czwartek, 5 listopada 2015

Ukradzione w biały dzień. I dłuuuugie. Ale warto:)

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
- Tak, panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości
- Ach tak, Biblia!
A po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej
- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje
- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?
Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak... jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada
- Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada
- Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie
- Kto je stworzył?
Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby
- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze..
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak, synu, zimno również istnieje.
- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.
Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
- twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że
śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali
- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem.
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi
- Oczywiście że istnieje.Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się wmomencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.
Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.

środa, 4 listopada 2015

Kocyk.

Zaraz się nim przykryję - i zasnę.
Mam 3 dni zwolnienia.
Robię ważne badania. Lekarskie.
Wyniki... te pierwsze wyniki badań krwi są cudne.
Jak na TAAAAAK długi okres ich nierobienia - wzorcowe.
Trochę podwyższony cholesterol.
Trochę też cukier i TGD.
Pikuś.

Jutro pozostałe badania.
Wysiłkowe EKG.
Krew i mocz.
Pojutrze RTG kręgosłupa, bo dokucza.
Też pikuś :)

Dziś już wiem, że jakby nie patrzeć - głupi miał szczęście.
Bo się (badań oraz ich wyników) bał, ale się modlił.
I za niego się modlili.
I Pan nieba, Pan świata - słuchał i dał to, o co modlący się modlili.
I uszanował słabość. Słabość swojego głupiego dziecka...
Dziecka, które kocha.

Nie umiem
opisać
swojej
wdzięczności.

Szczęśliwa jak dzika norka
Dorothea.

poniedziałek, 2 listopada 2015

On.

Był dla mnie człowiekiem bardzo trudnym.
Zamkniętym w sobie, odpychającym w relacji.
Nie odpowiadającym miłością na miłość.

Walczyłam o niego jak głupia.
Nie wiem, czemu tak mi zależało, nie miałam wszak w tej dziedzinie żadnych deficytów.
Zaliczałam porażkę po porażce.
W moje czterdzieste urodziny powiedział, że mężczyzna po czterdziestce jeszcze ma przed sobą wszystko, ale kobieta po czterdziestce to już inna bajka.
Ona już nic nie może.
Ona się po prostu kończy.

Powiedział to przy swoim synu, a moim mężu.
Mąż się nie odezwał. Po latach zrozumiałam, dlaczego.
Zabolało.
A ponieważ jesteśmy z mężem rówieśnikami, więc... dotknęło do żywego.

Przestałam się starać.
Oddaliłam się, zostawiłam w spokoju, byłam grzeczna i układna, nauczono mnie szanować starszych, a tym bardziej bliskich.
Już nie czekałam na dobre słowo czy gest.
Rana się zagoiła, moja kobiecość (w kontekście mojego "starczego" wieku) na tym nie ucierpiała.

Był człowiekiem bardzo oszczędnym. Do bólu.
Trudno mi było to zaakceptować, ponieważ kiedy bywał u nas (rzadko) krytykował wszystko, za czym stały jakiekolwiek pieniądze. Kosmetyki, talerze, szklanki, firanki. Wszystko było za drogie, a ja byłam niegospodarna i wyrzucałam pieniądze w błoto. On sam  ze swoją żoną z własnego wyboru żyli najtaniej, jak tylko było można, mając bardzo przyzwoite - jak na owe czasy - dochody.

Pewnie się domyślacie,  że niedaleko padło jabłko od jabłoni.
Mąż nie odziedziczył po ojcu emocjonalności i sposobu bycia, ale skłonność do (według mnie) nadmiernej oszczędności już tak. Nierzadko dokuczałam mu, że ma węża w kieszeni. Że jest sknerą. Życie pokazało prawdę zupełnie inną - a ja po prostu musiałam dorosnąć.

W 2011 roku dane mi było towarzyszyć temu trudnemu człowiekowi, mojemu teściowi w umieraniu.
W linku szczegółowy opis zdarzenia, jeśli ktoś będzie chciał niech przeczyta.
Wtedy dostałam od niego prezent w postaci jednego, jedynego dobrego słowa.
- Wiesz, gdyby nie ty byłbym teraz bardzo samotnym człowiekiem - powiedział trzymając mnie za rękę kilka dni przed śmiercią. Te słowa chowam w sercu jak relikwię.

Od jego odejścia minęło kilka lat.
Wiele spraw przemyślałam, przeanalizowałam, spojrzałam na nie z zupełnie nowej perspektywy.
Ten człowiek nie umiał okazywać uczuć, bo nikt ich mu jako dziecku nie okazał.
Był biologiczną sierotą...
W swoim życiu musiał walczyć o przetrwanie, stąd skłonność do życia na granicy ubóstwa.
I miał plan.
Bo to wszystko, czego sobie odejmował miało służyć, miało być dla kogoś...

Zobaczyłam to trzy lata temu, kiedy część z tego, co uzbierał teść, rękami mojego męża uratowała czyjeś życie, uratowała rodzinę.
Jednym przelewem.
Płacząc jak głupia dziękowałam mężowi za to, co zrobił. Odszczekałam węża w kieszeni. Nigdy więcej tego słowa nie użyję. Płakałam bardzo, uratował kogoś bardzo mi bliskiego... Mąż długo tulił mnie w swoich ramionach...
Podobnych sytuacji jest więcej.
To nie miejsce, by o nich pisać.

Ty, który byłeś i jesteś ojcem mojego męża... Tato...
Dziękuję Ci.
Za wszystko, czego sobie w życiu odmówiłeś.
Za to, że zabezpieczyłeś nas już dawno, że dzięki Tobie będą też zabezpieczone nasze dzieci.
Wiesz, że żyjemy skromnie.Twój syn zawsze tego chciał, ja potrzebowałam trochę więcej czasu, żeby do tego dojrzeć.
Wierzę, że nie umiejąc być szczęśliwy w życiu ziemskim jesteś szczęśliwy w wiecznym.
Dziś, w Dzień Zaduszny jesteś w moim sercu i pamięci w sposób szczególny.
Czuję wdzięczność.
Nic mnie już od dawna nie boli, Twoje złe słowa straciły moc, bo przykryło je to zdanie wypowiedziane na łożu śmierci - i to, co dla nas zrobiłeś.

Kocham Cię, Tato.
I wiem, że Ty też nas kochałeś.
I kocham Twojego syna, z roku na rok coraz bardziej.
I tylko z jednym nie mogę się zgodzić: kobieta po czterdziestce ma przed sobą jeszcze tyyyle życia! Wiem, bo nią jestem:)))

piątek, 30 października 2015

Mała czarna czy espresso -

tego jeszcze nie wiem.
Dziś wygląda tak:




Pewna siebie, pozbawiona lęku, przyjmująca wyzwania.
Ech - moja krew!
I Dysia była taka - moja psina niczego się nie bała, wolę miała silną, decyzje podejmowała samodzielnie.
Czyżby Kofi była do niej podobna???
Cieszę się, no cieszę.
Lubię zdecydowane istoty - choćby mi przyszło z nimi wojować, długo je układać, czekać na wzajemne zrozumienie.

Zatem rośnij, Kofi - rośnij i dojrzewaj, koniec listopada blisko - czekam na Ciebie jak nie wiem co! :)

czwartek, 29 października 2015

Dostałam namiary...

na szkolenie!
W związku zez kotem.
od tej pani:)
Zatem się szkolę pilnie.
Źródło szkolenia poniżej:)




P.S. Autorzy komentarzy umieszczonych pod tym postem podesłali mi linki, które zmuszają do poszukiwań, przemyśleń oraz wniosków. Zoisyte i Bogumile - pracuję, ciężko pracuję! Szukam, czytam, myślę. Niedługo (czytaj: po weekendzie) w rzeczonym temacie się odezwę. Tymczasem odpływam do garów, albowiem goście w drodze:)

niedziela, 4 października 2015

Młody:)

Pokazuję młodemu  konkursowe piosenki Krzysia Oleksyna.
Oglądamy, słuchamy.
Młody skupiony do imentu.

- Dobre - mówi na koniec.
- Bardzo mi się podobają - konstatuje.

- Znam Krzysia osobiście, wiesz? Codziennie go widuję!
- Naprawdę??? - pyta młody.
- Naprawdę - odpowiadam.

- A puścisz mi jeszcze raz  jedną jego piosenkę? - pyta.
- Jasne! - odpowiadam, zachwycona wrażliwością TAK młodego człowieka.
A którą byś chciał???
- Noooo... no tę, w której było o DUPIE.

Kurtyna:)))

P.S. Dziś wróciłam z czterodniowej wyprawy po Górach Stołowych.
W pakiecie była jeszcze Polanica i Duszniki,  a w Polanicy tańcząca do pięknej muzyki fontanna (o 20.00, po ciemku, pięknie podświetlona).
Oraz park zdrojowy.
Reset - totalny reset.
Wieczorami popijaliśmy winko na przemian z pigwówką, mieliśmy do cowieczornej dyspozycji cudną salę kominkową z rozbujanym do czerwoności, fantastycznie pachnącym kominkiem.
I nic to, że pękła nam w trasie opona, że czekaliśmy w ciemnej nocy na assistance prawie nie mając zasięgu.(okresowo jedna pałka u mój-ci-onego).
Przygoda, przygoda - każdej chwili szkoda!
W ciemnym, czarnym lesie czekaliśmy na lawetę około dwóch godzin, marznąc niemiłosiernie.
Nikomu nie puściły nerwy, każdy rżał radośnie z czego tylko się dało:)
Do chałupy (tej wynajętej) dowieziono nas około 22.00, po czym padliśmy przy rzeczonym wcześniej kominku, odlatując w ciepełku, popijając trunki i słuchając relaksacyjnej, jazzowej muzyczki.

Następnego dnia panowie pojechali załatwiać oponę, panie pozostały w obiekcie uskuteczniając w międzyczasie krótki spacer, czekając na tych, co są daleko:)

I jak zwykle do głosu doszło przysłowie niedźwiedzie:
że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Mamy piękne doświadczenia  - miał być lajtowy wypoczynek (no trochę go było), a rzeczywistość spłatała nam figla.
Na szczęście sprawdziliśmy się w boju - na dodatek rodzinnie.
Czyż może być coś piękniejszego?
Zatem cóż - mimo bezustannej tęsknotyza psem - znów jestem szczęśliwa:)

poniedziałek, 14 września 2015

Piękny, dobry czas:)

Dwa cudne dni.
W sobotę 80 - tka seniora rodu, wyjątkowo udana. Bolą mnie mięśnie od tańcowania :)
Świętowaliśmy w https://www.facebook.com/biesiada.zgorzelec?fref=ts Naprawdę lubięto!
A w niedzielę małżeńska wyprawa w zupełnie nowe miejsce - wrócimy tam z mężem (i nie tylko z nim), wrócimy!

Reset - pełny, radosny reset.
Mam dobrą, mocną rodzinę.
Skarb nad skarbami!
Wdzięcznam nieprawdopodobnie.

Chce się żyć - po prostu  chce się żyć!

W pracy mnóstwo roboty, ale codziennie dziękuję Bogu, że tę pracę mam.
Wiem, jak wiele osób pragnie tego, co jest moim udziałem.
Doceniam - Boże drogi, tak bardzo doceniam to, co od Ciebie mam!

W planach dwa październikowe wyjazdy - kotlina Kłodzka to wyjazd pierwszy, drugi jeszcze się planuje. Jedziemy w większym składzie - jakże bliskim i radosnym!
Nadeszły dobre czasy.
Nawet jeśli na krótko, to i tak jestem szczęśliwa!

"Szczęście to ta
chwila, co trwa..."
Zdecydowanie.

Serdeczności dla wszystkich tu zaglądających:)))
Za psiną tęsknię bardzo.
Ale ból zelżał.
Zdecydowanie.
Jest mi o wiele łatwiej - choć tęsknota jest, to jednak ból się zmniejszył.
I tak Cię kocham, Dyśku.
Moje sznaucerskie, psie szczęście.
Dałaś mi tyle radości!
Nigdy ci tego nie zapomnę :)))

wtorek, 8 września 2015

XXIV Finał Turnieju Poezji Śpiewanej - cz. I - Włocławek 2015

Od 1:04:05.
Krzysztof Oleksyn - lat  18 - świetny młody człowiek.
Pełen pomysłów, kreatywny i twórczy - a na dodatek mądry.
Znam osobiście.
Bardzo go lubię i bardzo mentalnie wspieram.
Jeśli dobrze pamiętam - nagroda publiczności, która bardzo go ucieszyła.
Zdolny artysta z ogromnym dystansem do siebie.
Powodzenia, Krzysiu!

poniedziałek, 7 września 2015

Chyba jednak nie.

Chyba mi się nie uda z kotem.
Ja wciąż tęsknię za moim psem.
Może kiedyś przyjdzie taki czas, że zamieszka za mną następny?

Tak czy inaczej - moim marzeniem jest pies. Zdecydowanie pies!
Sznaucer o orzechowych oczach.
A raczej sznaucerka:)
Na razie pozostanie w sferze marzeń, tak musi być.
Ale ja marzeń mam niewiele, niech więc to sobie we mnie żyje.

Póki co tęsknię nadal.
Odżywają wspomnienia, wyświetlają się poszczególne kadry z życia mojej Dyśki.
Pielęgnuję je, przywołuję - a czasem przychodzą same.
Chwilami płyną łzy, czasem skurczy się serce.
Nie zapomnę Cię, Maleńka.
Nie zapomnę.
Zapisałaś się we mnie na zawsze.

Były koszmarne upały, był urlop.
Działo się.
Od tygodnia pracuję - jest ciężko.
Ale za to jest praca (znaczy wciąż mam pracę) i z tego cieszę się niezmiernie.

Wkrótce fotograficzno - słowne reminiscencje pourlopowe.
Postaram się jak najszybciej, choć po prawdzie nagromadzenie (w najbliższych tygodniach) przemiłych rodzinnych uroczystości może mi to trochę utrudnić.
Mimo wszystko kiedyś w końcu napiszę:)

Dobrej nocy i dobrego tygodnia wszystkim:)))

czwartek, 4 czerwca 2015

Mój ostatni przekaz

z poprzedniego posta -
był za mocny?
Zbyt bolesny?
Wstrząsający?
Raniący?

Uprasza się o konstruktywną krytykę.
Prawdziwą i szczerą.
Albowiem jeden komunikat w temacie już mam.
Osoba oglądająca nie była w stanie dotrwać do końca.
Nie ukrywam, że ten komunikat nieco mną wstrząsnął.

Piszcie prawdę, jeśli wola i łaska.
Ja nadal tęsknię.
Niekoniecznie musicie o tym czytać...

wtorek, 2 czerwca 2015

Wzrusz.

Spłakałam się jak głupia.



Chyba na razie nie powinnam oglądać takich filmów.
Nie szukałam go.
Znalazł mnie sam.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Lepszy czas

Trochę.

Dwa dni wyjechane.
Mądrze pomyślana Msza dla sporej grupy bieluśkich aniołków.
Nie zdążyli się znużyć, byli pięknie przygotowani.

Duże rodzinne stado.
Śmiech, gwar, pyszne jedzonko.
Mecz piłki nożnej na ogrodowym trawniku.
Strzelanie z wiatrówki:)
Kandydaci na nowych członków rodziny - część już z "certyfikatem", część bez.
Zwyczajnie, prosto, bez zadęcia, bez nijakich przykrości.

Główna bohatereczka piękna, niewinna, radosna.
Totalnie nieroszczeniowa - jak cała reszta dorosłego już rodzeństwa.
Cieszyło ją wszystko - hulajnoga, zegareczek, kolczyki, parę groszy.
Za wszystko dziękowała z widocznym wzruszeniem.
Największym prezentem był Ten, Którego po raz pierwszy.

Bardzo się starałam, ale nie mogłam wejść całą sobą, jak kiedyś.
Lizałam lody przez szybę.
... tak już będzie?

Powrót.
Trawienie zdarzeń.
W domu pustka.
Ciszę lubię, pustki - nie.
Pustki-bez-niej.

Na dzisiejszy obiad odgrzewałam pierogi.
Jeden spadł mi na podłogę.
Musiałam go podnieść.
To dla mnie nowość.
W dobrych czasach w kilka sekund by go nie było.

Tęsknię.
Nie da się inaczej.