poniedziałek, 30 lipca 2012

Czekam na buziaki:)

Urodziny mam - a co!
Które?
18 + ... doświadczenie życiowe:)

Przyznałam się jednej koleżance pracowej i zakazałam o tym gadać.
Za jakiś czas telefon, że mam się pilnie stawić do szefa.
Poleciałam kurcgalopkiem!
A tam - szefa niet, za to bukiecik z polnych kwiatków z takim oto załącznikiem:





(zdjęcie stąd )

Ależ mię się mordencja uśmiechnęła:))) A trzy pracowe mordki uśmiechały się wespół wzespół:)

A później był telefon od protoplastów - nieźle się dziś czują, odśpiewali gromkie "sto lat":)

No i świętuję podwójnie, bo jeszcze rocznica ślubu! W moje urodziny, a co:)
Która?
A nie powiem:)
Sama nie wiem, jak ja z tym chłopem tyle wytrzymałam...
Żeby nie było - on też mówi, że dawno Nobla powinien dostać!
Idziemy sobie dziś do knajpy na kolacyjkę, a później w chałupie będziemy pić martni & citrone & soda:)))
Oj, będzie się działo...;)


środa, 25 lipca 2012

O tak - właśnie tak, ino w ciuchach!:)


Chyba już umiem i dobrze to robię:)
A post factum - jak nowo narodzona!
Oczywiście nie w dzikim upale, to se ne da.
Zatem na ochłodzenie czekam:)

Polecam najgoręcej - proszę również uważać, to uzależnia!:)

poniedziałek, 23 lipca 2012

Da się żyć:)

Jakoś ogarniam.
Przecież zawsze może być gorzej, nieprawdaż?
A nie jest:)
Jakoś się mamy.
Ja ozdrowiałam, seniorzy póki co się trzymają - czasem z trudem, ale jednak.
Gotuję im (od czasu do czasu, w miarę potrzeb), sprzątam, biegam z plecakiem pełnym zakupów, działam na dwa domy - da się, no się da.
Nawet teściową w weekend (z wydatną pomocą mój-ci-onego) dałam radę ugościć - ha!

Ogórki i cukinie zgłupiały ze szczętem, nie nadążamy ze zbieraniem.
Dobrze, że cukinia może poleżeć i poczekać na tańsze pomidory - zamierzam "zasłoikować" leczo.
Póki co leżakuje już 10 sztuk, reszta rośnie na krzakach:)
Soki i dżemy wiśniowe zrobione, czarnoporzeczkowe takoż (mniam!).
Małosolnych zeżarłam już 3 kg - całe szczęście nie tuczą:)
Jutro "nastawiam" następne.

No i dzierga się - nawet całkiem sporo, niedługo fotki, obiecuję!
Świeży, dziś ukończony udzierg uszpilon, schnie.
Mię się podoba, może spodoba się i Wam?

Póki co potrzebuję porady.
Mam straszną nieprzemożną chcicę na... jedwab! Pure silk:)
Albowiem z nieba mi spadły niespodziewane piniondze:)
Jedwab ma być biały lub undyed (najlepiej biały) na piękną, dość cienką, "lejącą się" bluzkę.
Macie jakieś doświadczenia?
Podpowiedzcie, który by się nadał, plisss!
To dość kosztowny zakup, nie chciałabym popełnić błędu.
Będę wdzięczna za każdą podpowiedź.

Serdeczności dla wszystkich:*

poniedziałek, 9 lipca 2012

Wczoraj mię się w głowie ulęgła

siercoszczipatielnyja notka.
Wczoraj.
Już miałam skrobać.
A dzisiaj jest dzisiaj, wróciła trzeźwość umysłu - i siercoszczipatielność paszła w pierniki:)

Zapodaję zatem, że:
  1. Nery zdrowe - stan ostry okazał się być stanem ostrym jeno bakteryjnie, za co niech Wszechmocnemu będą dzięki. Bakcyli milionpińcet wytłuczone, wyniki dobre, nery całe, a po nieludzkiej gorączce i silnym bólu pozostało jeno wspomnienie. Przy okazji dzięki serdeczne wszystkim, co mi mądrą radą uratowali żołądek (przed ketonalem znaczy). Tobie Gackowa szczególnie - kupiłam, co kazałaś, żarłam, jak w ulotce stało - dziur w narządzie chyba się nie dorobiłam:)
  2. Robię nadal na trzech etatach, ale już się przyzwyczaiłam i nawet mi z tym nieźle. Ot - człek chyba elastyczna istota jest (u mnie to rzadkość, ale jednak). Drugi etat, ten zaraz po pracy zawodowej bywa całkiem sympatyczny - nie zawsze trzeba ciężko pracować, czasem wystarczy posiedzieć i pogadać, przynieść ze świata najświeższe ploty i interesująco je opowiedzieć ciesząc się jednocześnie uśmiechem, jaki wywołują na twarzach słuchających. Ze wszystkich lekarstw świata najlepsza jest miłość i obecność - stwierdzam jednoznacznie. Oraz poczucie bezpieczeństwa, jaką ta obecność daje tym, którym brakuje sił. Usłyszeć takie słowa - bezcenne i wzruszające. Co wcale nie oznacza, że zawsze jest idealnie:)
  3. Zatem żyję. Ba - nawet dziergam! Odkorkowało mię:) Na razie nieśmiało, rzeczy proste i całkiem niewielkie - jakieś mitenki, jakieś getry, ot taki rozruch po długim przestoju. Szykuję się do zimy (córka się ze mnie nabija:) - tak, pierwszy raz w życiu jestem zapobiegliwa, odświeżam (piorąc) moje dzianiny, dorabiam do nich dodatki, wszak lato to jedynie mgnienie oka i zaraz sobie pójdzie, a ja będę mieć na jesień i zimę wszystko, czego mi potrzeba. Mam jeszcze do wykończenia kilka "ufoków", w tym dwa pilne, dawno obiecane. Jak się rozkręcę to się za nie wezmę i wreszcie będę mieć z głowy, bo wyrzuty sumienia już mi spać nie dają. Jak zrobię coś ciekawszego niż getry i mitenki to sfocę i wrzucę - obiecuję! No chyba, że chcecie takie zwyklaki oglądać to je też obcykam - tylko napiszcie, że chcecie. Ale macie chcieć naprawdę, a nie dla picu!:D
  4. Po okresie dzikich burz (poszedł w kosmos dekoder telewizji cyfrowej) i jeszcze dzikszych upałów, po miesiącu nieobecności (z powodów wiadomych) wylądowałam wreszcie w ogrodzie - a tam... dżungla! Tak dorodnych ogórków, cukinii, szparagowej fasolki, cebuli i innych cudów wianków jeszcze nie widziałam! Dały radę chwastom, owocują jak szalone, ogórki kwitną jak oszalałe i się panoszą, cukinię mam już swoją, o czarnej porzeczce, wiśniach i agreście nie wspominając.  W garze dosmażam czarnoporzeczkowy dżem, pachnie w całej chałupie, jutro - jeśli mój "drugi etat" da mi urlop (wszystko zależy od kondycji moich podopiecznych) - będę warzyć wiśniowe soki.
P.S. Wszystkim, co wzdychali w mych sprawach do Instancji Nadrzędnej bardzo dziękuję. Mam w sercu niebywały pokój i wewnętrzną równowagę, z rodzaju tej, co jej sobie samemu wypracować nie można. A pokój z gatunku tych, co ich świat nijak nie może dać. Tak stoi napisane - i ja to wiem!
Dziękuję.
Niech Wam zostanie oddane - po stokroć!

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zaczęło się w środę.

Znaczy ubiegłą.
Coś tam gdzieś tam - wicie, rozumicie... tu szczyknie, tam zaboli, jeszcze gdzie indziej 37 na skali..
Trza się było trzymać, bo rodzice.
Bo już lepiej, bo rana się goi, gorączka spadła, mama odetchnęła pełną piersią - a Pacjent dostał pozwolenie na prowadzenie auta!
Ameryka, Kanada i Unia, hej!

We czwartek jeszcze im wypucowałam do prawie-błysku chałupę i wracając do siebie poczułam to dziwne COŚ. COŚ kazało zalegnąć natychmiast i odpocząć.
Noc była ciężka. Licznik Celsjusza dobił do 39,2 (ja-nie-z-tych-mnie-się-nie-zdarza), poleciałam po południu do lekarza. Oprócz czaszki rozpadającej się na strzępy i bardzo wysokiej gorączki innych objawów nie było.
- Pani D., obstawiam stres, daję leki na wzmocnienie, no dobrze, dam też antybiotyk... ten trzydniowy, no dam skoro pani się upiera, ale na razie proszę nie wykupywać, ja nie widzę potrzeby.
No bo po prawdzie OBJAW GŁÓWNY był jeszcze ukryty. Więc na rodzinnym mię psów nie wieszać - nie pozwalam!

Doczołgałam się go chaty wykupiwszy wszystkie leki, na wszelki słucziaj - i około 18 pojawił się OBJAW BÓLOWY GŁÓWNY. W piątek! Nosz jasssny gwint! Ćmienie w lewych plecach przeszło w tępy ból, tępy przeszedł w ostry i tak se zamiennie ze mną pogrywali. Nery, panie - nery! Ja to znam, to już było! Ćpnęłam antybiotyk, ćpnęłam zapisanego przeciwbólaka... w sobotę rano na termometrze zobaczyłam równiutkie 40,00! Celsjuszów. Zważywszy, że startową to ja mam 35,5 (no tak mam, cicho być!) - to było 41! No i ból, ten cholerny ból. Trójobjawowa passskuda...

Jakże ja dziękowałam Bogu za ten wykupiony antybiotyk, za wykopany spod ziemi ketonal setkę (tylko on sobie z gorączką i z bólem radził)!
Dziś polazłam do wracza.
Pedział, że tamten kilkudniowy się uwalnia i mię leczy i na razie nic innego, że 5 dni w wyrze i ani mru mru (no leżę bykiem od piątku!), że w czwartek na badania moczu, a w piątek decyzja, co dalej. Paniki nie ma, tendencja jest właściwa.

Ja od lat mam coś z nerkami.
Takie małe coś.
Znaczy się zapalać czasem lubią - one i okolice.
I muszę chlać na umór - czylitry dziennie. Jak nie wypiję to kaplica.
A muszę pić na mózg, bo często aż takiego pragnienie nie mam.

Jak tato chorował nie piłam. Nie było głowy, ni było (z przeproszeniem) czasu na szczanie po krzakach ani okolicznych kiblach. Teraz chleję, pomiary robię, obserwacje poczyniam.
Około środy se muszę przyćpać ketonal chyba podwójny i do roboty na dwie godziny pójść - koleżanka na urlopie nad morzem, no muszę.

Rodzice poskładani.
Ojciec pocina autkiem, ino gwizd!
Ja z trudem dycham, ale się nie daję!
Mój-ci-on ogarnia - och, jak ogarnia kuwetę.
Ino nie gotuje, ale ojtam, kto by się czepiał.

I tylko pies.
Od piątku odkąd leżę uwala się pod moją sofą i nie daje się stamtąd ruszyć.
Opiekuje się...?
Myśli, że se nie dam rady?
Smyranie zwisającą łapą pani ma w pakiecie:)

niedziela, 17 czerwca 2012

Jestem winna

kilka słów wyjaśnienia w związku z poprzednim postem.
Zanim napiszę - dziękuję serdecznie za ciepłe słowa.
Nie odpowiadam na komentarze, bo nie bardzo mam kiedy.

Pacjent ma powikłania pooperacyjne.
Żona pacjenta zmęczona do granic możliwości i też przewlekle chora.
Osłabła bardzo. Nie daje rady.
Mój czas przestał być moim czasem - jest teraz czasem moich bliskich.
Ćwiczę się w logistyce.

Uczę się godzić pracę zawodową, moje życie domowe i nowe obowiązki.
Pół biedy, jeśli mogę je wykonywać po pracy.
Niestety badań, wizyt lekarskich i odbierania wyników na popołudnie przenieść się nie da.
Już jutro muszę dowieźć pacjenta do poradni.
Rano.

Odwołaliśmy planowany urlop.
Dostosowujemy życie do nowych okoliczności.
Nie, nie jestem zaskoczona - wszak umiem myśleć, wiedziałam, że kiedyś...
Nie myślałam tylko, że to będzie już.

Druty i włóczki leżą odłogiem.
Zwyczajnie i po prostu nie ma na na to czasu.
Całe szczęście, że nogi wyćwiczone na kijach bez problemu niosą mnie tam, gdzie chcę i nie robią trudności.
W mojej logistyce czas na kije znaleźć się musi.

Blog mi pewnie zarośnie.
Wpadnę, jak czas pozwoli - ale nie wiem, kiedy.
Bo teraz to ja nie wiem już nic.
Ani co, ani gdzie, ani też - kiedy...

piątek, 8 czerwca 2012

Scenariusz

nie mój... nie nasz... nasz nie wyszedł.

Od środy od 12.00 z niewielkimi przerwami stacjonuję w szpitalu. Najpierw lekarz pierwszego kontaktu, skierowanie na konsultację chirurgiczną, SOR, długie czekanie, bardzo długie... później chirurgia, mnóstwo niewiadomych, wskazania do operacji i przeciwwskazania również... pacjent w podeszłym wieku, bardzo obciążony chorobami różnymi... wszystko nagle, tak nagle i niespodziewanie, jak tylko może być.
Życie.

W końcu planowanie zabiegu "ze wskazań życiowych". Wiem, co to znaczy...
Lekarze obstawieni wszystkimi możliwymi procedurami i konsultacjami, ryzyko bardzo duże.
Odwlekanie operacji z godziny na godzinę, żeby parametry krwi poprawić.
Wreszcie decyzja - wczoraj, rano.
Na stół.
Czekam pod blokiem operacyjnym.
Chirurg wychodzi uśmiechnięty.
Po nim anestezjolog - mina ta sama.
Mieli niezłego pietra, dobrze o tym wiem.

Kolega pacjenta z tej samej sali, co to na oko wyglądał całkiem nieźle po zabiegu wylądował niespodziewanie na intensywnej.
Mój pacjent rozintubowany i z szeroko otwartymi oczami wrócił na swoje łóżko.

Mój pacjent.
Mój ojciec.

Lecę - ciuchy trza donieść, człeka spionizować, pogadać, posiedzieć.
Powikłań póki co na horyzoncie nie widać.
I Bogu dzięki:)

P.S. Vi - nadrobimy ten czas, obiecuję!
Nadrobimy.
Tylko jeszcze nie wiem, kiedy.
Ale się dowiem!:*

niedziela, 27 maja 2012

Niespodziewana

najmilsza wizyta.
Chce się żyć, a troski idą w niepamięć:)

Byliśmy tu:


(zdjęcie z netu)

A jechaliśmy tym:


(zdjęcie takoż z netu)

Żurek i pomidorówka zagryzane domowymi kanapkami w schronisku smakowały wyśmienicie:) Młody, niespełna pięcioletni człowiek bez mrugnięcia okiem pokonał słabość i lęk jadąc dwuosobowym otwartym wyciągiem krzesełkowym (trzymam się mocno, bardzo mocno, nie spadniemy, prawdaaaa?:) Po czym pokonał schodząc ze Szrenicy około 7 km. Bez narzekania, marudzenia, zachwycając się każdym potokiem, kwiatkiem i robaczkiem i nie zajmując sobą więcej miejsca, niż to było konieczne:) Rzecz jasna w aucie zasnął snem sprawiedliwego, co mu się bezsprzecznie należało.

To dziś.
A w zeszły piątek - urodziny zięcia. Z najmilszym gościem, bo już był:) Do północka znaczy my świętowali. I wężykiem wracali, ale na szczęście do domu mieli nie więcej, niż 10 metrów:)))
W sobotę - trochę oddechu, po czym stadny działkowy grill (to u nas rzadkość!), kiełbaski, kaszanki, sałatka córkowa (mniam!) i synowski sos ziołowy (takoż mniam!).
Znaczy dzień matki my świętowali:) Dostałam kwiaciory i półkilogramową oryginalną włoską kawę - będę pić! A młody człowiek z pomocą konewki  radośnie produkował miłe sercu... błotko:)))
A dziś - cudne, bliskie sercu, kochane Karkonosze.
Kosodrzewina. Krajobrazy, że serce zmienia rytm. Cudo!
Nóg jednakże nie czuję, zatem dobranoc państwu!

P.S. Szkoda tylko, że jutro znów do roboty.
Niczego dobrego się po niej nie spodziewam. No takie życie i już.
Całe szczęście, że po  południu kije i podlewanie ogrodu - fasola, ogórki, rzodkiewka, buraki, szczypiory, sałata i cukinia rosną jak głupie - Lenbory, przybywajcie!!!

wtorek, 15 maja 2012

Taki czas...

taki ciężki, nabrzmiały jak ropień, taki bolesny.
Gdyby nie kije, ogród i słowiki nie dałabym rady - naprawdę.
Czas wyjątkowy - nie tylko dla mnie i nie dla mnie przede wszystkim, prawda, tafciku?...

Nie przypuszczałam.
W najśmielszych snach.
Że można tak - że można AŻ tak pragnąć ludzkiej krzywdy.
Tyle lat juz żyję - i nadal uwierzyć nie umiem...

Dlatego też wyjątkowo czekam.
Czekam bardzo - na nasze coroczne spotkanie - tym razem u nas:)
Został niecały miesiąc.
Planuję menu (bez szaleństw, mamy wszyscy skromne potrzeby:), cieszę się na pogaduchy i wypoczynek.
Może wreszcie podziergam - ?

Cieszę się jak dzika norka.
Przybywajcie!
Czekają na Was dwa ciepłe serca, jeden rozszczekany pies, nowa piękna kuchnia - i rozryta reszta chałupy:)))
Ale Wy przecież nie boicie się partyzanckich warunków, azaliż nieprawdaż?
Damy radę!
Na szczęście wyrka są wygodne i łazienka - choć nienowa - działa!

Czekamy.
Przybywajcie!
I niech pogoda nam sprzyja:)

Czekamy:***

poniedziałek, 7 maja 2012

I znów mnie nie było:)

Pojechałam w Polskę razem z czteroosobową grupą rowerowych napaleńców, wśród których - jakby nie patrzeć - byłam... hmmm... najsłabszym ogniwem:)
Ale nie całkiem do luftu:D

Na miejsce dotarliśmy w poniedziałek 30 kwietnia około 12.00.
Stacjonowaliśmy tutaj, o w tym domku.
A tu widok na posesję (zdjęcie podebrane gospodarzom):


Mieszkało się fantastycznie, w domku było ciepło (w łazience podgrzewana podłoga - mniam!), obiadokolacje warzyliśmy sami, a po całych dniach rowerowych tras wieczorem padaliśmy jak kawki (znaczy ja:)

Teren śliczny, aczkolwiek kompletne odludzie - jeśli kto szuka wrażeń towarzyskich tam ich nie znajdzie, no chyba, że je sobie dowiezie. Zalew Szczeciński 10 metrów od posesji. Zgraja żab drących ryje non stop - jak bum cyk cyk nie miały ani sekundy przerwy, cudne to było, ta żabia muzyka, aż się chciało nagrać. Bez stoperów usznych nie dałoby się spać przy otwartym oknie:)

Pogoda nas nie rozpieszczała - południe Polski przeżywało upały nie do zniesienia, my mieliśmy w porywach 20 stopni i częste deszcze, na szczęście perfekcyjnie manewrowaliśmy między chmurami i nie oberwaliśmy ani razu - rozpadało się dopiero w ostatnią sobotę, kiedy już wracaliśmy.

Okolice rowerowo objeżdżone, Wyspa Wolin i wioska wikingów zwiedzona, najdłuższa trasa - 75 km pod wiatr, silny wiatr, cztery litery zmasakrowane (rekonwalescencja jeszcze trwa:), ale dałam radę; spory odcinek przejechałam na flaku zupełnie bez świadomości, że tak się rzeczy mają, mąż stwierdził, że mam prawo doliczyć sobie caluśkie 5 km - zatem 80 km przejechanych, to moja życiówka!:);  Dziwnów, Dziwnówek, Międzywodzie, Świnoujście (latarnia, porty promowe i handlowe, jazda rowerem po plaży, promy do Ystad i ten wypływający i ten powracający obejrzane). Świeżutki smażony dorsz w Wisełce smakował tak obłędnie, że długo tego smaku nie zapomnę.

Rzecz jasna kije na plaży też były, choć wiatru nie można było pokonać, więc w jedną stronę szłyśmy z kijową koleżanką pół godziny wzdłuż plaży z wiatrem, mam pod powiekami kadr tego wzburzonego morza i totalnie pustej plaży, ale wracać musiałyśmy już przez wydmy, a właściwie chyba nie wydmy tylko okołowydmowe wzgórza, na azymut, tam przynajmniej nie wiało aż tak okrutnie. Widziałyśmy miejsca świeżo rozryte przez dziki, wokół nikogutko, udawałam, że się nie boję - i udało mi się nie bać:)

Do Międzyzdrojów już nie dotarłam, sił brakło, za to chłopaki zrobili sobie wycieczkę, mówią, że żałować nie ma czego - jeśli teraz taaaaaaaaakie dzikie tłumy to co dopiero musi się tam dziać latem!

Są już plany na następny rok, się zobaczy, czy się da radę, trza trenować - najsłabsze ogniwo musi się podciągnąć, bo reszta zawodników w dobrej kondycji. Zatem w najbliższą niedzielę 60 km, się zobaczy, czy się pokona - a póki co codziennie lub co drugi dzień kije - niech się dzieje!

Serdeczności ślę wszystkim:*

P.S. Dziergać próbowałam - z naciskiem na "próbowałam", ale wieczorem byłyśmy obie już tak padnięte, że sił zostawało już tylko na TV - albo i  na zalegnięcie w wyrku... o 21.00:)
Wszak siły na następny dzień trza było mieć!

środa, 18 kwietnia 2012

Nie było mnie

bo ciałem i duchem byłam gdzie indziej:)

Przyjechali. Czekaliśmy ponad dwa lata. Takie mają terminy.
20-lecie naszej wspólnoty.
Dziś to święto. 
A świętujemy w formie rekolekcji ewangelizacyjnych od niedzieli.

Warto było czekać:)
Dusza nakarmiona tłustymi potrawami - i tylko smutna ździebko, bo rzeczywistość lokalna skrzeczy...
I trzeba się będzie w niej odnaleźć.

Jakby wylądowali kiedyś gdzieś blisko Was - idźcie  w ciemno, z zamkniętymi oczami.
Bardzo, bardzo gorąco polecam.

 Znacie ich, byliście na rekolekcjach, na koncercie?
 Napiszcie, proszę.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Odżywam:)

Maraton domowo -  pracowy (znaczy praca zawodowa w chałupie) ukończon. Bajzel trza posprzątać:)
Zdrowieję piernikiem, kończę antybiotyk. Sił przybywa w postępie geometrycznym.
Zatem w pierwszy dzień po rzeczonym maratonie, korzystając jeszcze z przywileju bycia rekonwalescentem piję kawkę w łóżku z lapkiem na kolanach, delektuję się odpoczynkiem - i wrzucam pierwsze od niepamiętnych czasów dziergadło, czas jakiś temu udziane.

Żadne tam wysokie loty - ot, męski sweter, z pięknego szarego nepala, tym razem na plaskacza, bo na polowanie na manekina czasu brakło, a stosownego modela na podorędziu nie było:)
Projekt ogólny mój własny oparty na znanych schematach (raglan dziergany od dołu, trochę ryżu, trochę warkoczyków).
Kiedy mierzyłam dzianinę na mężczyźnie domowym okazało się, że warkocz biegnący wzdłuż rękawa od szyi do nadgarstka pięknie poszerza ramiona i modeluje przez to męską sylwetkę. Tego efektu nie przewidziałam, ale przypadkiem się osiągnął - i cieszy:)
Nota bene też będę mieć kiedyś taki sweter - mierzyłam, bardzo mi się podobał. Znaczy ja się sobie w nim. Bardzo. Se dziergnę, kiedyś:)

To lecimy z koksem:

Całość:


I jeszcze raz:



Detal:




I jeszcze raz:


I jeszcze jedno zbliżenie:




A tak wygląda lewa strona - caluśka! Ani jednego łączenia, ani jednej wrabianej na koniec nitki - znaczy tylko cztery: pierwsza dolna, ostatnia górna przy golfie i dwie u nasady rękawów:


Nitki łączę metodą "filcowania na mokro":). Pewnie nie ja wymyśliłam ten proch i nie ja go stworzyłam, a z drugiej strony sama do tego doszłam - no i prawa autorskie czyje? W każdym razie to kolejna już dzianina, w której nitki tak właśnie łączę, lewa strona jest zachwycająca przez swoją estetykę - i tak już te nitki łączyć będę. Dopóki dziergałam "szwowo" problemu z nitkami nie było - były szwy i i nitki się w nich sprytnie dawało schować. Odkąd staram się dziać bezszwowo, czyli gdzieś od dwóch lat problem był nie do przejścia, a pierwszy raz nerw mię szarpnął porządnie, kiedy kończyłam pierwsze wielbłądzie poncho. I kiedy te nitki doprowadziły mnie do dzikiego szału, bo nie dość, że chciały popsuć efekt na prawej stronie dzianiny (widać było wypukłość) to jeszcze wciągnąć je skutecznie na lewej było rzeczą prawie nieosiągalną. Jakoś to w końcu poszło, ale miałam niedosyt ogromny. I znalazłam rozwiązanie:)

Czy ktoś z Was szarpie się z lewą stroną i ma problem z nitkami? Ktoś chciałby zobaczyć na zdjęciach, jak można sobie z tym poradzić? Piszcie. Jeśli będą chętni i potrzebujący to obcykam metodę i wrzucę - pewnikiem już po świętach.