Znaczy ubiegłą.
Coś tam gdzieś tam - wicie, rozumicie... tu szczyknie, tam zaboli, jeszcze gdzie indziej 37 na skali..
Trza się było trzymać, bo rodzice.
Bo już lepiej, bo rana się goi, gorączka spadła, mama odetchnęła pełną piersią - a Pacjent dostał pozwolenie na prowadzenie auta!
Ameryka, Kanada i Unia, hej!
We czwartek jeszcze im wypucowałam do prawie-błysku chałupę i wracając do siebie poczułam to dziwne COŚ. COŚ kazało zalegnąć natychmiast i odpocząć.
Noc była ciężka. Licznik Celsjusza dobił do 39,2 (ja-nie-z-tych-mnie-się-nie-zdarza), poleciałam po południu do lekarza. Oprócz czaszki rozpadającej się na strzępy i bardzo wysokiej gorączki innych objawów nie było.
- Pani D., obstawiam stres, daję leki na wzmocnienie, no dobrze, dam też antybiotyk... ten trzydniowy, no dam skoro pani się upiera, ale na razie proszę nie wykupywać, ja nie widzę potrzeby.
No bo po prawdzie OBJAW GŁÓWNY był jeszcze ukryty. Więc na rodzinnym mię psów nie wieszać - nie pozwalam!
Doczołgałam się go chaty wykupiwszy wszystkie leki, na wszelki słucziaj - i około 18 pojawił się OBJAW BÓLOWY GŁÓWNY. W piątek! Nosz jasssny gwint! Ćmienie w lewych plecach przeszło w tępy ból, tępy przeszedł w ostry i tak se zamiennie ze mną pogrywali. Nery, panie - nery! Ja to znam, to już było! Ćpnęłam antybiotyk, ćpnęłam zapisanego przeciwbólaka... w sobotę rano na termometrze zobaczyłam równiutkie 40,00! Celsjuszów. Zważywszy, że startową to ja mam 35,5 (no tak mam, cicho być!) - to było 41! No i ból, ten cholerny ból. Trójobjawowa passskuda...
Jakże ja dziękowałam Bogu za ten wykupiony antybiotyk, za wykopany spod ziemi ketonal setkę (tylko on sobie z gorączką i z bólem radził)!
Dziś polazłam do wracza.
Pedział, że tamten kilkudniowy się uwalnia i mię leczy i na razie nic innego, że 5 dni w wyrze i ani mru mru (no leżę bykiem od piątku!), że w czwartek na badania moczu, a w piątek decyzja, co dalej. Paniki nie ma, tendencja jest właściwa.
Ja od lat mam coś z nerkami.
Takie małe coś.
Znaczy się zapalać czasem lubią - one i okolice.
I muszę chlać na umór - czylitry dziennie. Jak nie wypiję to kaplica.
A muszę pić na mózg, bo często aż takiego pragnienie nie mam.
Jak tato chorował nie piłam. Nie było głowy, ni było (z przeproszeniem) czasu na szczanie po krzakach ani okolicznych kiblach. Teraz chleję, pomiary robię, obserwacje poczyniam.
Około środy se muszę przyćpać ketonal chyba podwójny i do roboty na dwie godziny pójść - koleżanka na urlopie nad morzem, no muszę.
Rodzice poskładani.
Ojciec pocina autkiem, ino gwizd!
Ja z trudem dycham, ale się nie daję!
Mój-ci-on ogarnia - och, jak ogarnia kuwetę.
Ino nie gotuje, ale ojtam, kto by się czepiał.
I tylko pies.
Od piątku odkąd leżę uwala się pod moją sofą i nie daje się stamtąd ruszyć.
Opiekuje się...?
Myśli, że se nie dam rady?
Smyranie zwisającą łapą pani ma w pakiecie:)