poniedziałek, 15 grudnia 2014

Będę pisać.

O psie:)
Może ktoś ma już dość tematu.
Może nie może już tego czytać.
Wybaczcie.
Dla mnie to ważne, chcę pamiętać każdą chwilę.

Rano śniadanie. Pożarte.
Później my z mężem do pracy.
Po pracy psi obiad, ciepły, gotowany.
Pochłonięty:)

Poobiednia krótka psia drzemka.
A później zabawa ulubioną piłeczką.
Zaczepianie bez końca, rozradowany psi pysk.
Zero popołudniowego snu.

Około 18.00 czterdziestominutowy spacer.
Pierwszy taki długi po operacji.
Potrzeby załatwione.
Motocykliści (pies na smyczy, na smyczy!) obszczekani.
To ona mnie ciągnęła, nie ja ją.
Pierwszy tak cudny, wesoły spacer od... czerwca?
Silna. Silna. Piekielnie silna...

Powrót do domu.
Padamy, śpimy? Ależ skąd!
Jedzonko, psze pani, jedzonko - i życie, życie na gorąco - wąchanie, mizianie, zaczepianie.
Zatem kolacja za chwilkę.
Mięsko z warzywami i ryżem, jedzone z ręki, coby sznaucerska broda się nie uświniła.

Tak jest DZIŚ.
Planujemy krótko - święta, Sylwester, oczywiście nie zostawimy jej nikomu.
Niesamowite jest to, że śmiertelnie chory pies wygląda na kompletnie zdrowego...

Dziś jest dobrze, pogodnie, radośnie.
Dziś cieszę się jej dobrym apetytem, świetnym samopoczuciem.
A jutro?
Się zobaczy.
Jutro... będzie jutro:)
A ja na pewno codziennie nie będę pisać o psie:)))

niedziela, 14 grudnia 2014

To nic nie da.


To naprawdę nie pomoże:
  1. Racjonalizacja emocji.
  2. Myślenie, że sobie poradzę, no przecież.
  3. Wstrzymywanie łez, bo to przecież tylko pies, no jak to...
  4. Udawanie, że nic się nie dzieje.
  5. Myślenie, że inni mają gorzej.
Nie.
To MÓJ ból.
MÓJ pies.
To MOJE życie i moja wrażliwość.

Przeryczałam dziś prawie cały dzień, momentami wręcz histerycznie. 
Męża uprzedziłam,  żeby się nie martwił.
Ja potrzebowałam samotności i psiny przy boku i łez, on średnio to pojmował, ale przyzwolenie dał stuprocentowe i perfekcyjnie zajął się sobą.
Od czasu do czasu lazłam do niego tonąc na chwilę w otwartych kochających ramionach.
Po czym wracałam ryczeć albo spać.

Zadzwoniła Vi. 
Ona rozumiała mnie kapitalnie.
To niesamowite, to nie do pojęcia...
Późnym popołudniem zadzwoniłam do mamy.
Że dziś nie przyjdę, że nie mam siły.
Gadałyśmy konspiracyjnie,  bo tato psy średnio.
Zrozumiała mnie. Nie miała oczekiwań. Zostań w domu, dojdź do siebie, ja Cię rozumiem, damy sobie radę.
Ulżyło mi.

Rozmowa z Vi,  otwarte ramiona męża i rozmowa z mamą wyciągnęły mnie z wyra.
Ufarbowałam łeb, uczesałam się i poszłam na spotkanie z Najwyższym.
Po Languście źle znoszę lokalne homilie,  ale nie to jest przecież najważniejsze.

Czuję, że pierwszy rzut cierpienia mam za sobą.
Jak się pogoda poprawi zaczniemy chodzić na spacery - tak długie, jak tylko psina da radę.
Odetchnęłam,  odprężyłam się.
Nakarmiłam żarłoka,  lekarz powiedział, żeby nie żałować, bo ma sporo do odrobienia.
Będziemy żyć do końca:)

P.S. Bardzo Wam dziękuję za każde słowo.
Wszystkie są bezcenne.
Doświadczam nowej dla mnie sytuacji.
Bardzo, bardzo mi pomagacie. 
Dziękuję!

sobota, 13 grudnia 2014

Będziemy żyć do końca.

Pies od rana rozbawiony,  szalejący,  nienażarty.
Morda mu się śmieje, podskakuje radośnie, tym radośniej,  że czuje nadchodzący spacer.
Wyprowadzam gadzinę,  pakuję do auta, jedziemy.
W poczekalni zachowuje się, jakby miała ADHD.

Lekarz prosi nas do środka.
Patrzy na psa i uśmiecha się widząc,  w jakiej jest formie.
Później patrzy na mnie.
I już się nie uśmiecha.

Mięsak wrzecionowatokomórkowy , złośliwy nowotwór mezenchymalny,  który może dawać nawroty i przerzuty.
A ja zapomniałam.
Że wynik histopatu może być albo dobry, albo zły.
Albo bardzo zły, jak ten, który dostaliśmy...

Mąż kładzie psa na stole, przewracamy zwierzynę na bok.
Zagoiło się pięknie, lekarz ściąga szwy,  psica się broni, silna jest.
Łzy lecą mi jak grochy. Bierze mnie łkanie,  ale muszę się trzymać.

Zabieg się kończy, mąż wyprowadza psa.
Ryczę i pytam, czy mógł być błąd w badaniu.
Nie. Badania były robione w Monachium, lekarz z tym laboratorium współpracuje.
Pytam, ile mamy czasu.
Trzy miesiące,  góra pół roku.

Mówię, że nie chcę już żadnych operacji.
Że chcę się nią nacieszyć, dać się wyszaleć, wygłaskać za wszystkie czasy.
Zabezpieczyć bólowo.
I pozwolić odejść, kiedy przyjdzie czas.

To najlepsze, co można zrobić, mówi lekarz. Nie chciałem tego mówić bo ludzie różnie to znoszą, czasem chcą, żebym był cudotwórcą.
Proszę się nią nacieszyć.
Proszę być ze mną w kontakcie.
A kiedy przyjdzie czas przyjadę do pani.
Zaśnie na zawsze u pani na rękach, jeśli tylko pani będzie chciała...

Będę chciała.
I będziemy żyć do końca, żyć najradośniej, żyć tak, jak tylko jej zdrowie na to pozwoli.

Oczywiście, że ryczę. Oczy mam jak królik. A później się śmieję, całuję kosmatą mordę i zaglądam w orzechowe oczy. I przemycam ulubiony smakołyk. Już nie muszę uważać na dietę.

Będziemy żyć do końca.
Chustka nas tego nauczyła.
Wybacz Asiu, że ja to do psa przykładam,  ale wiem, że nie miałabyś mi tego za złe. Tak bardzo kochałaś Viledę,  pamiętam.

To idę.
Miziać,  spacerować,  piec pasztety (i niby przypadkiem podrzucać piesku co lepsze kawałki), śmiać się i ryczeć do imentu, jeśli mnie najdzie.

czwartek, 11 grudnia 2014

Ostatnio przesadzam.

Jak nie pisałam to chyba z 8 miesięcy (no okazjonalne wpisy były no i remont, remont był), jak znowu piszę - to kilka postów tygodniowo. Jestem niezrównoważona:)

Dzisiejszy post sponsoruje Emka - chce przepis na karpia to jej (i wszystkim innym) go napiszę, a co. Tym bardziej, że prosty jak konstrukcja cepa, a jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Wcinam w Wigilię z wielkim mlaskiem:)


(fotka z internetów)

Sprawiam zwierzę wcześniej, dużo wcześniej, dzielę na porcje (dzwonka) i mrożę. Najczęściej dwie - trzy spore sztuki. Wrzucam do stosownego wora i zamrażarki. Se leży i czeka do wigilii Wigilii:)

Będziemy potrzebować:
1. Kilka dorodnych cebul
2. Masełko (z lodówki)
3. Sól
4. Odrobinę oleju

Nie używam w domu żadnych, ale to żadnych gotowych przypraw, cały czas się uczę dosmaczać potrawy naturalnie, ziołami i idzie mi to coraz lepiej. A czasem już nawet bardzo dobrze:)

Wieczorem, w przeddzień wigilii Wigilii wyciągam poporcjowanego karpia. Potrzebuje około doby, coby się do końca rozmrozić. W wigiię Wigilii jeszcze raz go płuczę (wydziela się jakaś kleista maź, pozbywam się jej płucząc dzwonka). Solę tak, jak lubię, dokładnie - zewnątrz i wewnątrz.
Cebulę kroję w półkrążki - nie wysilam się, mogą być grube.
Dalej robię tak: biorę sporą michę, układam na dno kilka półkrążków cebuli. Na to jedna warstwa karpia. I dalej to samo - kilka półkrążków cebuli (może być dużo) i znów jedna warstwa karpia. Chodzi o to, żeby cały karp miał kontakt z cebulą:)

Jak już się produkty skończą michę szczelnie przykrywam i ładuję przynajmniej na dobę do lodówki. Zaczyna się proces maceracji i przenikania przypraw:)
W dniu Wigilii, godzinkę przed kolacją dużą blachę lekko smaruję olejem. Układam na niej obok siebie (pojedynczą warstwą) dzwonka karpia razem z cebulą - cebulę układam na wierzchu. Na każde dzwonko kładę kawałek masełka. Rozgrzewam piekarnik do 160 stopni, wkładam blachę do środka i trzymam tam około 40 minut.
Karp się piecze. 
Cebula się rumieni.
Masełko się roztapia.

Kiedy pieczenie się zakończy najczęściej ładuję karpia razem z blachą na wigilijny stół - żeby był gorący. Chętni szybciorem sobie nakładają, blachę ponownie wstawiam do piekarnika, dokładki wtedy też są ciepłe:)

I to by było na tyle.
Prościzna - łatwizna, a smakuje obłędnie! I nie capi nijakim błockiem czy innym mułem. Nic a nic!
Smacznego:)

P.S. Gdyby ktoś miał jakiś ciekawy przepis to ja chętnie, piszcie! Ten jest mój autorski, wszelkie prawa zastrzeżone:)))

środa, 10 grudnia 2014

WDiC u Maknety:)

Publikuję już teraz, a jak Madzia udostępni link to się podłączę:)

1. Dzierganie:

Przy obecnym świetle nijak mi się nie udają dobre zdjęcia - tym bardziej, że są "wnętrzarskie". Jakby nie patrzeć lampa robi swoje i choć obróbką w gimpie próbuję kolory doprowadzić do jakiegoś ładu nie zawsze się to udaje. Najbardziej wiarygodne barwy to te z pierwszego zdjęcia:


A co to jest? "Kocyk" do przykrycia sporego laptopa:) Mąż nie cierpi, jak urządzenia elektroniczne mu się kurzą i przykrywał lapka paskudnym (w moim pojęciu) ręczniczkiem. No to mu dziergnęłam kocyk. Wymiary - 60 x 40 cm.
Brzegi obrobiłam kilkoma rzędami półsłupków w jaśniejszych odcieniach, wcześniej użytych w kocyku. Półsłupki wzięły dzianinę w ryzy, kąpiel i blokowanie ładnie ją ułożyły, jest ok.



W planach mam jeszcze podszycie kocyka cienkim polarem - za namową Antoniny kupiłam takowy w Jysku, jest to prawie biały, bardzo cieniutki i bardzo duży koc, kosztował jedyne 9 zł z malutkim okładem. Przypuszczam, że wystarczy mi go jeszcze do podszycia beżowo - brązowej narzuty.



Reasumując - mała rzecz, prosty drobiazg, a cieszy, bo udatny wielce:) Mąż też zadowolony.

Technicznie:
Włóczka - rozetti first class;
Szydełko - do kwadratów - nr 4, do półsłupków - nr 3.
Czas realizacji - około tygodnia, uwierzycie???
Taka pierdułka, a tyle zajęła mi czasu:)))

2. Czytanie.

Tym razem słuchanie - e-boki też się liczą, choć to nie e-booka słucham.
Słucham tego: langustanapalmie - plaster miodu.
Dziergam i słucham.
Zasłuchuję się.
Odtwarzam na nowo te fragmenty, które mnie gdzieś tam mocno poruszyły.
I z godziny na godzinę czuję, jak odżywam:)

Oczywiście do skandynawskich kryminałów, do medycznych i prawniczych thrillerów oraz książek życiem pisanych też wrócę - ale póki co siedzę na palmie:)))

P.S. Psinka dobrze. Bardzo dobrze. W sobotę ściągamy szwy:)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Miodzio:)

Guacamole.
Awokado (dojrzałe, to ważne!), limonka, pomidorki koktajlowe, cebulka w kosteczkę,  ząbek czosnku, sól, pieprz.
Awokado rozdusić widelcem.
Resztę pokroić, z połowy limonki wycisnąć sok, czosnek zetrzeć na drobnej tarce.
Wymerdać.
Zwykle jadam samo.
Dziś wzięło mię na maślane grzanki, dwie nieduże,  z razowego chleba.
Mniam!
Jestem już po obiedzie i po kolacji:)))

W gronie "głupich" czuję się fantastycznie - cóż za doborowe towarzystwo!
Dziękuję ciepło za każdy wpis ☺
Pieska czuje się świetnie, hasa niczym szczeniak, przytyła i żarcia ciągle jej mało, racjonować muszę :)

Wieczorami bywam u langusty.
Znaczy się na palmie,  znaczy palma mi odbiła☺☺☺.
Znaczy tu:
langustanapalmie.pl - plaster-miodu
No i cóż - polecam wszystkim,  bez wyjątku.
Byle od początku - znaczy zaległości trza nadrobić.
Warto, jak bum cyk cyk!
Na fb w temacie też warto zajrzeć.

Serdeczności wszystkim :***

Edit 19.45:

rekolekcje, które rozwaliły serwery :)

piątek, 5 grudnia 2014

Głupia

Sąsiedzi,  mój rocznik. Moi "ulubieni".
- A co ten pies ma na sobie? - w głosie i uśmiechu sąsiada paskudna prześmiewcza ironia.
- Fartuszek pooperacyjny - odpowiadam z uśmiechem.
- Operację miała? Oj, to kupa kasy, sąsiadko! - mówi sąsiadowa żona. - Moja kuzynka ratowała psa, dwie stówy dała, pies i tak poszedł do piachu po dwóch tygodniach. A ty ile dałaś za operację???
Uśmiecham się i milczę. Wiem, z kim mam do czynienia. Milczę spokojnie i lekko.
- Z tysiąc, jak nic! - mówi sąsiad. - Zresztą wy śpicie na kasie, taaaaki remont i jeszcze operacja psa, nononooooo...???
- Sąsiad, no coś ty, pięć koła! - odpowiadam, znów z uśmiechem.
(za uśmiechem kryje się myśl: nie dowiesz się, nie dowiesz choćbyś pękł; miałbyś materiał na ploty na następnych kilka miesięcy).
- Ja bym uśpił, bez dwóch zdań - mówi sąsiad.
Nie walczę. Mądrością jest wybrać właściwą taktykę i strategię.  Dość się od tych ludzi w swoim czasie nacierpieliśmy. Dziś, zdystansowani i asertywni ich opinie mamy głęboko w poważaniu. Nota bene sąsiedzi kilkakrotnie majętniejsi od nas. Wiemy to od nich. Ale nam to nie robi, no nijak:)))
Oddałam się zepsem i z wdziękiem:)

Koleżanka z pracy. Dobry, zwyczajny człowiek. Bliska mi istota. Lat trzydzieści z niewielkim okładem. Jej jednej (spoza rodziny) zdradzam,  ile kosztowała operacja psa. A nie była to bajońska kwota, serio!
- No wiesz! W życiu bym tyle nie dała, uśpiłabym, na bank! A w ogóle to wiesz, no wiesz, znajomych kot wpadł pod auto, zwykły dachowiec,  czujesz? I oni tego dachowca na sygnale do Wrocławia, i pięć koła za operację, no nieee,  no dla mnie to jest chore. Co za głupi ludzie... I kot po jakimś czasie poszedł do piachu, no nie, co za głupota, no ja nie rozumiem...

Takich sytuacji mam więcej, bo ja lubię z ludźmi o życiu rozmawiać.
Lubię mówić,  lubię też słuchać.
Byle nie o pieniądzach - o tych tylko z przyjaciółmi i jeśli rzeczywiście jest potrzeba.
Niezmiennie i niezmiernie mnie jednak dziwi włażenie w czyjeś życie bez wejścia w jego buty.
Nawet się nie wkurzyłam.
Jeno zamyśliłam i zadziwiłam...

Jestem głupia:)
A moja głupota patrzy na mnie rozpromienionymi,  orzechowymi oczami.
Moja głupota je jak smok, pije jak szalona, chodzi w granatowo - niebieskim fartuszku, zdrowieje w ekspresowym tempie,  jest szczęśliwa.
Jeszcze trzy lata temu nie podołałabym finansowo kosztom operacji, badań, leków. DZIŚ jestem w stanie. Za czas jakiś znowu mogę nie być. Takie życie. Ja je rozumiem.

Nie rozumiem tylko, co kogo obchodzi mój pies i moje pchły, moje decyzje i moje wybory. Nie cierpię zaglądania do cudzego portfela.
Kiedy w swoim czasie brakowało mi na chleb i na masełko nikt z sąsiadów niczym się nie interesował... I nie pytał, jak daję radę...

Cecha polska?
Cecha po prostu ludzka???
Nie czaję bazy, nie kumam czaczy.
Ja tam się cieszę,  jak inni mają dobrze.
Smucę i organizuję pomoc, jak mają źle.
To taka prosta logika...

I po ludzku kocham te moje orzechowe, cudne psie oczy.
Ten złodziejski (jeśli chodzi o wyżerkę) instynkt (zostaw na stole kanapkę, na chwilkę wyjdź z pomieszczenia, jak wrócisz już jej nie będzie, orzechowe oczy będą mówić: - Jaaaa?  Mnie tu nie było!:)))
To nielegalnie wygrzane miejsce na kanapie i te oczy Shreka kiedy pytam:
- No gdzie znowu wlazłaś,  małpo jedna? I kto Ci pozwolił??? (oczywiście kiedy jest zdrowa, na razie nigdzie wskakiwać jej nie wolno).

Głupia.
Dla tych orzechowych oczu proszę bardzo - mogę być głupia!

środa, 3 grudnia 2014

WDiC, czyli spotkanie u Maknety:)

W ubiegłym tygodniu nie udało mi się dołączyć do dziergających i czytających, psia operacja i opieka nad rekonwalescentką zdominowały cały mój czas i zdominowały też blogowe zapiski. Ale dzisiaj już jestem, nie chcę, żeby mi to bycie w Maknetowej kawiarence umykało, bo to fajne miejsce:)



Narzuta w odcieniach beżobrązów, którą pokazywałam ostatnio idzie na moment w odstawkę (a jestem już blisko końca). Zabrałam się za coś nowego. Kolejny udzierg znów jest z babcinych kwadratów:) Chcę zrobić przyjemność mikołajkową mężowi i wymyśliłam coś dla niego - coś niewielkiego, co będzie mu z pewnością przydatne i co ucieszy go kolorystycznie. A ponieważ Mikołaj jak co roku będzie chodził w noc z 5 na 6 grudnia to muszę się spieszyć:)

Pojedynczy kwadrat tym razem wygląda tak:


Jest duży - 18/18 cm, po praniu i i ułożeniu spodziewam się jeszcze niewielkiego powiększenia. Kwadratów gotowych mam już trzy - łączę je ze sobą w trakcie dziergania. Póki co wyglądają ździebko krzywo, ale jak je wszystkie połączę, obdziergam brzegi i jeszcze wypiorę to wszystko znajdzie się na swoim miejscu.


Razem kwadratów będzie sześć - czwarty już kończę, zostaną mi jeszcze dwa plus wykończeniówka.



Chciałabym jeszcze (to ważne dla przyszłego użytkownika) lewą stronę podszyć jakąś tkaniną - bawełną lub cieniutkim polarem, koniecznie w odcieniu którejś z kwadratowych zieleni. I tu mam gzyms - nie mam w domu takiej tkaniny i nie wiem, czy gdzieś w sieci znajdę i czy mi do piątku przyślą. Będę próbowała.

To dzierganie już mamy, a czytanie...?
Nie ukrywam, że w ubiegłym tygodniu w większości czytałam wszystko, czego się dokopałam w necie w kwestii choroby mojego psa. Sporo tego było i bardzo mi ta wiedza pomogła. Mam nadzieję, że choć nie jest to książka to jednak czytanie będzie mi dziś zaliczone:)
Jakby co mogę się wylegitymować stosownymi linkami:)))

P.S. Tak łączę kwadraty: (klikamy na link do bloga Alushki)
Ten sposób łączenia powoduje, że nie ma szwów, dzianina po wypraniu pięknie się układa i wygląda, jakby była robiona w jednym kawałku.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich uczestników WDiC:)

wtorek, 2 grudnia 2014

Na wstępie

mojej dzisiejszej pisaniny informuję uprzejmie radośnie, że pieseńka ma się dobrze.
Je (upssss - żre!), pije i ponosi konsekwencje jedzenia i picia w postaci pewnych regularnych zachowań:)
Obszczekuje na spacerach kogo się da.
Dużo wypoczywa i śpi.
Pokornie pozwala zmieniać sobie opatrunek i spryskiwać ranę octaniseptem.
Nadal wynosimy ją i wnosimy - chodzenie po schodach jest dla niej niewskazane.
Nasze kręgosłupy płaczą:)
Jutro o 18.00 wizyta kontrolna.
Postaram się zdać raport.

O tej porze roku, w zatęchłym listopadzie lub jakimkolwiek innym początku jakiegoś grudnia mój organizm/żołądek od pewnego czasu domaga się ciepłych zup. Nie ukrywam - sporo czasu zajęło mi zrozumienie, o co memu żołądku/organizmu chodzi.
Na szczęście byłam pojęłam:)

Nauczyłam się gotować sycące, esencjonalne rosoły (kostek rosołowych i innych veget nijak nie uznaję, nie chcę albowiem jeść UMAMI), które stały się bazą do pewnych określonych zup. A zupełnym szczęśliwym trafem moja osobista fryzjerka - skądinąd młoda wiekiem osóbka - podpowiedziała mi, co z rzeczonymi zupami (i nie tylko) można zrobić.

Siedzę onegdaj na fotelu, moja-ci-fryzjerka obrabia mię włosy i opowiada, jak to co wieczór podaje rodzinie dwudaniowy obiad.
Pytam, jak to możliwe przy 12-godzinnym dniu pracy mieć co dzień dwa dania na stole.
Fryzjerka zdradza mi SEKRET.

Otóż - gdy gotuje jakąkolwiek zupę - zawsze gotuje jej dużo.
Część podaje na bieżący obiad, część pakuje w słoiki 0,9 - wlewa wrzątek, odwraca do góry nogami, a jak wystygnie pakuje do lodówki. Zassane słoiki spokojnie wytrzymują 2 do 3 miesięcy. W lodówce - to ważne!
Skoro zupa obiadowa robi się "sama", drugie danie nie jest już problemem.

Ten pomysł zaczyna mnie fascynować.
Przemyśliwuję temat.
Z mojego esencjonalnego rosołu zwyczajowo powstaje:
  1. rosół:)
  2. zupa krem (z dyni, pieczarek, zielonego groszku, brokułów etc.)
  3. jakakolwiek inna zupa (pomidorówka, ogórkowa, krupnik etc)
Nie ukrywam, że najczęściej są to zupy kremy.
Następnym więc rosołowym razem gotuję, miksuję, doprawiam - i pakuję do słoików.
Pomysł mojej fryzjerki sprawdza się znakomicie!
Z reguły po ugotowaniu dużego gara rosołu mam w zapasie 2 słoiki rosołu oraz 2 x 2 słoiki jakiejś zupy - krem, plus te same zupy w garach na bieżące spożycie. Wystarcza tego na 2 tygodnie - serio! Ponieważ zawsze jest obiadowa baza dorabia się do niej jakieś drugie danie - raz bardziej wyrafinowane, raz mniej. A jak Pani Domu totalnie brak sił (lub ma totalnego lenia ;p) to zawsze jest sycąca, gorąca zupa. Mówię wam - miodzio!

Dziś po pracy mąż dostał pomidorówkę i mięsne pierożki.
Kiedy on jadł ja nie czułam się głodna, więc zmiótł wszystko, co było.
Godzinkę temu jednak dopadł mnie spory głód.
To było klasyczne zupowe ssanie:)
Poleciałam do lodówki - a tam w słoikach zupa krem z dyni i rosół (ten drugi w słoiku niewielkim).
Odkorkowałam słoik.
Podgrzałam zawartość.
Ukręciłam lane kluseczki.
Ugotowałam - i pożarłam.
Ciepło mi w brzuszku:)

To brzuszkowe ciepełko jesienno - zimową porą jest bezcenne.
(nawet pieseńkę karmię ostatnio ciepłym jedzonkiem - myślę, że po operacji i o tej porze roku dobrze jej to zrobi).

Czemu o tym piszę? Żyję już długo na tym świecie, a o tak prostym sposobie nie wiedziałam (wiedziałam o długiej pasteryzacji, natomiast o tak krótkiej nie).
I może komuś z Was ten pomysł się przyda.
I może ktoś tak samo jak ja będzie miał lodówkowe zup zapasy, a później - w dowolnej chwili - będzie miał ciepło w brzuszku:)))

niedziela, 30 listopada 2014

Jest piekielnie silna

stwierdził lekarz na dzisiejszej kontroli.
Albo "diabelnie".
Dokładnie nie pamiętam.
Ani diabelnie ani piekielnie mi nie pasuje -  wolałabym "bosko":)))

Badań krwi nie robił, nie było potrzeby.
Zmienił opatrunek (mam to już dziś z głowy:)
Tramal też odstawił - pies już nie cierpi z powodu bólu.
Gadzina je, pije, sika, wypróżnia się, żebrze o żarcie (a jeść może niewiele, żeby nie rozpychać żołądka).
Wyłazi z wyrka za każdym razem, kiedy idę do kuchni, z nadzieją, że coś jej skapnie:)
Ma już prawo do półgodzinnych spacerów - !
Nie ma prawa skakać, szaleć, pokonywać przeszkód.
Ryzyko wewnętrznego krwotoku zmalało do minimum.

Dostała żelazo i 72-godzinny antybiotyk.
Rana i szwy - ok.
Trochę blada, ale po tak wielkim krwotoku śródoperacyjnym to normalne.
W środę następna kontrola.
A w czwartek odsunięta w czasie moja kręgosłupowa rehabilitacja.

P.S. Nie pojmuję.
Nie pojmuję, dlaczego pomagając, opiekując się innymi czuję się... w swoim żywiole?
Że czuję, że to jest sens życia, jeden z największych sensów?
Pomagając cierpieć, pomagając odejść, dyżurując, podejmując decyzje...
Czy to wiecznie chorująca rodzina, w której się wychowałam?
Czy to predyspozycje, których nie byłam dotąd świadoma?
Nie rozumiem, ale chyba właśnie to do mnie dociera i chyba zaczynam to nazywać po imieniu.
I nie ma w tym za grosz cukierkowatej, rozmemłanej pseudomiłości.
Jest życie, jest działanie, jest obecność, jest jakieś zrozumienie.

Czy ktoś wie, co to jest...?
Żadnych pseudokomplementów nie zniosę.
Zniosę jedynie merytoryczne wypowiedzi.

sobota, 29 listopada 2014

Pacjentka.

Pacjentka wczorajsza pooperacyjna, drżąca z zimna (otuliłam w swoją roboczą domową polarową koszulę, żeby czuła mój zapach):


Pacjentka wczorajsza wieczorna, rozkopana, nietomna po tramalu:


Pacjentka dzisiejsza, okołopołudniowa:


Pacjentka dzisiejsza, poobiednia:)


Noc była niespokojna.
Obudził mnie jej dudniący, krtaniowy kaszel.
Potrzebowałam chwili żeby zrozumieć, że to skutek intubacji.

Kiedy mąż wrócił dziś rano z zakupów wylazła z wyra i dokładnie obwąchała torbę.
Kiedy jadłam kanapkę z wędliną oderwałam kawałek i dałam jej.
O mały włos nie odgryzła mi palców razem z kanapkowym kęsem:)

Gotuję więc dziś obiady dwa.
Jeden - dla ludzi (jeszcze się warzy).
Drugi - dla pacjentki (pierwszą dzisiejszą porcję już pożarła ze smakiem i z wodną popitką).
Ryż, marchewka, mięsko z indyczej szyjki, w miarę w równych proporcjach.

Je.
Pije.
Sika (nerki pracują, super!)
Łazi.
Niucha.
Na dworze obszczekała kota!
Dużo śpi.

Za chwilę zmienię jej opatrunek (będzie wyzwanie, bo już wierzga i się buntuje:).
Wieczorem podam zastrzyk z tramalu.
Później wyniesiemy ją na krótki spacer i na siku.
A jutro o 10.30 lekarska kontrola.

Twarda sztuka, mówię Wam.
Chce żyć - po prostu chce żyć!
:)))


piątek, 28 listopada 2014

Sprawozdanie

09.45. Meldujemy się z psiną na miejscu. idziemy na piechotę - taszczę koc, legowisko, ręcznik i psa. Znaczy pies wesoło podskakując i poszczekując idzie sam.
Nie wiem, czego się spodziewać.
Lekarz jest już wolny, już na nas czeka.

09.50. Pies dostaje atropinę, a po 5 minutach "głupiego Jasia". Pies się powoli "ogłupia", ja konwersuję z lekarzem, co i jak będzie po zabiegu (w międzyczasie mam przykazane głaskać, miziać, dać poczucie bezpieczeństwa, co posłusznie czynię). Zdobywam ważne informacje - czego mogę się spodziewać, jak mam sobie radzić,.

10.00. Pies "odpływa". Lekarz prosi mnie o opuszczenie gabinetu, od tego momentu będzie się psem zajmował sam. Siadam w poczekalni. Ogarnia mnie spokój. Wyciągam szydełko, dziergam narzutowe kwadraty. Czekam.

10.30. Lekarz wychodzi z  gabinetu.
- Proszę pani, to nie guz jajnika ani wątroby. To ogromny naczyniak śledziony. Mogę zaszyć, wtedy pies ma do dwóch tygodni życia, nie więcej. Mogę operować dalej, ale jest ryzyko ogromnego krwotoku. Muszę usunąć śledzionę i naczyniaka. Zwierzę może tej operacji nie przeżyć...
- Co Pan radzi? - pytam
- Jedziemy dalej - mówi lekarz.
- Proszę operować - mówię.
Lekarz biegnie robić swoje.
Moje narzutowe kwadraty wychodzą krzywe.
Płaczę.
Czekam...

12.30. Lekarz prosi mnie do gabinetu.
Psina pozszywana leży na boku.
Jest zaintubowana.
Dowiaduję się, że dwa razy w czasie zabiegu otarła się o śmierć.
Raz z powodu krwotoku, drugi raz z powodów sercowych.
- Proszę głaskać, miziać, mówić do niej - mówi doktor.
Robię, co każe.
Całuję psią mordę.
Znów płaczę.

Pies się wybudza.
Odzyskuje powoli prawidłowe krążenie, choć stracił mnóstwo krwi.
Patrzy na mnie i widzę, że wie, kogo widzi.
Zaczyna niespokojnie ruszać głową, pluje rurką intubacyjną.
- Jest dobrze! - mówi doktor.
Tlen trzymam przy psim pysku jeszcze jakiś czas.
Po czym oglądam wyciętą śledzionę i naczyniaka.
Naczyniak ma wielkość mojej pięści.
Obrzydlistwo...

13.15. Doktor szuka odpowiedniego rozmiaru pooperacyjnego psiego fartuszka, kolejny raz odkaża ranę, zakłada opatrunek, zakłada fartuszek.
Podaje leki - witaminy, żelazo, tramal.
- Będzie Pani sama robiła zastrzyki z tramalu? - pyta.
- Pewnie - odpowiadam. - Teściowi robiłam z morfiny, psu z tramalu też zrobię.
Przechodzę krótki kurs, po czym pod okiem lekarza robię psu pierwszy zastrzyk.
Mówi, że poradziłam sobie świetnie.

13.30. Dostaję szczegółowe instrukcje.
Jak pielęgnować ranę, co może dziać się z psem, czy m się niepokoić, a czym nie.
Dostaję dwa jednorazowe zastrzyki z tramalu i informację, kiedy mam je podać.
Umawiam się na 10.30 w niedzielę na wizytę kontrolną.
Gdyby coś złego się działo mam dzwonić nawet w nocy...

13.50. Lekarz bierze psinę na ręce.
Ja zamykam na klucz gabinet.
Otwieram jego auto, on podaje mi psa.
Odwozi mnie do domu, wnosi psa do mieszkania, układa go na legowisku.
Ściskam mu prawicę.
Serdecznie dziękuję.
Pies drży.
Zgodnie z zaleceniami okrywam go, otulam.
Jak będzie mu za cieplo to sam się rozkopie.
Już to zrobił.

15.00. Pies wymiotuje.
Po narkozie.
Jestem spokojna.
Tak miało być.

16.17. - czyli w chwili, gdy kończę tego posta - pies wyłazi z legowiska.
Pije.
Chla!
Wypija pół miski.
Jaka radość!:)

P.S. Lekarz powiedział, że to twarda sztuka.
Że wojownik, co się nie poddaje.
Próbka wstrętnego naczyniaka jedzie do Dużego Miasta na badania histopatologiczne.
Będzie, co ma być. Póki co - lepiej być nie może:)

Czy muszę pisać, że bardzo, bardzo się cieszę?:)))