i nagadać się do syta, do przejedzenia!
Mój-ci-on przed chwilą ruszył w trasę po jaskiniach, deszcz mu niestraszny.
Jej-ci-on (znaczy Wiolinowy) ruszył w trasę... po necie:) Rzeczony net chodzi tu jak żółw, trza mieć anielską cierpliwość - jej-ci-on takową ma.
Młody człowiek siedzi na pięterku i czyta.
Wioli i mnie spod kołderek wystają jeno kończyny celem dziergania kolejnych rzędów nieskomplikowanych dzianin.
Pozdrawiamy!
wtorek, 26 kwietnia 2011
Nie mogę się doczekać
Od Wielkiej Środy ostry antybiotyk i silne osłabienie - tak się mści nie leczone trzy tygodnie takie tam sobie... gardełko. Zmylił mnie brak temperatury - zwyczajowo zawsze tam parę kresek w górę mam. Więc się ze sobą mocowałam i się nie dawałam - o głupoto ludzka! Trza wiedzieć, kiedy się nie dać, a kiedy do medyka lecieć i łykać, co każe. Łykam zatem i powoli zdrowieję.
Wyzdrowieć muszę, albowiem już od piątku zamierzam stacjonować tu:
Wyzdrowieć muszę, albowiem już od piątku zamierzam stacjonować tu:
I mieć taki widok (jak będzie mgliście):
I będę sobie spacerować po tej dolinie:
Powinniśmy dotrzeć tam pierwsi i zadekować się na mecie, po czym cierpliwie i z utęsknieniem czekać na podróżujących, którzy dotrą do celu nieco później. W planach mamy porwanie drutami dziabniętej Laury oraz doprowadzenie rzeczonej do miejsca naszego kwaterunku (Pani ta złożyła wszak oświadczenie woli, że się zgadza - póki co więc pewnikiem przędzie, bo jak nic jej skarby rozdrapiemy, wszak obiecała nas zabrać do swojej PRACOWNI, a tam... no sami wiecie - któż nas upilnuje!:).
W planach jest jeszcze spotkanie z Inką vel Pomarańczką, właściwie powinnam wpisać ją wcześniej, ona do Laurowych wełenek też się dorwać na bank będzie chciała:) No i w planach jest jeszcze koniecznie spotkanie z Agnieszką and company - no nie wyobrażam sobie nie zobaczyć się z Agą and z company się nie zobaczyć nie wyobrażam sobie tym bardziej:)
Się zabiera żarcie, coby na miejscu tylko na obiady chodzić (gotować nie zamierzamy!), się zabiera kłapaczki osobiste, druty i wełny, się zamiaruje gadać, łazić, gadać, dziergać, gadać, gadać... i jeszcze raz gadać:)
I się poznawać i się nacieszać sobą do imentu.
To są plany babskiej części, mężczyźni będą sobie musieli jakoś dać radę:)
No czasem im towarzystwa dotrzymamy, żeby nie było:)))
P.S. Męża osobistego publicznie przepraszam za złodziejstwo zdjęć jego ręką robionych z albumu Picasa. Tylko mu nic nie mówcie - przyznaję się na wszelki wypadek (wiecie, no te prawa autorskie i dobra osobiste, no sama o tym głośno krzyczę no to się przyznać muszę, umówmy się), tak naprawdę to on tu nie zagląda i jak mu nie powiecie to nie będzie wiedział!
piątek, 22 kwietnia 2011
Jeśli tu zaglądasz, to z całego serca życzę Ci właśnie tego:
I jeszcze kliknij i posłuchaj - ze specjalną dedykacją dla Ciebie:
"Niech cię Pan błogosławi i strzeże.
Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą,
niech cię obdarzy swą łaską.
Niech zwróci ku tobie oblicze swoje
i niech cię obdarzy pokojem" (Lb 6,24-26).
I jeszcze kliknij i posłuchaj - ze specjalną dedykacją dla Ciebie:
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Dark Camel:)
Już jest, już gotowy - nie tylko gotowy w sensie "dziergnięty", ale do drogi dalekiej gotowy takoż.
Trzy pierwsze zdjęcia robione naprędce, późno (około 19.30), więc przy niezbyt dobrym już świetle) coby coś mi po nim zostało, a nie tylko jeno smętne wspomnienie. Zdjęć było więcej, ale tylko te trzy nadają się do pokazania ze względu na słabe już światło i problemy z ostrością.
Dark Camel... jest piękny. To zdjęcie (choć lekko nieostre) chyba najwierniej oddaje kolor wełny. Gdyby nie to, że on naprawdę nie jest mój nie oddałabym go za nic:)
Jest dużo bardziej 'wielbłądzi" niż jego starszy brat - w znaczeniu umaszczenia.
Jest jedwabiście miękką, lejącą się dzianiną. Dzianiną tańczącą podczas poruszania się.
Jest od brata nieco dłuższy - i jest na dole trochę szerszy; sześć rzędów przed zakończeniem dodałam w ściągaczu "3 prawe, 3 lewe" po 1 oczku do każdej sekwencji oczek prawych. Dzięki temu ponczo ładniej się układa, jest też wygodniejsze w noszeniu.
Model dziergany podwójną nitką, wełny poszło mi nieco ponad 600 gram. Robiłam z przyjemnością, jako że po sporej przerwie byłam na ewidentnym dzierganym głodzie i łapy same mi się do drutów pchały. No i problemów większych nie było, jako że znałam dobrze i wełnę, i wzór. Za wyjątkiem sytuacji, kiedy zerwała się żyłka w Knitt Pro... Wystawcie sobie - druty śliskie niczym lodowisko, oczka bystre nieprawdopodobnie... Łapałam je biegusiem z przekonaniem, że nie połapię bo wiały w podskokach - ale połapałam co do jednego i do porządku przywróciłam:) Niemniej jednak emocje były, oj były!
Na wyposażeniu ponczo ma trzy kwiaciory, modele już powszechnie znane, ale oj tam. Ładnie wyglądają:) Właścicielka będzie mogła sobie dobierać do woli - według potrzeby i nastroju - z kwiaciorami ponczo robi się eleganckie. Równie ładnie wygląda bez kwiaciorów i wtedy ma charakter bardziej sportowy.
Kwiaciory były fotografowane około 14.00, w pomieszczeniu, przy zupełnie innym świetle - i o wiele gorszym aparatem, a jednak ostrość wyszła świetnie. Przy okazji zbliżenie warkocza - jest nieco inny niż w starszym bracie, ale bardzo podobny.
Projekt poncza całkowicie autorski, modyfikacje genetyczne tudzież:)
Oczywiście wzór ma już chyba ćwierć Polski, ale coooo tam, niech będzie!
I tak to kończy się poezja i trza się brać za prozę - a tu łapy świerzbią i nowego żeru szukają... Jestem chora, jak nie mam jakiejś robótki na drutach! Aeolian na razie nie wchodzi w rachubę (zbyt skomplikowany, dla niego muszę mieć specjalny czas), w kolejce oczekuje jeszcze jedno zamówienie, ale jakoś nie idzie mi dobranie wzoru. Zacięłam się niczym winylowa płyta!
Ciekawe, ile wytrzymam bez dziergania:)
Trzy pierwsze zdjęcia robione naprędce, późno (około 19.30), więc przy niezbyt dobrym już świetle) coby coś mi po nim zostało, a nie tylko jeno smętne wspomnienie. Zdjęć było więcej, ale tylko te trzy nadają się do pokazania ze względu na słabe już światło i problemy z ostrością.
Dark Camel... jest piękny. To zdjęcie (choć lekko nieostre) chyba najwierniej oddaje kolor wełny. Gdyby nie to, że on naprawdę nie jest mój nie oddałabym go za nic:)
Jest dużo bardziej 'wielbłądzi" niż jego starszy brat - w znaczeniu umaszczenia.
Jest jedwabiście miękką, lejącą się dzianiną. Dzianiną tańczącą podczas poruszania się.
Jest od brata nieco dłuższy - i jest na dole trochę szerszy; sześć rzędów przed zakończeniem dodałam w ściągaczu "3 prawe, 3 lewe" po 1 oczku do każdej sekwencji oczek prawych. Dzięki temu ponczo ładniej się układa, jest też wygodniejsze w noszeniu.
Model dziergany podwójną nitką, wełny poszło mi nieco ponad 600 gram. Robiłam z przyjemnością, jako że po sporej przerwie byłam na ewidentnym dzierganym głodzie i łapy same mi się do drutów pchały. No i problemów większych nie było, jako że znałam dobrze i wełnę, i wzór. Za wyjątkiem sytuacji, kiedy zerwała się żyłka w Knitt Pro... Wystawcie sobie - druty śliskie niczym lodowisko, oczka bystre nieprawdopodobnie... Łapałam je biegusiem z przekonaniem, że nie połapię bo wiały w podskokach - ale połapałam co do jednego i do porządku przywróciłam:) Niemniej jednak emocje były, oj były!
Na wyposażeniu ponczo ma trzy kwiaciory, modele już powszechnie znane, ale oj tam. Ładnie wyglądają:) Właścicielka będzie mogła sobie dobierać do woli - według potrzeby i nastroju - z kwiaciorami ponczo robi się eleganckie. Równie ładnie wygląda bez kwiaciorów i wtedy ma charakter bardziej sportowy.
Kwiaciory były fotografowane około 14.00, w pomieszczeniu, przy zupełnie innym świetle - i o wiele gorszym aparatem, a jednak ostrość wyszła świetnie. Przy okazji zbliżenie warkocza - jest nieco inny niż w starszym bracie, ale bardzo podobny.
Kwiacior pierwszy - wykopała go Violet:
Kwiacior drugi - Frasiowy:
Kwiacior trzeci - mojego chowu:
Projekt poncza całkowicie autorski, modyfikacje genetyczne tudzież:)
Oczywiście wzór ma już chyba ćwierć Polski, ale coooo tam, niech będzie!
I tak to kończy się poezja i trza się brać za prozę - a tu łapy świerzbią i nowego żeru szukają... Jestem chora, jak nie mam jakiejś robótki na drutach! Aeolian na razie nie wchodzi w rachubę (zbyt skomplikowany, dla niego muszę mieć specjalny czas), w kolejce oczekuje jeszcze jedno zamówienie, ale jakoś nie idzie mi dobranie wzoru. Zacięłam się niczym winylowa płyta!
Ciekawe, ile wytrzymam bez dziergania:)
czwartek, 14 kwietnia 2011
W skrócie
1. Z czasem jest niewiele lepiej niż było - w pracy przyplątują się sprawy nietypowe wymagające kreatywnego myślenia i grzebania w przepisach, więc grzebię (czy Wam ostatnio też tak ciężko się myśli? Czy można o tę umysłową ociężałość oskarżyć pogodę zmienną tak, że nadążyć nie sposób? Bardzo chciałabym znaleźć winnego!)
2. Praca licencjacka zaczyna się pisać - znam już zasady tworzenia tego typu dzieł i ruszam. Jestem mocno spóźniona, brakuje mi wpisów w indeksie z V semestru, ale za to zaliczyłam jeden egzamin z semestru VI w terminie zerowym, a na dodatek mam cierpliwego promotora - jakoś będzie:)
3. Kończę dziergać ponczo z ciemnego wielbłąda (zamówione), zostało mi kilka ostatnich rzędów dolnego ściągacza (to pikuś, że jedno okrążenie trwa 20 minut:) i golf - i mogę zmoczyć i suszyć. Może w sobotę będzie już spoczywać w bezpiecznym miejscu i nabierać właściwych kształtów. Zajawki jednak nie będzie - zrobię fotki, kiedy będzie już gotowe. Jak będzie schło wydziergam kwiaciora albo i dwa - mam pomysł, ciekawe, jak będzie wyglądał w praktyce i czy się nada.
4. Perspektywy co do dalszego dziergania póki co mam marne - może na majowym weekendzie, który spędzamy dwurodzinnie z Violetovą w Ojcowie i w czasie którego planujemy podstępnie wykraść Laurę z jej domowych pieleszy (szykuj się, złociutka!:) trochę podłubię, ale właściwie dopóki nie napiszę pracy i się nie obronię nowości dziewiarskich na blogu spodziewać się nie należy, o czym uczciwie informuję, żeby nie było, noooo... Czyli do lipca raczej zastój. Aeolian się hibernuje:)
5. Czekam jeszcze na jeszcze jedną zamówioną u Laury wełnę - ma być niedługo, jest to oczywiście wensleydale, a Laura ochrzciła ją "Czarna Róża". Ciekawa jej jestem strasznie, jak dostanę to oczywiście się pochwalę, a co!
6. Po wyprzedaży się zawzięłam i naprawdę nowych zakupów wełnianych nie robię (za wyjątkiem tych wensowych, o które trułam Laurę już od miesięcy) - i bardzo mi z tym dobrze. Rozsądek w tej kwestii wrócił na swoje miejsce, a w szafie mam wolną półkę:)
7. W empetrójce dalej to, co było, czyli 6 płyt Pelanowskiego, doszła jeszcze książka, którą można zamówić w wydawnictwie "Salwator". Ona jest streszczeniem tego, co słucham, świetnym uzupełnieniem, a ponieważ stwierdziłam ewidentną wyższość pamięci wzrokowej nad słuchową więc materiał pisany spełnia swą rolę świetnie.
8. Stokrotnie upraszam przebaczenia, że odwiedzam Was i komentuję tak rzadko - uzasadnienie powyżej, serdecznie proszę o wyrozumiałość... i zuchwale wierzę, że ją otrzymam!
Buziaki dla wszystkich:*
Ponczo wrzucę jak tylko przeschnie - może w poniedziałek lub wtorek.
Choć to przecież nie będzie dla Was nic nowego - zmieni się tylko kolor i kwiacior:)
2. Praca licencjacka zaczyna się pisać - znam już zasady tworzenia tego typu dzieł i ruszam. Jestem mocno spóźniona, brakuje mi wpisów w indeksie z V semestru, ale za to zaliczyłam jeden egzamin z semestru VI w terminie zerowym, a na dodatek mam cierpliwego promotora - jakoś będzie:)
3. Kończę dziergać ponczo z ciemnego wielbłąda (zamówione), zostało mi kilka ostatnich rzędów dolnego ściągacza (to pikuś, że jedno okrążenie trwa 20 minut:) i golf - i mogę zmoczyć i suszyć. Może w sobotę będzie już spoczywać w bezpiecznym miejscu i nabierać właściwych kształtów. Zajawki jednak nie będzie - zrobię fotki, kiedy będzie już gotowe. Jak będzie schło wydziergam kwiaciora albo i dwa - mam pomysł, ciekawe, jak będzie wyglądał w praktyce i czy się nada.
4. Perspektywy co do dalszego dziergania póki co mam marne - może na majowym weekendzie, który spędzamy dwurodzinnie z Violetovą w Ojcowie i w czasie którego planujemy podstępnie wykraść Laurę z jej domowych pieleszy (szykuj się, złociutka!:) trochę podłubię, ale właściwie dopóki nie napiszę pracy i się nie obronię nowości dziewiarskich na blogu spodziewać się nie należy, o czym uczciwie informuję, żeby nie było, noooo... Czyli do lipca raczej zastój. Aeolian się hibernuje:)
5. Czekam jeszcze na jeszcze jedną zamówioną u Laury wełnę - ma być niedługo, jest to oczywiście wensleydale, a Laura ochrzciła ją "Czarna Róża". Ciekawa jej jestem strasznie, jak dostanę to oczywiście się pochwalę, a co!
6. Po wyprzedaży się zawzięłam i naprawdę nowych zakupów wełnianych nie robię (za wyjątkiem tych wensowych, o które trułam Laurę już od miesięcy) - i bardzo mi z tym dobrze. Rozsądek w tej kwestii wrócił na swoje miejsce, a w szafie mam wolną półkę:)
7. W empetrójce dalej to, co było, czyli 6 płyt Pelanowskiego, doszła jeszcze książka, którą można zamówić w wydawnictwie "Salwator". Ona jest streszczeniem tego, co słucham, świetnym uzupełnieniem, a ponieważ stwierdziłam ewidentną wyższość pamięci wzrokowej nad słuchową więc materiał pisany spełnia swą rolę świetnie.
8. Stokrotnie upraszam przebaczenia, że odwiedzam Was i komentuję tak rzadko - uzasadnienie powyżej, serdecznie proszę o wyrozumiałość... i zuchwale wierzę, że ją otrzymam!
Buziaki dla wszystkich:*
Ponczo wrzucę jak tylko przeschnie - może w poniedziałek lub wtorek.
Choć to przecież nie będzie dla Was nic nowego - zmieni się tylko kolor i kwiacior:)
niedziela, 10 kwietnia 2011
Nie sposób...
Nie sposób zapomnieć.
Dni pełnych bólu, szoku, łez i ... mojego wyjątkowego skupienia.
Oczu z niedowierzaniem patrzących, uszu słuchających i nie mogących pojąć, umysłu, co ogarnąć nie mógł i do dziś nie może, ust, co zamilkły na dwa tygodnie bo słów właściwych znaleźć nie mogły - i rąk dziergających jak szalone, żeby jakieś zajęcie sobie znaleźć.
I późniejszych tygodni spędzonych na szukaniu prawdy, której nie znalazłam, nie odkryłam - za to znalazłam mnóstwo informacji, które zmieniły na zawsze moje postrzeganie świata, w którym żyję.
Warto było.
Nic już nie będzie takie samo - to nie emfaza, to rzeczywistość.
10.04.2010.
Nie zapomnę póki żyć będę.
Tego dnia straciłam tlącą się we mnie iskrę nadziei.
Od tego dnia zaczęłam odkrywać Matrix.
Dobrze wiedzieć, w czym się żyje - mimo wszystko dobrze, choć wiele nocy przez to nie przespałam.
Kłamstwa mi obrzydły.
W wyjaśnienie przyczyn nie wierzę - nie wierzę, że dowiem się prawdy.
Czasem tylko myślę, jak długo człowiek nieść może brzemię własnej nieprawości - tej nieprawości, co siły do istnienia odbiera.
Jak czują się ci, co prawdę znają - bo przecież oni są, istnieją...
Bo człowieka zawsze niszczy i pożera jego własna nieprawość i prawda, którą ukrył.
Moje życie to nie tylko dzierganie, choć wtedy dziergałam jak wariatka, żeby przeżyć.
Czasem muszę napisać coś więcej.
Wybaczcie.
Po prostu muszę być sobą.
Muszę być prawdziwa.
Dni pełnych bólu, szoku, łez i ... mojego wyjątkowego skupienia.
Oczu z niedowierzaniem patrzących, uszu słuchających i nie mogących pojąć, umysłu, co ogarnąć nie mógł i do dziś nie może, ust, co zamilkły na dwa tygodnie bo słów właściwych znaleźć nie mogły - i rąk dziergających jak szalone, żeby jakieś zajęcie sobie znaleźć.
I późniejszych tygodni spędzonych na szukaniu prawdy, której nie znalazłam, nie odkryłam - za to znalazłam mnóstwo informacji, które zmieniły na zawsze moje postrzeganie świata, w którym żyję.
Warto było.
Nic już nie będzie takie samo - to nie emfaza, to rzeczywistość.
10.04.2010.
Nie zapomnę póki żyć będę.
Tego dnia straciłam tlącą się we mnie iskrę nadziei.
Od tego dnia zaczęłam odkrywać Matrix.
Dobrze wiedzieć, w czym się żyje - mimo wszystko dobrze, choć wiele nocy przez to nie przespałam.
Kłamstwa mi obrzydły.
W wyjaśnienie przyczyn nie wierzę - nie wierzę, że dowiem się prawdy.
Czasem tylko myślę, jak długo człowiek nieść może brzemię własnej nieprawości - tej nieprawości, co siły do istnienia odbiera.
Jak czują się ci, co prawdę znają - bo przecież oni są, istnieją...
Bo człowieka zawsze niszczy i pożera jego własna nieprawość i prawda, którą ukrył.
Moje życie to nie tylko dzierganie, choć wtedy dziergałam jak wariatka, żeby przeżyć.
Czasem muszę napisać coś więcej.
Wybaczcie.
Po prostu muszę być sobą.
Muszę być prawdziwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
