poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zaczęło się w środę.

Znaczy ubiegłą.
Coś tam gdzieś tam - wicie, rozumicie... tu szczyknie, tam zaboli, jeszcze gdzie indziej 37 na skali..
Trza się było trzymać, bo rodzice.
Bo już lepiej, bo rana się goi, gorączka spadła, mama odetchnęła pełną piersią - a Pacjent dostał pozwolenie na prowadzenie auta!
Ameryka, Kanada i Unia, hej!

We czwartek jeszcze im wypucowałam do prawie-błysku chałupę i wracając do siebie poczułam to dziwne COŚ. COŚ kazało zalegnąć natychmiast i odpocząć.
Noc była ciężka. Licznik Celsjusza dobił do 39,2 (ja-nie-z-tych-mnie-się-nie-zdarza), poleciałam po południu do lekarza. Oprócz czaszki rozpadającej się na strzępy i bardzo wysokiej gorączki innych objawów nie było.
- Pani D., obstawiam stres, daję leki na wzmocnienie, no dobrze, dam też antybiotyk... ten trzydniowy, no dam skoro pani się upiera, ale na razie proszę nie wykupywać, ja nie widzę potrzeby.
No bo po prawdzie OBJAW GŁÓWNY był jeszcze ukryty. Więc na rodzinnym mię psów nie wieszać - nie pozwalam!

Doczołgałam się go chaty wykupiwszy wszystkie leki, na wszelki słucziaj - i około 18 pojawił się OBJAW BÓLOWY GŁÓWNY. W piątek! Nosz jasssny gwint! Ćmienie w lewych plecach przeszło w tępy ból, tępy przeszedł w ostry i tak se zamiennie ze mną pogrywali. Nery, panie - nery! Ja to znam, to już było! Ćpnęłam antybiotyk, ćpnęłam zapisanego przeciwbólaka... w sobotę rano na termometrze zobaczyłam równiutkie 40,00! Celsjuszów. Zważywszy, że startową to ja mam 35,5 (no tak mam, cicho być!) - to było 41! No i ból, ten cholerny ból. Trójobjawowa passskuda...

Jakże ja dziękowałam Bogu za ten wykupiony antybiotyk, za wykopany spod ziemi ketonal setkę (tylko on sobie z gorączką i z bólem radził)!
Dziś polazłam do wracza.
Pedział, że tamten kilkudniowy się uwalnia i mię leczy i na razie nic innego, że 5 dni w wyrze i ani mru mru (no leżę bykiem od piątku!), że w czwartek na badania moczu, a w piątek decyzja, co dalej. Paniki nie ma, tendencja jest właściwa.

Ja od lat mam coś z nerkami.
Takie małe coś.
Znaczy się zapalać czasem lubią - one i okolice.
I muszę chlać na umór - czylitry dziennie. Jak nie wypiję to kaplica.
A muszę pić na mózg, bo często aż takiego pragnienie nie mam.

Jak tato chorował nie piłam. Nie było głowy, ni było (z przeproszeniem) czasu na szczanie po krzakach ani okolicznych kiblach. Teraz chleję, pomiary robię, obserwacje poczyniam.
Około środy se muszę przyćpać ketonal chyba podwójny i do roboty na dwie godziny pójść - koleżanka na urlopie nad morzem, no muszę.

Rodzice poskładani.
Ojciec pocina autkiem, ino gwizd!
Ja z trudem dycham, ale się nie daję!
Mój-ci-on ogarnia - och, jak ogarnia kuwetę.
Ino nie gotuje, ale ojtam, kto by się czepiał.

I tylko pies.
Od piątku odkąd leżę uwala się pod moją sofą i nie daje się stamtąd ruszyć.
Opiekuje się...?
Myśli, że se nie dam rady?
Smyranie zwisającą łapą pani ma w pakiecie:)

niedziela, 17 czerwca 2012

Jestem winna

kilka słów wyjaśnienia w związku z poprzednim postem.
Zanim napiszę - dziękuję serdecznie za ciepłe słowa.
Nie odpowiadam na komentarze, bo nie bardzo mam kiedy.

Pacjent ma powikłania pooperacyjne.
Żona pacjenta zmęczona do granic możliwości i też przewlekle chora.
Osłabła bardzo. Nie daje rady.
Mój czas przestał być moim czasem - jest teraz czasem moich bliskich.
Ćwiczę się w logistyce.

Uczę się godzić pracę zawodową, moje życie domowe i nowe obowiązki.
Pół biedy, jeśli mogę je wykonywać po pracy.
Niestety badań, wizyt lekarskich i odbierania wyników na popołudnie przenieść się nie da.
Już jutro muszę dowieźć pacjenta do poradni.
Rano.

Odwołaliśmy planowany urlop.
Dostosowujemy życie do nowych okoliczności.
Nie, nie jestem zaskoczona - wszak umiem myśleć, wiedziałam, że kiedyś...
Nie myślałam tylko, że to będzie już.

Druty i włóczki leżą odłogiem.
Zwyczajnie i po prostu nie ma na na to czasu.
Całe szczęście, że nogi wyćwiczone na kijach bez problemu niosą mnie tam, gdzie chcę i nie robią trudności.
W mojej logistyce czas na kije znaleźć się musi.

Blog mi pewnie zarośnie.
Wpadnę, jak czas pozwoli - ale nie wiem, kiedy.
Bo teraz to ja nie wiem już nic.
Ani co, ani gdzie, ani też - kiedy...

piątek, 8 czerwca 2012

Scenariusz

nie mój... nie nasz... nasz nie wyszedł.

Od środy od 12.00 z niewielkimi przerwami stacjonuję w szpitalu. Najpierw lekarz pierwszego kontaktu, skierowanie na konsultację chirurgiczną, SOR, długie czekanie, bardzo długie... później chirurgia, mnóstwo niewiadomych, wskazania do operacji i przeciwwskazania również... pacjent w podeszłym wieku, bardzo obciążony chorobami różnymi... wszystko nagle, tak nagle i niespodziewanie, jak tylko może być.
Życie.

W końcu planowanie zabiegu "ze wskazań życiowych". Wiem, co to znaczy...
Lekarze obstawieni wszystkimi możliwymi procedurami i konsultacjami, ryzyko bardzo duże.
Odwlekanie operacji z godziny na godzinę, żeby parametry krwi poprawić.
Wreszcie decyzja - wczoraj, rano.
Na stół.
Czekam pod blokiem operacyjnym.
Chirurg wychodzi uśmiechnięty.
Po nim anestezjolog - mina ta sama.
Mieli niezłego pietra, dobrze o tym wiem.

Kolega pacjenta z tej samej sali, co to na oko wyglądał całkiem nieźle po zabiegu wylądował niespodziewanie na intensywnej.
Mój pacjent rozintubowany i z szeroko otwartymi oczami wrócił na swoje łóżko.

Mój pacjent.
Mój ojciec.

Lecę - ciuchy trza donieść, człeka spionizować, pogadać, posiedzieć.
Powikłań póki co na horyzoncie nie widać.
I Bogu dzięki:)

P.S. Vi - nadrobimy ten czas, obiecuję!
Nadrobimy.
Tylko jeszcze nie wiem, kiedy.
Ale się dowiem!:*

niedziela, 27 maja 2012

Niespodziewana

najmilsza wizyta.
Chce się żyć, a troski idą w niepamięć:)

Byliśmy tu:


(zdjęcie z netu)

A jechaliśmy tym:


(zdjęcie takoż z netu)

Żurek i pomidorówka zagryzane domowymi kanapkami w schronisku smakowały wyśmienicie:) Młody, niespełna pięcioletni człowiek bez mrugnięcia okiem pokonał słabość i lęk jadąc dwuosobowym otwartym wyciągiem krzesełkowym (trzymam się mocno, bardzo mocno, nie spadniemy, prawdaaaa?:) Po czym pokonał schodząc ze Szrenicy około 7 km. Bez narzekania, marudzenia, zachwycając się każdym potokiem, kwiatkiem i robaczkiem i nie zajmując sobą więcej miejsca, niż to było konieczne:) Rzecz jasna w aucie zasnął snem sprawiedliwego, co mu się bezsprzecznie należało.

To dziś.
A w zeszły piątek - urodziny zięcia. Z najmilszym gościem, bo już był:) Do północka znaczy my świętowali. I wężykiem wracali, ale na szczęście do domu mieli nie więcej, niż 10 metrów:)))
W sobotę - trochę oddechu, po czym stadny działkowy grill (to u nas rzadkość!), kiełbaski, kaszanki, sałatka córkowa (mniam!) i synowski sos ziołowy (takoż mniam!).
Znaczy dzień matki my świętowali:) Dostałam kwiaciory i półkilogramową oryginalną włoską kawę - będę pić! A młody człowiek z pomocą konewki  radośnie produkował miłe sercu... błotko:)))
A dziś - cudne, bliskie sercu, kochane Karkonosze.
Kosodrzewina. Krajobrazy, że serce zmienia rytm. Cudo!
Nóg jednakże nie czuję, zatem dobranoc państwu!

P.S. Szkoda tylko, że jutro znów do roboty.
Niczego dobrego się po niej nie spodziewam. No takie życie i już.
Całe szczęście, że po  południu kije i podlewanie ogrodu - fasola, ogórki, rzodkiewka, buraki, szczypiory, sałata i cukinia rosną jak głupie - Lenbory, przybywajcie!!!

wtorek, 15 maja 2012

Taki czas...

taki ciężki, nabrzmiały jak ropień, taki bolesny.
Gdyby nie kije, ogród i słowiki nie dałabym rady - naprawdę.
Czas wyjątkowy - nie tylko dla mnie i nie dla mnie przede wszystkim, prawda, tafciku?...

Nie przypuszczałam.
W najśmielszych snach.
Że można tak - że można AŻ tak pragnąć ludzkiej krzywdy.
Tyle lat juz żyję - i nadal uwierzyć nie umiem...

Dlatego też wyjątkowo czekam.
Czekam bardzo - na nasze coroczne spotkanie - tym razem u nas:)
Został niecały miesiąc.
Planuję menu (bez szaleństw, mamy wszyscy skromne potrzeby:), cieszę się na pogaduchy i wypoczynek.
Może wreszcie podziergam - ?

Cieszę się jak dzika norka.
Przybywajcie!
Czekają na Was dwa ciepłe serca, jeden rozszczekany pies, nowa piękna kuchnia - i rozryta reszta chałupy:)))
Ale Wy przecież nie boicie się partyzanckich warunków, azaliż nieprawdaż?
Damy radę!
Na szczęście wyrka są wygodne i łazienka - choć nienowa - działa!

Czekamy.
Przybywajcie!
I niech pogoda nam sprzyja:)

Czekamy:***

poniedziałek, 7 maja 2012

I znów mnie nie było:)

Pojechałam w Polskę razem z czteroosobową grupą rowerowych napaleńców, wśród których - jakby nie patrzeć - byłam... hmmm... najsłabszym ogniwem:)
Ale nie całkiem do luftu:D

Na miejsce dotarliśmy w poniedziałek 30 kwietnia około 12.00.
Stacjonowaliśmy tutaj, o w tym domku.
A tu widok na posesję (zdjęcie podebrane gospodarzom):


Mieszkało się fantastycznie, w domku było ciepło (w łazience podgrzewana podłoga - mniam!), obiadokolacje warzyliśmy sami, a po całych dniach rowerowych tras wieczorem padaliśmy jak kawki (znaczy ja:)

Teren śliczny, aczkolwiek kompletne odludzie - jeśli kto szuka wrażeń towarzyskich tam ich nie znajdzie, no chyba, że je sobie dowiezie. Zalew Szczeciński 10 metrów od posesji. Zgraja żab drących ryje non stop - jak bum cyk cyk nie miały ani sekundy przerwy, cudne to było, ta żabia muzyka, aż się chciało nagrać. Bez stoperów usznych nie dałoby się spać przy otwartym oknie:)

Pogoda nas nie rozpieszczała - południe Polski przeżywało upały nie do zniesienia, my mieliśmy w porywach 20 stopni i częste deszcze, na szczęście perfekcyjnie manewrowaliśmy między chmurami i nie oberwaliśmy ani razu - rozpadało się dopiero w ostatnią sobotę, kiedy już wracaliśmy.

Okolice rowerowo objeżdżone, Wyspa Wolin i wioska wikingów zwiedzona, najdłuższa trasa - 75 km pod wiatr, silny wiatr, cztery litery zmasakrowane (rekonwalescencja jeszcze trwa:), ale dałam radę; spory odcinek przejechałam na flaku zupełnie bez świadomości, że tak się rzeczy mają, mąż stwierdził, że mam prawo doliczyć sobie caluśkie 5 km - zatem 80 km przejechanych, to moja życiówka!:);  Dziwnów, Dziwnówek, Międzywodzie, Świnoujście (latarnia, porty promowe i handlowe, jazda rowerem po plaży, promy do Ystad i ten wypływający i ten powracający obejrzane). Świeżutki smażony dorsz w Wisełce smakował tak obłędnie, że długo tego smaku nie zapomnę.

Rzecz jasna kije na plaży też były, choć wiatru nie można było pokonać, więc w jedną stronę szłyśmy z kijową koleżanką pół godziny wzdłuż plaży z wiatrem, mam pod powiekami kadr tego wzburzonego morza i totalnie pustej plaży, ale wracać musiałyśmy już przez wydmy, a właściwie chyba nie wydmy tylko okołowydmowe wzgórza, na azymut, tam przynajmniej nie wiało aż tak okrutnie. Widziałyśmy miejsca świeżo rozryte przez dziki, wokół nikogutko, udawałam, że się nie boję - i udało mi się nie bać:)

Do Międzyzdrojów już nie dotarłam, sił brakło, za to chłopaki zrobili sobie wycieczkę, mówią, że żałować nie ma czego - jeśli teraz taaaaaaaaakie dzikie tłumy to co dopiero musi się tam dziać latem!

Są już plany na następny rok, się zobaczy, czy się da radę, trza trenować - najsłabsze ogniwo musi się podciągnąć, bo reszta zawodników w dobrej kondycji. Zatem w najbliższą niedzielę 60 km, się zobaczy, czy się pokona - a póki co codziennie lub co drugi dzień kije - niech się dzieje!

Serdeczności ślę wszystkim:*

P.S. Dziergać próbowałam - z naciskiem na "próbowałam", ale wieczorem byłyśmy obie już tak padnięte, że sił zostawało już tylko na TV - albo i  na zalegnięcie w wyrku... o 21.00:)
Wszak siły na następny dzień trza było mieć!

środa, 18 kwietnia 2012

Nie było mnie

bo ciałem i duchem byłam gdzie indziej:)

Przyjechali. Czekaliśmy ponad dwa lata. Takie mają terminy.
20-lecie naszej wspólnoty.
Dziś to święto. 
A świętujemy w formie rekolekcji ewangelizacyjnych od niedzieli.

Warto było czekać:)
Dusza nakarmiona tłustymi potrawami - i tylko smutna ździebko, bo rzeczywistość lokalna skrzeczy...
I trzeba się będzie w niej odnaleźć.

Jakby wylądowali kiedyś gdzieś blisko Was - idźcie  w ciemno, z zamkniętymi oczami.
Bardzo, bardzo gorąco polecam.

 Znacie ich, byliście na rekolekcjach, na koncercie?
 Napiszcie, proszę.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Odżywam:)

Maraton domowo -  pracowy (znaczy praca zawodowa w chałupie) ukończon. Bajzel trza posprzątać:)
Zdrowieję piernikiem, kończę antybiotyk. Sił przybywa w postępie geometrycznym.
Zatem w pierwszy dzień po rzeczonym maratonie, korzystając jeszcze z przywileju bycia rekonwalescentem piję kawkę w łóżku z lapkiem na kolanach, delektuję się odpoczynkiem - i wrzucam pierwsze od niepamiętnych czasów dziergadło, czas jakiś temu udziane.

Żadne tam wysokie loty - ot, męski sweter, z pięknego szarego nepala, tym razem na plaskacza, bo na polowanie na manekina czasu brakło, a stosownego modela na podorędziu nie było:)
Projekt ogólny mój własny oparty na znanych schematach (raglan dziergany od dołu, trochę ryżu, trochę warkoczyków).
Kiedy mierzyłam dzianinę na mężczyźnie domowym okazało się, że warkocz biegnący wzdłuż rękawa od szyi do nadgarstka pięknie poszerza ramiona i modeluje przez to męską sylwetkę. Tego efektu nie przewidziałam, ale przypadkiem się osiągnął - i cieszy:)
Nota bene też będę mieć kiedyś taki sweter - mierzyłam, bardzo mi się podobał. Znaczy ja się sobie w nim. Bardzo. Se dziergnę, kiedyś:)

To lecimy z koksem:

Całość:


I jeszcze raz:



Detal:




I jeszcze raz:


I jeszcze jedno zbliżenie:




A tak wygląda lewa strona - caluśka! Ani jednego łączenia, ani jednej wrabianej na koniec nitki - znaczy tylko cztery: pierwsza dolna, ostatnia górna przy golfie i dwie u nasady rękawów:


Nitki łączę metodą "filcowania na mokro":). Pewnie nie ja wymyśliłam ten proch i nie ja go stworzyłam, a z drugiej strony sama do tego doszłam - no i prawa autorskie czyje? W każdym razie to kolejna już dzianina, w której nitki tak właśnie łączę, lewa strona jest zachwycająca przez swoją estetykę - i tak już te nitki łączyć będę. Dopóki dziergałam "szwowo" problemu z nitkami nie było - były szwy i i nitki się w nich sprytnie dawało schować. Odkąd staram się dziać bezszwowo, czyli gdzieś od dwóch lat problem był nie do przejścia, a pierwszy raz nerw mię szarpnął porządnie, kiedy kończyłam pierwsze wielbłądzie poncho. I kiedy te nitki doprowadziły mnie do dzikiego szału, bo nie dość, że chciały popsuć efekt na prawej stronie dzianiny (widać było wypukłość) to jeszcze wciągnąć je skutecznie na lewej było rzeczą prawie nieosiągalną. Jakoś to w końcu poszło, ale miałam niedosyt ogromny. I znalazłam rozwiązanie:)

Czy ktoś z Was szarpie się z lewą stroną i ma problem z nitkami? Ktoś chciałby zobaczyć na zdjęciach, jak można sobie z tym poradzić? Piszcie. Jeśli będą chętni i potrzebujący to obcykam metodę i wrzucę - pewnikiem już po świętach.

czwartek, 29 marca 2012

No i co?

Jajco!

Zapuszkowana przez dochtora na prawie dwa tygodnie, bezdyskusyjnie i bezwzględnie, przewlekle zapalona zatokowo i gardłowo wegetuję sobie w domu. Drugi dzień. Nie - trzeci, bo już po północku.  Razem tych dni będzie... 13? Jakoś tak. Areszt domowy zwany ZLA. Masakra. Do roboty wrócę 10 kwietnia, do tego czasu pracuję w łóżku:)
Tęsknie spoglądam na moje patyki - oj, jak tęsknie!

Zatem obłożona segregatorami i laptopami intensywnie dziergam - bynajmniej nie nowe cudeńka włóczkowe, jeno zestawienia, tabelki i inne takie, coby na termin jedyny i ostateczny zdążyć. Pozostaję z nadzieją, że tak się stanie. W przerwach gotuję i piekę - mam przywilej nieposiadania temperatury zanadto wysokiej, zatem jest ze mnie domowy pożytek. Albowiem 37,5 to jest już dla mnie GORĄCZKA, póki co ten problem mnie nie dotyczy.

Starałam się bardzo - się nie dać, nie poddać, nie ulec. Przechodzić, przelatać na kijach, oszukać zarazę cholerną. Półtora miesiąca się starałam. Nie dało się - sprytniejsza była ode mnie i zagnieżdżała się podstępnie coraz głębiej oszukując mnie objawowo. Nie zauważyłam, że jest mocno nieciekawie, póki prawie przytomności nie straciłam.

Wszystko wskazuje na to, że będę żyć, a przynajmniej tak mi się wydaje!
Antybiotyk pracuje nade mną, ja współpracuję z nim:)
Biotyk naprawia, co popsuł antybiotyk, nystatyna chroni przed wiadomo-czym.

Wełny leżą i czekają na lepsze czasy.
Kije stoją i kuszą.
Pies domaga się spacerów.
A ja segregatory, laptopy i tabelki.
I wyrko.
Dobrze, że od jutra pogoda się psuje - mniej będzie mi żal:)

P. S. Roboty pracowej za mnie nikt nie zrobi - no tak to.
Niesprawiedliwością mi się zdaje w tej sytuacji utrata wynagrodzenia w wysokości 20%.
Zdaje mi się, że słuszność jest po mojej stronie, tyle, że mogę ją sobie wsadzić w cztery litery.
A poza tym wszystko ok - szklanka bezwzględnie do połowy pełna:)))

piątek, 16 marca 2012

Różności

"Marek Aureliusz powiada: jeśli życzliwość jest szczera i nieobłudna, to jest niezwyciężona.

cenię jasne sytuacje.
proste emocje.
szczerość.

takie są - z wyboru - moje znajomości.
innych nie mam, bo zrozumiałam, że nie warto.
niektóre ucięłam, inne - same uschły.
parę osób nie udźwignęło znajomości w obliczu choroby.

nie mam (już) czasu na kontredansy, podchody, pantomimę.
daję wszystko, biorę wszystko.
daję - ale to nie oznacza dzielenia się szczegółami życia.
szanuję swoją i innych intymność.
biorę - ale nie przywłaszczam.
biorę drugiego człowieka z tym, czym zechce się podzielić.

są zależności - nie ma symetrii.
nie ma symetrii? - nie ma relacji.
wracając do Marka Aureliusza: jestem pewna, że tylko bezinteresowna życzliwość może być zaczynem trwałych, zdrowych relacji."

Ściągnięte żywcem, autorka jest tutaj, cytuję i dzielę się tym, co przeczytałam, bo pod tym to ja rękami i nogami i całą sobą, bo tak mam ciągle się tego uczę, o to walczę i to jest dla mnie sedno relacji człowiek - człowiek.
Dotknęły mnie te słowa z całej siły - nie umiałabym precyzyjniej zamienić myśli na słowa.
Pozostał mi zatem jeno cytat.
A w głowie najmocniej zostało: są zależności - nie ma symetrii; nie ma symetrii - nie ma relacji.
Ja WIEM, że to jest prawda.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czasu wolnego mam malutko, staram się żyć świadomie każdą chwilą, ale na net czasu coraz mniej... Dziergam (niewiele, ale codziennie), ale nie mam kiedy focić i obrabiać.
Dużo pracy zawodowej.
Kijów pilnuję jak oka w głowie - szykuję się tutaj, trenujemy z koleżanką prawie codziennie. To tylko godzina, ale jakże owocna! Dziś zaopatrzyłam się w odpowiednie buty, spodnie i bluzę (wersja wiosenna) - jutro będzie ciepło, jeśli gorączka odpuści to polatam w nowych łaszkach:) Gdyby nie fakt, że ciągle męczą mnie nawracające infekcje (nudna jestem do bólu, wiem) byłoby cudnie, bo forma rośnie. Chyba wizyta lekarska mnie nie ominie.

Zamówiłam książkę. Jeszcze ciepła, już do mnie jedzie, bardzo czekam.
Cenię człowieka, cenię jego odwagę.
Ciekawa jestem bardzo, co i jak będzie napisane.
Czuję ulgę, że choć jeden chce pisać prawdę.
Ufam mu - i Bóg jeden wie, On jeden, jak bardzo tej książki i tych treści  potrzebuję...

Remont żółwim tempem idzie do przodu - ale idzie i cieszę się każdą zmianą.
Cudnie jest znowu gotować i piec.
Dziś grane były naleśniki z pieczarkami - naleśniki zrobić każdy umie, a przepis na farsz podaję:
40 dag pieczarek
2 średnie cebule
50 gram masła
150 gram żółtego sera
pieprz i sól

Masło na patelnię, w międzyczasie cebula do blendera i zaś na patelnię, później to samo z pieczarkami i znów na patelnię, podsmażyć, poddusić, odparować lekko, ser na tarce o dużych oczkach i na patelnię, do tego pieprz i sól. Patelnia powinna być ciężka i gruba - farsz stygnąc tężeje, a trzeba go nakładać, jak jest gorący. Pyyyycha! Pożarliśmy, reszta została na jutrzejszy obiad - się odgrzeje, się zje.

Ściskam ciepło!
Znacie jakieś fajne wytrawne farsze do naleśników (znaczy nie na słodko)? Jak znacie to piszcie - chętnie skorzystam:)

poniedziałek, 5 marca 2012

Melduję...

że wbrew powszechnie panującej opinii żyję - i to całkiem nieźle:)
Tyle, że ostatnio jakoś tak bardziej analogowo, niż cyfrowo.
No jakoś tak:)

Udziergałam.
Sfociłam.
W wolniejszej chwili umieszczę.
Ino kiedy - nie wiem:)
Męski sweter z jasnoszarego nepala.
Zdjęcia będą średnio ciekawe, bo tym razem manekina nie dopadłam - są plaskate.
Za to lewa strona cudna - bez nijakich łączeń, supłów, wrabiania nitek.
To znaczy wrabiań ino kilka - nitka pierwsza górna, druga dolna i nitki przy rękawach. Razem cztery nitki...:)
Jednolity ciąg wełnowy - a umówmy się, motek nie miał 1200 metrów, jeno każden miał metrów około 70 (no około, powiedzmy). 50 gram w każdym razie.
Jeśli będzie wola ludu zrobię tutorial, jak łączyć te nitki, coby rzeczonych łączeń w technice bezszwowej widać nie było. Patent nie mój, literki (R) nie będzie - poczytałam, pozbierałam dane, wyjszło - zatem będzie to mix pomysłów. Jak się kto do patentu przyzna to mu honor oddam:)

Latam na kijach:)
Wylatałam kilometry, lewy górny róg, bieżące info. I będę wylatywać dalej:)
Skutek uboczny - wylatane kilogramy, centymetry (w obwodach), samopoczucie nie-z-tej-ziemi.
Dwa rozmiary w dół - serioserio!
Jaaaakaż radość:)))
Ciała prawie nie czuję - poruszam się wreszcie siłą mięśni, a nie tylko siłą woli:)))
Mam kumpelki w lataniu - cieszę się ogromnie, ino one wolniejsze, zatem po lataniu wespółwzespół ja muszę swoje jeszcze "dolatać".
Mózg dotleniony, ciało coraz sprawniejsze - rozważam jakowyś bieg nordic walking - zawody w sensie...?
Mam chrapkę:)
Jeszcze dokuczają zakwasy, ale tylko deczko.

To na razie:)
Ktoś tęsknił...?
Ja tak:)
Ściskam:***

sobota, 18 lutego 2012

Aaaaach!

Tu jest aaaaach!
Proszę patrzeć na ordery!:)
A tutaj krótki wywiad.

Trochę mi lepiej.
Może jeszcze nie wszystko na tym świecie się popsuło...?
Cieszę się strasznie, niewyobrażalnie.
Że ludzie tego chcą, że czytają, że cenią.
Idę się cieszyć dalej:)

Post scriptum:

"Kilka miesięcy temu poznałam w hospicjum sędziwego rektora pewnej znamienitej uczelni. Długie godziny serdecznych opowieści. Na koniec dostałam od niego tylko jedną radę. Wiem, że mnie lubił i długo myślał nad owym memento. - Zrobiłem wszystko dla swojej głowy i ducha. Doktoraty, książki, habilitacje, profesury, sympozja, artykuły, dyskusje… Ciało zostawiłem zupełnie. Teraz ono, niedołężne, bezradnie zamknęło moją aż nadto sprawną głowę w potrzasku. Nie poradzę już nic. Mówię to pani, bo jest pani mądra i dobra. Proszę nie popełnić mojego błędu. Niech pani to zapamięta. Proszę dbać o swoje ciało, jeździć na rowerze, pływać. Proszę je pokochać, nie spychać na margines."

Cytat pochodzi stąd (klik).