"Co nam hańba, gdy talary
mają lepszy kurs od wiary...
Wymienimy na walutę
Honor - i pokutę..."
"Jeden naród tyle kwestii - wszystkich naraz nie wysłuchasz;
zadumali się niebiescy - w imię Ojca, Syna Ducha..."
czwartek, 24 kwietnia 2014
środa, 23 kwietnia 2014
Miłość to wierność wyborowi...
Póki co jestem wierna wyborowi.
I kocham...
Kocham!
I jestem kochana.
Amen!
niedziela, 20 kwietnia 2014
sobota, 19 kwietnia 2014
piątek, 18 kwietnia 2014
czwartek, 10 kwietnia 2014
Pracuję dziś,
bo muszę.
Sercem jednak bardzo jestem tutaj (klik).
Szkoda, że nie mogę też i ciałem.
Polecam kolejny film.
Obejrzyjcie do końca...
Pogarda (klik)
(Nie udaje mi się umieścić inaczej, spróbuję później).
Czekam na dzisiejszy raport komisji parlamentarnej.
Tutaj (klik) coś na początek w rzeczonym temacie.
Sercem jednak bardzo jestem tutaj (klik).
Szkoda, że nie mogę też i ciałem.
Polecam kolejny film.
Obejrzyjcie do końca...
Pogarda (klik)
(Nie udaje mi się umieścić inaczej, spróbuję później).
Czekam na dzisiejszy raport komisji parlamentarnej.
Tutaj (klik) coś na początek w rzeczonym temacie.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Nie mam - i mam.
Nie mam:
1. Łazienki.
2. Bieżącej wody.
3. Kibla!
4. Ogrzewania (się robi).
4. Siłłłł...
Mam:
1. Nowy (niezamontowany jeszcze) sraczyk. Ze stelażem Geberit.
2. Pięknistą kabinę prysznicową.
3. Glazurę i terakotę (w paczkach!) - cud miód malina, ale ja niewymagająca jestem:)
4. Syf i pył WSZĘDZIE - także we włosach i w uszach. I w psich kudłach
5. Nowe drzwi wejściowo - wyjściowe (dojadą jutro, pojutrze będą zamontowane).
6. Nadzieję, że to wszystko KIEDYŚ się skończy, a ja usiądę w bujanym fotelu - i nie będę miała co robić... (nierealne, nie umiem robić NIC!)
Wielkanoc u progenitury - nie mam wyjścia.
Rzeczona progenitura się zgodziła:)
W perspektywie wizyta Vi.
Czekam - bardzo bardzo czekam!!!
Niech się tylko rozpierducha skończy.
A dziś popieprzyło mi się wszystko w bloggerze - może jutro poprawię, bo dziś nie mam siły!
Serdeczności wszystkim czytającym!
Doro_thea.
Edit 08.04.2014
Poprawiłam! w samiuśkim hatemeelu, a co:)
środa, 2 kwietnia 2014
Nie wiem, jak to zrobić.
Zatem zrobię syntetycznie.
Do kupienia od dziś, za niewielkie pieniądze.
Prawda prędzej czy później obroni się sama.
Zawsze.
To, co zakryte ujrzy światło dzienne.
I tylko ciary chodzą po plecach.
Że takie rzeczy są możliwe...
- Profesjonalizm w każdym calu.
- Mało emocji, ogrom faktów.
- Wypowiedzi wiarygodnych, sprawdzalnych świadków.
- Zeznania Rosjan, w tym również wysoko postawionych.
- Informacje badających sprawę zachodnich ekspertów.
Do kupienia od dziś, za niewielkie pieniądze.
Prawda prędzej czy później obroni się sama.
Zawsze.
To, co zakryte ujrzy światło dzienne.
I tylko ciary chodzą po plecach.
Że takie rzeczy są możliwe...
"Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,
Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze jeden dzień przeżyli,
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta."
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,
Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze jeden dzień przeżyli,
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta."
Czesław Miłosz, 1950r.
Polecam ten film gorąco.
Warto.
Bardzo, bardzo warto.
czwartek, 20 marca 2014
W mordę misia...
już prawie kwartał mnie tu nie ma.
Na szczęście żyję i mam się.
I trzy-mam-się też.
Aczkolwiek cięęęęęężko jest!
Trwa albowiem kolejny (ostatni!) etap Remontu Stulecia.
Na tapecie tynków zbijanie, podłóg rwanie, malowniczych zwojów kabli zwisanie, centralnie centralnego montowanie (będzie ten gaz drożał? Będzie???).
I tamże jednocześnie pomieszkiwanie.
Mieszkanie na stałe właściwie.
W trybie ciągłym.
Na totalnym bezneciu.
Co rano wynurzam się spod sterty gruzu, ogarniam jako tako i zmykam do roboty.
Tam bywa różnie, ale tam jest CZYSTO!
Wracając modlę się, żeby przetrwać kolejne popołudnie.
Znaczy ogarnąć to, co ogarnąć się da, usiąść tam, gdzie usiąść można, ręce umyć i nieskończoną ilość razy wsmarowywać w nie krem, bo suchość, panie, suchość.
Dziergam jak oszalała, ale fotek nie mam, przecie to zrozumiałe w tych okolicznościach przyrody.
Dzierganie ratuje mi życie, albowiem wszelka inna aktywność domowa z przyczyn obiektywnych póki co jest zamrożona.
Przetrwać trzeba, po prostu przetrwać.
Staram się.
Staramy się.
Wychodzi różnie.
Ale rozwodu póki co nie będzie:)
Ekipa remontowa cudna.
Swoja, najswojsza:)
Doradztwo, rabaty, terminowość, zakupy.
Przeładunek, rozładunek, mebli przesuwanie, mebli wynoszenie, wszystko, o co poprosimy.
Zero pilnowania, rozliczania, poganiania.
Jedna ekipa robi wszystko.
Centralne, gładzie, płytki, podłogi - wszystko.
A na końcu zrobi to, co najpiękniejsze - dunę, anima mundi i trawertyn z miką.
Ha!
Nie zawsze z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu:)))
P.S. Ekipa identycznie pracuje u każdego.
Skąd wiem?
Ano stąd, że kolejki do niej ponad półroczne.
My też musieliśmy czekać na termin - a co!
P.S.2. Jeszcze półtora do dwóch miesięcy i będzie cudnie i będzie koniec, aż do śmierci.
Później tylko odświeżanie co jakiś czas.
Dożyję? tego końca? Czasem wątpię:)
Na szczęście żyję i mam się.
I trzy-mam-się też.
Aczkolwiek cięęęęęężko jest!
Trwa albowiem kolejny (ostatni!) etap Remontu Stulecia.
Na tapecie tynków zbijanie, podłóg rwanie, malowniczych zwojów kabli zwisanie, centralnie centralnego montowanie (będzie ten gaz drożał? Będzie???).
I tamże jednocześnie pomieszkiwanie.
Mieszkanie na stałe właściwie.
W trybie ciągłym.
Na totalnym bezneciu.
Co rano wynurzam się spod sterty gruzu, ogarniam jako tako i zmykam do roboty.
Tam bywa różnie, ale tam jest CZYSTO!
Wracając modlę się, żeby przetrwać kolejne popołudnie.
Znaczy ogarnąć to, co ogarnąć się da, usiąść tam, gdzie usiąść można, ręce umyć i nieskończoną ilość razy wsmarowywać w nie krem, bo suchość, panie, suchość.
Dziergam jak oszalała, ale fotek nie mam, przecie to zrozumiałe w tych okolicznościach przyrody.
Dzierganie ratuje mi życie, albowiem wszelka inna aktywność domowa z przyczyn obiektywnych póki co jest zamrożona.
Przetrwać trzeba, po prostu przetrwać.
Staram się.
Staramy się.
Wychodzi różnie.
Ale rozwodu póki co nie będzie:)
Ekipa remontowa cudna.
Swoja, najswojsza:)
Doradztwo, rabaty, terminowość, zakupy.
Przeładunek, rozładunek, mebli przesuwanie, mebli wynoszenie, wszystko, o co poprosimy.
Zero pilnowania, rozliczania, poganiania.
Jedna ekipa robi wszystko.
Centralne, gładzie, płytki, podłogi - wszystko.
A na końcu zrobi to, co najpiękniejsze - dunę, anima mundi i trawertyn z miką.
Ha!
Nie zawsze z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu:)))
P.S. Ekipa identycznie pracuje u każdego.
Skąd wiem?
Ano stąd, że kolejki do niej ponad półroczne.
My też musieliśmy czekać na termin - a co!
P.S.2. Jeszcze półtora do dwóch miesięcy i będzie cudnie i będzie koniec, aż do śmierci.
Później tylko odświeżanie co jakiś czas.
Dożyję? tego końca? Czasem wątpię:)
wtorek, 24 grudnia 2013
niedziela, 22 grudnia 2013
Przedświątecznie... i świątecznie.
Moja niemała już córeczka dziś ma urodziny.
Pamiętam każdą sekundę tamtego dnia sprzed lat.
Dnia, w którym obie zmagałyśmy się z rodzeniem.
Poród był dobry, byłam przygotowana, w końcu było to już drugie moje dziecko.
(nie, nie drugie - trzecie... drugie było moje tylko 12 tygodni...)
Dobrze było jednak do czasu.
Urodziłam zdrową, żywą, od pierwszych godzin ciekawą świata dziewuszkę, a wyszłam do domu z ciężko chorym noworodkiem, wyszłam na własne żądanie.
UCIEKŁAM.
Całymi latami ciągnął się za nami ten trudny początek, choć nikt z nas nie wiedział o tym... Staphylococcus aureus w rozroście na trzy plusy to bardzo podstępna i nieprzewidywalna bestia (prawda, Kaczko? (klik!) ...
Pęcherzyca, smarowanie spirytusem, antybiotyki, rozległe rany na nóżkach... poprawa dopiero po piątym zastrzyku gentamycyny...
Były. Były takie święta.
Były też święta jeszcze bardziej dramatyczne.
Choćby te na SOR-ze, przy moim tacie, któremu serce biło we własnym, nieprzewidywalnym rytmie.
I nie było wiadomo, jak to się skończy.
Były i takie, gdy ktoś Najbliższy nagle spakował plecak i wyjechał - bez słów.
Wtedy zabrakło mi łez.
Po latach dane mi było poznać miarę jego bólu...
Dziś... jakże dziś jestem inna.
Dziś już wiem, co to cierpienie, dziś już nie mam oczekiwań, dziś cieszę się tym, co mam.
A mam doprawdy niemało:)
Dziś serce mojego Ojca póki co (póki co!) bije miarowo, córeńka ma się całkiem nieźle i jest szczęśliwa, a ten, który przed laty spakował plecak i nagle wyjechał jest ze mną blisko, w dobrej, ciepłej relacji...
Dziś ślę Wam wszystkim i każdemu z osobna ciepłe życzenia - wraz z piosenką, ktoś ktoś kiedyś przede mną odkrył, a tym samym mi ją podarował. Temu Komuś bardzo, bardzo dziękuję!
Cokolwiek by nie było - niech Ten, Który Jest ma każdego z Was w swoim Sercu.
Niech każdego przytuli.
Niech pocieszy.
Niech da nadzieję...
A tutaj tekst - do wspólnego śpiewania:
"Dwa bezdomne, zmarznięte cienie przez miasto szły
Ludzi tłum je omijał spiesznie, ja biegłem z nim
Moje serce, choć całe w strzępach, zadrżało
I zawołało: "o Panie wybacz, przecież to Ty!"
Czekam życie na Ciebie całe, wejdź w moje drzwi
Szukasz miejsca, by stać się ciałem, umrzeć i żyć
Mego serca dziurawe ściany, zamokły strop,
Lecz zapraszam, bądź mi łaskawy, gość w dom, Bóg w dom
W moim sercu wybite okna, nieszczelne drzwi
Z Twą pomocą naprawię wszystko, znów zacznę żyć
W moim sercu wciąż sroga zima, zamieć i chłód
Wiem, ogrzejesz mnie swym oddechem, stopisz w nim lód
Idą do Ciebie mały Panie królowie trzej,
którzy rządzą dziś moim światem ból, smutek, lęk
Błagam Cię Panie daj mi siły, uwolnić chciej
Odpraw ich niech wracają sami, zatrzymaj mnie
Między Twymi cherubinami ukryję się
Dobrze mi z Tobą Mały Królu, uśmiechasz się
Te niewinne rączki i nóżki przeszyje ból
Grzechem swym w Twoje święte rany wsypuję sól
Klęczę przed Tobą z pastuszkami, dla Ciebie gram
Pragnę otrzeć Twe łzy pieśniami, uciszyć płacz
Biedny jestem, nie mam dość wiary, uwierzyć daj
Zamiast u stóp Twych złożyć dary błagam o dar".
Pamiętam każdą sekundę tamtego dnia sprzed lat.
Dnia, w którym obie zmagałyśmy się z rodzeniem.
Poród był dobry, byłam przygotowana, w końcu było to już drugie moje dziecko.
(nie, nie drugie - trzecie... drugie było moje tylko 12 tygodni...)
Dobrze było jednak do czasu.
Urodziłam zdrową, żywą, od pierwszych godzin ciekawą świata dziewuszkę, a wyszłam do domu z ciężko chorym noworodkiem, wyszłam na własne żądanie.
UCIEKŁAM.
Całymi latami ciągnął się za nami ten trudny początek, choć nikt z nas nie wiedział o tym... Staphylococcus aureus w rozroście na trzy plusy to bardzo podstępna i nieprzewidywalna bestia (prawda, Kaczko? (klik!) ...
Pęcherzyca, smarowanie spirytusem, antybiotyki, rozległe rany na nóżkach... poprawa dopiero po piątym zastrzyku gentamycyny...
Były. Były takie święta.
Były też święta jeszcze bardziej dramatyczne.
Choćby te na SOR-ze, przy moim tacie, któremu serce biło we własnym, nieprzewidywalnym rytmie.
I nie było wiadomo, jak to się skończy.
Były i takie, gdy ktoś Najbliższy nagle spakował plecak i wyjechał - bez słów.
Wtedy zabrakło mi łez.
Po latach dane mi było poznać miarę jego bólu...
Dziś... jakże dziś jestem inna.
Dziś już wiem, co to cierpienie, dziś już nie mam oczekiwań, dziś cieszę się tym, co mam.
A mam doprawdy niemało:)
Dziś serce mojego Ojca póki co (póki co!) bije miarowo, córeńka ma się całkiem nieźle i jest szczęśliwa, a ten, który przed laty spakował plecak i nagle wyjechał jest ze mną blisko, w dobrej, ciepłej relacji...
Dziś ślę Wam wszystkim i każdemu z osobna ciepłe życzenia - wraz z piosenką, ktoś ktoś kiedyś przede mną odkrył, a tym samym mi ją podarował. Temu Komuś bardzo, bardzo dziękuję!
Cokolwiek by nie było - niech Ten, Który Jest ma każdego z Was w swoim Sercu.
Niech każdego przytuli.
Niech pocieszy.
Niech da nadzieję...
A tutaj tekst - do wspólnego śpiewania:
"Dwa bezdomne, zmarznięte cienie przez miasto szły
Ludzi tłum je omijał spiesznie, ja biegłem z nim
Moje serce, choć całe w strzępach, zadrżało
I zawołało: "o Panie wybacz, przecież to Ty!"
Czekam życie na Ciebie całe, wejdź w moje drzwi
Szukasz miejsca, by stać się ciałem, umrzeć i żyć
Mego serca dziurawe ściany, zamokły strop,
Lecz zapraszam, bądź mi łaskawy, gość w dom, Bóg w dom
W moim sercu wybite okna, nieszczelne drzwi
Z Twą pomocą naprawię wszystko, znów zacznę żyć
W moim sercu wciąż sroga zima, zamieć i chłód
Wiem, ogrzejesz mnie swym oddechem, stopisz w nim lód
Idą do Ciebie mały Panie królowie trzej,
którzy rządzą dziś moim światem ból, smutek, lęk
Błagam Cię Panie daj mi siły, uwolnić chciej
Odpraw ich niech wracają sami, zatrzymaj mnie
Między Twymi cherubinami ukryję się
Dobrze mi z Tobą Mały Królu, uśmiechasz się
Te niewinne rączki i nóżki przeszyje ból
Grzechem swym w Twoje święte rany wsypuję sól
Klęczę przed Tobą z pastuszkami, dla Ciebie gram
Pragnę otrzeć Twe łzy pieśniami, uciszyć płacz
Biedny jestem, nie mam dość wiary, uwierzyć daj
Zamiast u stóp Twych złożyć dary błagam o dar".
wtorek, 3 grudnia 2013
Cisza...
Tyle dziś trzeba ciszy, ciszy tyle,
Że skrzące niebo zda się nazbyt gwarne,
Gwiazdy za głośno drżą w mgławicznym pyle. -
Z wolna je chmury zasnuwają czarne.
Ciemność się zgęszcza i w sobie się chowa,
Wiatr zgasł w ostatnim wyczerpania dreszczu.
Aby milczenia nie mąciły słowa,
Modlę się szeptem wieczornego deszczu.
Lepold Staff "Cisza wieczorna"
Że skrzące niebo zda się nazbyt gwarne,
Gwiazdy za głośno drżą w mgławicznym pyle. -
Z wolna je chmury zasnuwają czarne.
Ciemność się zgęszcza i w sobie się chowa,
Wiatr zgasł w ostatnim wyczerpania dreszczu.
Aby milczenia nie mąciły słowa,
Modlę się szeptem wieczornego deszczu.
Lepold Staff "Cisza wieczorna"
Subskrybuj:
Posty (Atom)