środa, 4 marca 2015

Ostatni dzień

ZLA.
Ja już w formie. Ba - w superformie! Dawno się tak nie czułam:)
Pozostało sprawdzić formę zwierzaka.
Rejestrację zrobiłam wczoraj.

Wita nas doktor. Oczy otwiera... noooo... szeroko:)))
Jest ucieszony.
Zaraza lata mu po gabinecie, obwąchuje co się da.
Długie USG.
Czysto...!
Brak przerzutów:)
Bolesny kręgosłup (dolegliwość nie powiązana z nowotworem), stąd lekki niedowład tylnych łapek.
- No to leczymy ten kręgosłup, to jest w naszej gestii - mówi weterynarz.
A reszta? Reszta nie w naszej, ale każdy miesiąc w zdrowiu zwiększa szanse na przeżycie o 10 %. Po upływie sześciu bezprzerzutowych miesięcy pies powinien żyć aż do końca:) Tako rzecze mój ukochany weterynarz.
A ja mu wierzę.


Udało mi się dziś "złapać" moją mordę. To zdjęcie nie oddaje nawet 10% prawdy o tym skubańcu. Nie oddaje emocji i jest pstryknięte z góry, stąd pies jest jakby zdeformowany:) Ale jest!
Nie mogę wyjść z podziwu dla jej woli życia.
Powiedziałam doktorowi, że podarował nam mnóstwo cennych dni i tygodni.
Że bardzo mu za to dziękuję.
Uścisnęłam ciężką, wielką prawicę.

Wyszłyśmy z nową obrożą przeciw-wszelkim-paskudztwom.
Niech już nic innego mojemu psu nie dokucza prócz tego, co musi.
Jutro odbieram lek przeciwzapalny i przeciwbólowy.
Małpiszon odpoczywa w kojcu, badanie dało mu popalić.
Mam więc jeszcze nadzieję na długie, cudne spacery.
No i czas planować urlop - urlop z psem.
Kiedy wyjeżdżaliśmy zawsze ją zostawialiśmy pod dobrą opieką.
Teraz to jest niemożliwe.
Nie wyobrażam sobie tego nijak.
No bo kto się tak nią zaopiekuje, jak ja? No kto???
Nikt!
Absolutnie nikt:)))

poniedziałek, 2 marca 2015

Kontynuacja

części wątków z poprzedniego posta, choć po prawdzie w głowie kłębi mi się całe mnóstwo innych myśli i emocji, które czekają na uwolnienie. Wszystkiego naraz się nie da. Wszystko w swoim czasie.

Po dwudniowym chorobowym urlopie wróciłam do pracy.
Nie poprawiło się.
W ubiegłą środę czując wielką słabość, rwanie w czaszce oraz ucisk w okolicach oczodołów i nosa po pracy poszłam do lekarza.
Tenże poczynił wywiad, obejrzał mię i osłuchał, po czym machnął obszerną receptę.
A po tym wszystkim mnie wyrzucił.
Na tygodniowe ZLA.
Protestów nie życzył sobie słuchać. Był bardzo stanowczy.

Wzięłam zatem zielony druczek i ruszyłam do domu całą drogę żałośnie płacząc.
Bo praca, którą naprawdę muszę, bynajmniej nie z nadgorliwości.
Bo pies, z którym codziennie wyruszałam na coraz dłuższe spacery.
Bo kręgosłup, który wreszcie odpuścił (!!!) i wypadałoby go dalej w kondycji utrzymać.
A tu perspektywa wyra. Medyk wątpliwości nie pozostawił nijakich.

Pomógł mi mój-ci-on.
Do auta wsadził, do roboty zawiózł, dwie wielkie torby wraz ze mną załadował i do chałupy wtaszczył. Psem obiecał się zająć i jak dotąd dotrzymuje słowa.
Rozpakowawszy torby urządziłam sobie w domu Centrum Zarządzania Pracowania Kryzysowego.
Musielibyście to zobaczyć.
Dwa służbowe laptopy, jeden osobisty, do tego tablet i smartfon.
Zabrakło mi biurkowej powierzchni:)
Pracowałam z wyra z trudem zbierając myśli, zatokowe dolegliwości spowodowały albowiem spore otępienie. Laptopy zmieniałam zależnie od potrzeby, smartfon się gotował z powodu gorącej linii, okresowo też gotował mię się mózg. Na szczęście dałam radę. Od wczoraj czuję wyraźną poprawę, dziś będzie się już pracowało lepiej.
ZLA kończy mi się w środę.

Kilka dni przed chorobą zaczęłam chodzić zepsem na coraz dłuższe spacery.
Pół godziny. Pięćdziesiąt minut. Godzina. Godzina piętnaście... i ciągle jeszcze zostawało jej trochę sił! Wprawdzie do domu gramoliła się z trudem, po czym padała na legowisko radośnie chrapiąc, to jednak jej możliwości mnie zdumiewały. Na dziś mamy spacerową przerwę z wiadomych powodów, wrócimy do tematu, jak ozdrowieję.

W trakcie swojej choroby okrutnie zarosła, a w sierści potworzyły się paskudne kołtuny, w okolicach łap, podbrzusza i brody. Mozolnie wycinałam je nożyczkami, na tyle, na ile psina miała wówczas siły. Trwało to tygodniami, po trochu codziennie cięłam. W rezultacie wyglądała prześmiesznie, w tamtym czasie nie miało to jednak żadnego znaczenia, wszak walczyła o życie.
Kołtunów się pozbyłyśmy, pozostała jednak jeszcze sierść właściwa.
Dobrałam się do niej w sobotę, rozkładając pracę na etapy, żeby zwierzaka nie zmęczyć. Mam dobrą maszynkę, która tnie futro sprawnie i szybko. Ku mojemu zdziwieniu spod grubej warstwy sierści i podszerstka wyłoniło się piękne, dobrze odżywione pieskie ciało. Do końca dnia "docięłam" łepek (nie lubimy, nie lubimy i walczymy), a stworzenie wykąpałam i wysuszyłam.
Zwierz cięcia nie lubi, natomiast uwielbia być obcięty, zatem natychmiast po obróbce ruszył w podskokach na poszukiwanie chętnych do miziania i drapania - brak sierści oznacza bliski kontakt ze skórą, a takie coś to dla zwierza miodzio:)

Od soboty mam w domu pięknego, zadbanego psa.
W niczym nie przypomina zabiedzonej, wychudzonej istoty, jaką była przed operacją.
Przystrzyżona sierść lśni.
Oczy błyszczą, widać w nich sznaucerskie chochliki.
Przy stole podczas naszych posiłków prowadzone są intensywne działania żebracze "na pandę":)
ZAWSZE coś jej daję.
Chrzanię trzymanie wychowawczego fasonu:)

Piszę z wyrka, a ona posapując śpi w jego nogach.
Wlazła tam sama, bez większych trudności.
Czasem podniesie łeb i patrzy, jakby wiedziała, że piszę właśnie o niej.

Statystycznie zbliżamy się do opcji "zero do trzech" miesięcy z pierwotnych "trzy do sześciu".
Dożywa do górnej granicy wyznaczonej przez lekarza.
I nie wybiera się na drugą stronę, jeszcze nie:)

Ciągle nie mogę jej strzelić dobrej fotki - takiej, która oddawałaby prawdę o jej naturze, o wesołości, o chęci do zabaw i psot. Nie tracę nadziei, że mi się uda - wtedy z pewnością Wam ją pokażę:)

Cieszę się.
Cieszę się każdym wspólnym dniem.
Zabiorę ją do doktora, niech ją obejrzy, niech się i on ucieszy, niech znów powie, że to "piekielnie silny pies".
Mam dla niego wielką wdzięczność.
Dał nam tyle dobrych dni.
Chciało mu się chcieć, chciało walczyć.
Nigdy mu tego nie zapomnę.

czwartek, 19 lutego 2015

Mimo, że drżałam - dosięgły mię.

I nie tylko mię.
Zatem nie warto drżeć:)

Od piątku (znaczy siódmy już dzień) mój-ci-on leży i kwiczy.
Znaczy już kwiczy mniej, ale jeszcze, książkę by można, wszak prawdziwym mężczyzną jest.
Ja byłam dzielna baaardzo.
Po czym w poniedziałek poszłam zepsem na długi spacer.
Było lekko poniżej zera, ludzi prawie wcale, wzięło mnie na śpiewanie.
No to szłam i śpiewałam.
Pies się na mię oglądał, nieprzyzwyczajony widać:P
We wtorek było mi lekko dziwnie w okolicy tchawicy.
Dziś jest czwartek.
Już cienko śpiewam:)
Wzięłam dwa dni chorobowego urlopu (URLOPU, nie ZLA).
Telefon gotuje mi się od rana, afera podatkowa, afera budżetowa, chorowania ni ma!
Przed urlopem pracową kuwetę ogarnęłam bardzo porządnie, a tu masz - afera za aferą.
Albowiem pełno tam takich, co wszystko w aferę obrócą.
To se skarbówkę obdzwoniłam z temi podatkami i już wiem, co i jak.
I mam to głęboko.
Bo se mogę mieć:)

W udziergach dalekobieżnych zrobiłam sobie czasową przerwę.
Dla zdrowotności.
I z braku wolnych godzin, minut i sekund.
I strasznie mi się zachciało czegoś małego i prostego.
Szybko dojrzałam potrzebę - absolutną i bezwzględną.
W robocie upierdzielił mi się pojemnik na przydasie, nadaje się jeno do wyrzucenia.
To se zrobiłam własne pojemniki, na dodatek bezkosztowo.
Całe TRZY.
Na razie stoją w chałupie, ale w poniedziałek je zaniese.
Jednego już przymierzałam - bedzie cud miód, piknie.

 
Kolory z lampą wierniejsze:


I jeszcze z utensyliami:


I inny rzucik:


A to som, psze Państwa, dżemowe słoiki, obrobione szydełkiem (włóczka rozetti first class, resztki) oraz opasane szydełkową wstęgą z kwiatkiem. I w realu są o wiele ładniejsze, musicie mi wierzyć na słowo! Prezentuję je w chałupie, na tle mojej cudnej ściany (trawertyn z miką, kładziony rękami ulubionego miszcza), ale ich miejsce jest gdzie indziej i tam im będzie ładniej.

To dziergam.
A co czytam?
A nic!
Bo słucham:)
Kupiłam se takie cuś:

 


 A właściwie już obsłuchałam.
Miód na uszy, stosowne napięcie oraz teleportacja w klimaty tamtych miejsc i czasów.
I zdanie: "Czy zechce mi pan wyświadczyć tę uprzejmość...?"
Tego się nie da przekazać, to trzeba posłuchać.
Nie wszystkie audiobooki lubię, nie każdy wiernie oddaje nastrój książki.
Ten mnie urzekł, o ile spływające krwią walki sycylijskich rodzin mogą być urzekające:)

Mam jeszcze do obgadania/pokazania (bo obiecałam):
1. Ponczo od mamy (się koryguje, to było konieczne, strrrasznie mi się podoba, pokażę po zakończeniu korekty);
2. Coś, co miałam pokazać, co udziergałam kiedyś - nie mam jeszcze fotek bo nie ma światła (jak się jutro będę w miarę czuła to sfocę, będę w domu w porze najlepszego oświetlenia);
3. Coś o zwierzynie, to jest szok i szał, w życiu się tego nie spodziewałam.

Dziś w ramach strajku nie zrobiłam obiadu i zamawiam pizzę.
W końcu JA TEŻ mogę być chora!
I niech mi tu ktoś spróbuje napisać inaczej...
No niech!
:*

środa, 11 lutego 2015

W poprzednim poście

zbyt szybko przelałam emocje na elektroniczny papier.
Nie żałuję, jednakże powinnam być bardziej zrównoważona.
Postanawiam poprawę.

Psina nie zdrowieje, ale też w widoczny sposób się nie pogarsza.
Cieszy się życiem.
Je, pije, bawi się.
Ma nawet oznaki psiej płodności i rwie się do panów.
Wczoraj była na prawie godzinnym spacerze i o własnych siłach weszła do domu.
Czasem bywają gorsze dni.
Postaram się pamiętać o tym CZASEM, żeby siebie i Was niepotrzebnie nie szarpać.
Dwa miesiące temu lekarz powiedział, że ma szanse na trzy do sześciu miesięcy.
Można więc przyjąć, że na dziś ma jeden do czterech.
Staram się tym nie żyć i o tym nie myśleć.
Czasem to jest trudne.

Moja wyjechana chora poprawia się.
Dostałam cudnego mm-sa z nią w roli głównej - siedzi podparta poduchami, w obu rękach trzyma gazetę. Nie czyta jej, ale trzyma sama - !
I zawadiacko patrzy prosto w obiektyw komórki:)
Mówi, myśli, rozumie.
Uczestniczy w rozwiązywaniu krzyżówek.
Potrafi samodzielnie napić się z butelki.
Jest intensywnie rehabilitowana.
Przy pierwotnych totalnych zerach w skali Barthela postęp jest ogromny.
Są z nią najbliżsi - są mądrze, pogodnie, zwyczajnie.
Cieszę się jak głupia.
I wzruszam.

Wieczorami dziergam, jednak nie mam kiedy focić.
Wracam do domu późno, nie ma już dobrego światła.
A jeśli nawet światło jest to ja nie mam sił.
W pracy pomór, pada człowiek za człowiekiem (grypy, oskrzela, płuca, gorączki), a z racji ograniczonego zatrudnienia pracując w zwykłym, normalnym trybie wszyscy jesteśmy niezastąpieni. No PRAWIE wszyscy. Przy zmasowanym ataku chorób jest już masakra. Przejmujemy jednak wzajemnie swoje obowiązki starając się, aby wszystko jakoś ogarnąć. Będąc dziś na takim doraźnym i nietypowym dla mnie "zastępstwie" usłyszałam wielce zdziwione pytanie (nie wszyscy w akcję wsparcia się angażują):
- Ooooo, a czy TY masz to w zakresie czynności???
- Nie mam - odparłam.
- To dlaczego TO robisz????? - zdziwienie było jeszcze większe.
- Bo TRZEBA - odpowiedziałam wielkimi literami.
Nie ja jedna, taki czas, trzeba.
I trzeba też ogarnąć swoje.
W związku z tym pracuje się duuużo dłużej.
A po powrocie do domu zalicza totalny naryjopad.

Nie zapominam jednak, że tak wiele osób nie ma pracy, a tak bardzo jej potrzebuje.
Od niedawna szczególnie o tym pamiętam.
Za tę świadomość jestem bardzo wdzięczna.
I za osobę, dzięki której ją mam, również.

Drżę, żeby zarazki nie dosięgły i mnie.
Do moich zadań nie da się albowiem delegować nikogo.
Czasem dobrze to, a czasem źle.
Kontrole wszelakie - omijajcie mnie.
Wszak w ostatnich dwóch latach wykonałam wasz plan.
Pięcioletni... z okładem!

piątek, 6 lutego 2015

Spacerowicze

Jeden po drugim odchodzą.
Co jakiś czas.
W tym roku trzech, może czterech.
Znikają.
Przestajemy się spotykać na codziennych trasach.
Stąd wiem, że już
ich
nie ma.

Zostaje po nich pustka.
Merdający niewidoczny ogon.
Brzmiące w uszach milczące szczekanie.
Czasem tylko byli właściciele przemkną chyłkiem
o zupełnie innej niż zwykle godzinie.
Jakby chcieli być niewidzialni.
W samotności płaczą.
Mówią o tym ich znajomi.

Mój spacerowicz jest.
Trasy nadal są nasze, choć coraz krótsze.
Szczekanie donośne.
Merdanie radośnie wyraziste.
Tylne łapy z trudem trzymają pion.
To z powodu oblodzenia, na pewno.

Wciskam sobie kit.
Szykuję oczy do łez.

wtorek, 3 lutego 2015

Nie myślałam

że poczuję taką pustkę.
Że TAK mi będzie brakować.
Od miesiąca prawie codziennie byłam w akcji, tej akcji, jeśli nie czynem, to z pewnością myślami.
I nagle STOP.
Nie ma.
Finito.

Siedzę.
W ciszy.
Myślę, jak jej tam jest.
ZOL jest piękny, tak mówiła córka.
Urządzony, wyposażony, spersonalizowany.
Pachnący.
Miła, sympatyczna, profesjonalna obsługa.

Chciałabym zadzwonić, ale czuję, że to nie czas.
To ja mam czekać na telefon, tak jesteśmy umówione.
Córka chorej ma teraz na głowie mnóstwo spraw.
Jestem w historii jej życia epizodem.
I tak jest dobrze.

Znałam się z chorą od wielu lat.
Bliska mi była jej córka, więc i ona była osobą, którą pozdrawiałam i z którą rozmawiałam, choć rzadko się widywałyśmy.
A teraz łapię się na tęsknocie.
Za tymi z dnia na dzień coraz bardziej rozumnymi oczami, za uściskiem ręki, za każdym wypowiedzianym słowem.
Za nią.

A co JA z tego mam...?
Dane mi było dotknąć, doświadczyć. Coś takiego nie ma ceny. To nie film, nie książka - to życie.
Doświadczenie tak mocne, że zostanie we mnie na zawsze.
Zdobyta wiedza z pewnością kiedyś się przyda.
Jeśli nie mnie, to komuś innemu.

Za wszystko, co mogłam zrobić jestem bardzo wdzięczna.
Zwykłe, codzienne życie ma sens.
Gotowanie obiadu, zakupy, troska o najbliższych to stałe, pełne zwykłego sensu czynności.
Ale czasem, niespodziewanie, przychodzi coś takiego, co ma SENS.
Nie szukasz tego, nie łowisz okazji - to po prostu ci się zdarza.
Na początku nawet nie bardzo wiesz, co-jak-i-dlaczego.
Wszystko dzieje się samo, a ty wchodzisz w to, krok po kroku.

I dopiero na końcu spostrzegasz, że dzieją ci się rzeczy niecodzienne, rzeczy cudowne.
Widzisz to wtedy, kiedy patrzysz w te oczy.
Czujesz uścisk tej ręki.
I wiesz, że jesteś w najlepszym miejscu na świecie.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Odcinek przedostatni

Wstaję o piątej.
Wykonuję codzienne poranne czynności, około 6.10 ruszam na neurologię.
Chora śpi. Siadam na korytarzowym krzesełku.
Na oddziale cisza, krzątają się dwie pielęgniarki.

- Czemu pani tak wcześnie? Transport jest dopiero o 7.30.
- Ja wiem, że o 7.00 - mówię.
SOR powiedział mi o wyjeździe o 7.00. Kilkakrotnie.
Natomiast neurologia ma w dokumentach zapis, że o 7.30. Ten dokument sporządzano wcześniej przy mnie, co w nim było napisane - nie widziałam.
O tej porze, w roboczy dzień nawet pięć minut to dla mnie bardzo dużo.

Czekam.
Minuty wloką się niemożliwie.
Przychodzi nowa zmiana pielęgniarek i salowych.
Na cichym, zaspanym oddziale kilka młodych kobiet śmieje się w głos, piszczy z uciechy, opowiada sobie dowcipy. Słyszą to wszyscy chorzy. Ich spokój się kończy.

Przyjeżdża karetka.
Nie, nie po moją chorą, po kogoś innego.
O mały włos dokumentacja chorej nie dostaje się w ręce ratowników z nie-tej karetki!
Gdyby nie moje oczy dookoła głowy tak by się stało.
Chory wyjeżdża.
Jest godzina 7.22.
Do stolika pielęgniarek podchodzi jedna z nich, siada, zabiera się za papiery.
Podchodzę, pytam, czy chorą ktoś do transportu przygotuje.
Tak, tak, proszę się nie martwić, panie właśnie przekazują sobie zmianę, zaraz chorą się ktoś zajmie.
Tjaaaa...
Nocne pielęgniarki dawno wyszły, widziałam.
A panie chichrają się od 6.50.

7.28.
Zaczyna się ruch wokół "mojej" chorej.
Przebieranie, mycie, nacieranie.
Na stopach lądują skarpetki w kwiatki, na głowę kupiłam czapeczkę, z kwiatuszkiem z boku.
Chora przytomna, rozmawiamy, pokazuję jej czapeczkę.
Podoba jej się.
Myślałam, żeby jej dziergnąć skarpetki i czapkę, ale nie zdążyłam.
Opowiadam jej raz jeszcze, co się będzie działo.
Wszystko rozumie.
- Chcesz jechać? - pytam.
- Muuuuszę... - odpowiada.
Jest w tym słowie nostalgiczna zgoda na to, co będzie się działo.

O 7.50 przyjeżdża karetka.
Zakładam czapeczkę.
- Załatwiłam Ci przystojnych ratowników - mówię. - Mogą być? Czy zmieniamy?
Chora uśmiecha się.
- Moooogą - mówi - ładne chłopaki.
Ratownicy uśmiechają się, sprawnie przepakowują "ładunek" do karetki, zdejmują chorej czapeczkę, bo w karetce ciepło.

Jestem do końca.
Stoję.
Patrzę.
Karetka rusza o 8.10.
Dzwonię do córki chorej.
Obie oddychamy z ulgą.

Karetka jest w drodze.

P.S z godziny 11.52 - sms od córki: "jest już na sali, wszystko w porządku"
Kamień.
Kamień z serca!:)))

piątek, 30 stycznia 2015

Jeśli masz dość

to nie czytaj.
Ja MAM dość.
A piszę ku pamięci.

Rano lecę do kasy ZOZ-u. Pieniądze mam przeliczone.
Mówię, za co chcę zapłacić.
- A zlecenie pani ma? - pyta kasjerka.
- ????????!
- No zlecenie, bez zlecenia ja od pani pieniędzy nie przyjmę.
- Nikt mi nie powiedział o żadnym zleceniu, kazano zapłacić to płacę! I nigdzie się stąd nie ruszę, dopóki pani pieniędzy nie przyjmie.
- Ale prooooszę sięęęę nie denerwoooować....
(jestem gotowa warczeć, krzyczeć, ale mam-się-nie-denerwować!)

Pani dzwoni do sekretariatu SOR-u.
Sekretarka biegiem przynosi zlecenie.
Gdyby zlecenia nie było transport by się nie odbył.
Dowiedziałam się o tym DZISIAJ.

Później paaaani dzwooooni jeeeeeszcze gdzieeeeś.
Ustala, jaki to transport - komercyjny czy sanitarny.
Kolejka za mną rośnie.
Komercyjny i sanitarny mają inny VAT.
Dyskusja o VAT się przeeeedłuuuużaaaa.
Na dopięcie tego tematu było - do cholery - dwa tygodnie!

Wreszcie płacę.
Podaję dane do faktury, dane córki chorej.
- Ale proszę paniąąąą, KP jest na panią x (chorą), faktura też musi być na nią!
- A kto panią prosił, żeby KP było na chorą??? Chora nie chodzi, nie mogła sama za siebie zapłacić!
- A ja fakturę muszę wystawić na tego, kto zapłacił, nie mogę na kogoś innego.

Wiem, że to bzdura.
Bzdura do kwadratu.
Ale nie mam już sił. Odpuszczam.
Chora po udarze, leżąca i niechodząca dziś około 9.00 zapłaciła za siebie w kasie SOR-u i odebrała fakturę. Tak stanowią DOKUMENTY.

Idę do chorej.
Jej stan bardzo się poprawił. Słucha, rozumie, komunikuje się. Czasem mówi, dziś jednak nie.
Opowiadam jej, że w poniedziałek wyjedzie, że przy niej będę.
Że pojedzie do córki i że będzie już bezpieczna.
Wygląda na trochę zasmuconą, może refleksyjną.
Mówię jej, że nikt już jej nie skrzywdzi i że mąż z nią jechał nie będzie.
I widzę, że w tym momencie bierze głęboki oddech i przymyka oczy...

Wychodzę z oddziału.
Po policzkach lecą mi łzy.

czwartek, 29 stycznia 2015

Bezsilność.

Już prawie piątek.
Od wczorajszego poranka często sprawdzam skrzynkę.
Obiecanego maila brak.
Nie mam kwoty, jaką mam zapłacić.
Nie mam numeru rachunku bankowego.

Dziś i jutro jestem na urlopie.
Wpadam jednak do pracy, urlop mam nie w porę (konieczność), obowiązków multum.
Przypadkiem natykam się na koleżankę - żonę ratownika.
Przypadkiem i ona jest w pracy.
Przypadkiem dowiaduję się, że jeśli ZOZ nie odnotuje mojej wpłaty to o karetce poniedziałkowej mogę sobie pomarzyć. Mogą ją odwołać nawet w poniedziałek rano i skierować do innych zadań, robią tak dość często.
NIKT mi o tym nie powiedział.
I nie wierzę w przypadki.

Robi mi się gorąco.
Jest godzina 14.00.
Dzwonię do sekretariatu SOR-u.
- Ale ja do pani maila wysłałam, wczoraj - słyszę.
- Ale ja go, proszę pani, nie mam! - mówię gniewnie.
Szukam w przychodzących, szukam w spamie - nie ma.
Sprawdzamy, adres mailowy pani ma poprawny, maila wysłała, ona ma potwierdzenie, ja maila NIE MAM.
A przelew może już nie dojść.
A jeśli dojdzie to go nie zobaczą i nie zaksięgują.

Żona ratownika mówi mi, żeby na nic nie czekać, brać kasę i lecieć płacić gotówką, bo "mój" transport naprawdę jest zagrożony.
Dzwonię na SOR jeszcze raz.
Tak, jest kasa, można wpłacić jutro od ósmej, i koniecznie proszę mi przynieść potwierdzenie wpłaty, koniecznie!
Moja wściekłość rośnie, tak się składa, że tematy płatności nie są mi obce i pięć razy się zastanowię, zanim kogoś poproszę o udowodnienie, że mi  zapłacił, bo z dowodów wynika, że jednak nie. To, że mi ZAPŁACIŁ muszę sobie najpierw udowodnić sama, to mój psi obowiązek!!!

Przepraszam za te wykrzykniki, ale na myśl o tym, że brak ODNOTOWANEJ I POTWIERDZONEJ wpłaty mógł zaważyć o wyjeździe karetki doprowadza mnie do szału. Tkany misternie i z wielkim trudem plan mógł się rozbić o coś, o czym nie miałam pojęcia. Bo nikt mi o tym nie powiedział.

Zatem jutro bladym świtkiem biorę pieniądz w zęby i biegnę do kasy ZOZ-u, otrzymuję dowód wpłaty, po czym zanoszę je na SOR i jak słowo daję, żądam potwierdzenia, że go dostarczyłam!
Czy jest JESZCZE coś, o czym nie wiem, a co załatwić powinnam???

Co za burdel, noszsz jasny gwint...

środa, 28 stycznia 2015

Quinto.

W kontekście tego.

W ubiegłym tygodniu około czwartku córka chorej zdobywa papiery od Rzecznika Praw Pacjenta z oddziału NFZ. Papiery traktują o prawie do absolutnie darmowego transportu karetkowego w istniejących okolicznościach. Podpisy, pieczątki, wszystko jest jak należy. Z tymi papierami córka idzie w miejsce, gdzie te sprawy bezpośrednio się załatwia. Pani za biurkiem robi oczy jak złotówki i twierdzi, że w żadnym wypadku i absolutnie NIE. Nic się nie należy, transport ma być komercyjny, a w ogóle to dlaczego taaaak daleko? Czy nie ma gdzieś bliżej stosownego ośrodka, gdzieś bliżej szpitala, z którego będzie odbywał się transport???
Córka tłumaczy, że chce mieć matkę jak najbliżej.
Pani zza biurka nie rozumie, poooo coooo....
Córka - osoba łagodna, opanowana - wścieka się do imentu, dzwoni do mnie, długo nie może złapać równowagi. Pod koniec naszej rozmowy jeszcze broni pani zza biurka, mówiąc że to system tworzy takich ludzi.
Mówię jej, że to nie system.
Że wszędzie można i trzeba się starać.
I że nie można pozwolić się wykreować... na kreaturę.

Córka jest straszliwie zmęczona. Zaczyna się obawiać o siebie, o swoje zdrowie i wytrzymałość. Mówi mi, że od dawna miała zaplanowany bardzo tani kilkudniowy wyjazd, z dziećmi, w gronie przyjaciół.
I że wie, że pojechać nie może.
I wstydzi się, że tak bardzo tego wyjazdu pragnie.
Rozmawiam, tłumaczę, proszę - jedź.
Złe wieści Cię znajdą wszędzie i jak będzie trzeba to wrócisz.
Matkę odwiedzają sąsiedzi, stan póki co jest stabilny, reszty dopilnuję ja.
W końcu córka chorej mięknie, pakuje się i wyjeżdża.

W tym tygodniu wysyłam faksem jeszcze jeden dokument, którego domaga się SOR.
Wszystkie wyjazdowe procedury zostają dopięte na ostatni guzik, takie mam informacje.
Po czym okazuje się, że płatność tylko gotówką, że faktury przelewowej za transport nikt nie wystawi.
Walczę.
Sekretariat SOR-u, księgowość, na koniec główna księgowa.
Nie - nie i już, ma być płatność tak jak chcemy, główna nie odpuszcza.
Podaję swój mailowy adres, żądam przynajmniej faktury proforma, jeśli ją dziś dostanę jutro zrobię przelew ze swojego konta, w piątek powinni pieniądze mieć. Niech córka chorej odpoczywa, nie chcę jej niepokoić. Tyle jeszcze przed nią, że trudno mi to ogarnąć.

W niedzielę wieczorem zaniosę na neurologię odzież na drogę dla chorej. Wtedy też ją spakuję.
W poniedziałek o 7.00 wyjeżdża karetka. Będę tam wcześniej, dopatrzę wszystkiego, na stopy założę chorej cieplutkie skarpetki. Powiem jej, gdzie jedzie i po co, ucałuję, popatrzę, jak odjeżdża.
Później zadzwonię do córki i powiem, jak jest. Córka będzie czekała w ZOL-u, w miejscu docelowym. Przywita mamę, zaopiekuje się nią.

A później Wam napiszę, co ja z tego mam.
Napiszę, kiedy się to wszystko dla mnie zakończy.

P.S. Pies ok - tylko się cieszyć:)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Przerywnik

pomiędzy tematami trudnymi oraz dzierganymi.
Oba tematy mają się dobrze, niebawem do nich wrócę, ale póki co - przerywnik.

We wczorajszą niedzielę ponownie termy.
Wyproszone, wybłagane, mój-ci-on średnio chciał.
Chciał za to - i to bardzo - załącznik.
Jego chcenie miało moc decyzyjną:)

Termy robią mi niesamowicie, robią mi tak, że aż trudno to określić. Poczułam to najmocniej gdzieś pod koniec ubiegłego tygodnia (na początku wszystko mnie bolało, w sensie, że mięśnie:), po wczorajszych harcach nie boli mnie nic, słup kręgowy trzyma pion i dokucza jeno nieznacznie. Zważywszy, że w środę minie dopiero półtora tygodnia od rozpoczęcia "terapii wodnej" jest to postęp ogromny.

Wczoraj moczyliśmy zadki ponad cztery godziny, nieletni na najmniejszą próbę odciągnięcia go od wodnych atrakcji robił oczy Shreka, a my miękliśmy niczym gąbeczki.
Nieletni łykał wszystko.
Apetyt miał ogromny, a kęsy i hausty były tak wielkie, że momentami truchleliśmy (noooo.... ja bardziej:D)
Mały basenik - pikuś.
Lekko większy basenik z dziecięcą zjeżdżalnią - jeszcze większy pikuś.
Niecka, w której woda sięgała mu po szyję stała się pikusiem po około godzinie, po próbach z kółkiem, które następnie zostało porzucone.
"Rwąca rzeka" (płynie się w kole, jest sztuczny, dość konkretny prąd) - tu pływał z kółkiem bo bez niego się podtapiał, po kilkunastu minutach SZALAŁ. Pikuś!
Termy. Miód malyna! Piiiikuś!
(wypada się na zewnątrz, na zewnętrzu leży śnieg i pada marznąca mżawka, woda ciepluchna; dopływa się podwodnie, to już idzie całkiem całkiem, do brzegu, wychodzi się w gaciach na totalne MINUS DWA - i sruuu do wody, i piiiikuś! I jeszcze się rży rozkosznie:)

Szybko wypadłam z gry, młody czepił się był mój-ci-onego, ja czułam się szczęśliwie uwolnioną tudzież zobowiązaną do wodnego biczowania i wykorzystania wszystkich punktów masażu dla mojego słupa. Niewiele było trzeba, żeby panowie zniknęli mi z oczu.
Po kilkunastu minutach zaczęłam ich szukać. Nie było ich - no nijak i nigdzie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Łaziłam i łaziłam i nie znajdowałam. Postanowiłam więc poleźć w okolice zjeżdżalni, choć po prawdzie tam się ich nie spodziewałam.
Podeszłam.
Popaczałam.
I nagle wieeeelka rura wypluła długie chude szkity, a po nich resztę.
Nieletni! Mój nieletni! O zgrozoooo... zjeżdżalnia od 10-tego roku życia...
Po chwili rura wypluła mój-ci-onego.
Zanim zaczęłam się pruć rzeczony wygłosił Mowę Obronną we Własnej Sprawie.
- Słuchaj, no słuchaj tylko! Ciągnął mnie tu jak szalony, najpierw stał i się gapił, a później chciał zjeżdżać. Powiedziałem mu, że jak skończy 10 lat to pojeździ i wiesz, no wiesz, co on zrobił? Poszedł do ratownika! Pogadał, pomęczył, aż ratownik mu pozwolił. No i co ja miałem zrobić???

Oczy mój-ci-onego błyszczą. Nieletni leci po schodkach na kolejną rundę, po czym niewidzialny dla nas robi w długiej rurze cztery pełne spirale i wypluty przez nią bezpiecznie ląduje. Jego oczy mienią się wszystkimi kolorami tęczy, a mordka układa w banaaaanaaa.
No i co, i co ja miałam zrobić???
Stać, podziwiać, klaskać i chichrać się z radości, po czym popędzić po schodkach i sama zacząć zjeżdżać:)))

Takie dziecko.
Taki chłopak.
Niespożyte siły, ogromna energia, żelazna wola.
Na szczęście ma mądrego ojca, będą z niego ludzie.
My byśmy (jako potencjalni rodzice) nie dali rady, jego siła by nas przerosła.
Jak dobrze, że nie MUSIMY go wychowywać, a MOŻEMY z nim być i być częścią jego świata.

Na koniec nieletni mnie zastrzelił.
- Obiecałaś mi coś, obiecałaś, pamiętam!
- Ale coooo?
- Narty!
- Kiedy???
- No wtedy, w Harrachovie, no wtedy co zjeżdżałaś i ja widziałem, i pokazałaś mi szkółkę narciarską i mówiłaś, że mnie zapiszesz! Musisz dotrzymać słowa!
Rzecz miała miejsce dwa lata temu. Chwilkę postał w moich nartach, pobawił się kijkami, po czym zapomniał.
- Ale nie mieszczę się w portki... - nieśmiało odpowiadam.
- To SCHUDNIJ! - słyszę konkretną odpowiedź. - I się ZMIEŚĆ, bo mi OBIECAŁAŚ!

Aaaale mam motywację:)))

P.S. Zwierzęcie w miarę, zostawione w niedzielę z moimi rodzicami cały dzień nie jadło, padło podejrzenie że coś jest nie tak, po czym sprowadzone na chatę pożarło całą michę. Czyli tęsknota:)

czwartek, 22 stycznia 2015

Baśka miała fajny...

pomysł! Pomysł, nic z tego co tam Wam się w czaszkach pomyślało;P
Pomysł, któren niepokoił mię straszniście od dawna.
A raczej tego pomysłu skutki.
Które poniżej:)
Foty kradzione z bloga rzeczonej Baśki od fajnego...:), a właściwie nie kradzione, tylko w uzgodnieniu z wyżej wymienioną metodą ctrlc-ctrlv na mym blogu umieszczone.

TEN POST W CAŁOŚCI DEDYKUJĘ BAŚCE - BACHUD. A CO SE BĘDĘ ŻAŁOWAĆ!

Zatem zaczynamy.
Dla przejrzystości zapisu nomenklatury używać będziemy następującej:
Ja - Potrzebujący;
Baśka - Popełniający;
Rzecz, temat - Przetarg Z Nieograniczoną Odpowiedzialnością I Równie Nieograniczonym Obustronnym Zaufaniem. Bez świadków i komisji;
Dzieło - Płonące Torbiszcze z Oprzyrządowaniem Dodatkowym.

Zatem na pisemny wniosek Potrzebującego potencjalny podówczas Popełniający dobrowolnie i bez żadnego przymusu zgodził się zaopatrzyć Potrzebującego w następujące oto dzieła:


 

W międzyczasie Popełniający przestał być potencjalnym, a stał się rzeczywistym. Popełniający dzieła wykonał, Potrzebujący dzieła otrzymał. Prezentacja dzieł owych jest wyłącznie pomysłem Popełniającego, Potrzebujący nic sobie z tego tytułu nie rości ani zmian w prezentacji nie oczekuje, nie wniósł też nijakich skarg ani zastrzeżeń do kierownika Popełniającego, co więcej - uchachał się do imentu:D

 

Potrzebujący na szyciu się zna, maszynę i umiejętności (nie trenowane od lat, więc w zaniku) posiada, zatem jakość dzieł wszelakich, dzieł potrójnych wielce docenić potrafi i tu niniejszym, publicznie i bez żadnego przymusu DOCENIA i Popełniającego wszystkim serdecznie poleca. Tu Potrzebujący oświadcza, że nie są mu znane żadne okoliczności wskazujące na bycie spokrewnionym z Popełniającym, co samo w sobie według stosownych przepisów wyklucza jakąkolwiek korupcję. Jedyne, co łączy Potrzebującego z Popełniającym, to miejsce urodzenia Potrzebującego (okolice zamieszkania Popełniającego - ha!) oraz nieprawdopodobnie podobne poczucie humoru, które ujawniło się w mailach, szczegółów Potrzebujący nie ujawni, korespondencja między stronami jest objęta klauzulą "tajneprzezpoufne".


Po wykonaniu dzieła Popełniający wysłał rzeczone ekspresowym odrzutowcem, pakując je jednocześnie z taką gorliwością, że Potrzebujący połamał pazury, nożyczki i inne właściwe dla czynności akcesoria. Potrzebujący wniesie skargę o karę umowną z tego tytułu, albowiem straty poniósł niewątpliwe i do Pracowni Naprawy Szponów będzie się musiał udać. Karą umowną będzie kwota, jaką Potrzebujący wyda na pazury i jeszcze dodatkowo na fryzjera - przecież po ciężkich przeżyciach jakoś humor poprawić sobie musi.

Nieee, to jeszcze nie koniec. Koniec będzie za chwilę, albowiem Popełniający musi koniecznie od Potrzebującego dostać w czapkę. Raz, a dobrze! Albowiem przy okazji wysyłki Popełniający umieścił w paczce przedmiot, którego Potrzebujący nie zamawiał, a który jego samego doprowadził do łez. Łzy się lały i nie chciały przestać, zwierz się na Potrzebującego paczał i początkowo nic nie trybił, próbował pomóc właścicielowi, coby się letko ogarnął. Po czym zwierz POCZUŁ. I sam ZATRYBIŁ. I już od Potrzebującego nijak odejść nie chciał.
Co takiego przysłał popełniający? Aleś proszszsz, proszsz, paczcie państwo, paczcie!

(cipuletka, kieszoneczka, torebeczka...? Cudaczek!)

A w środku...


(malusie, malusieńkie, dwucentymetrowej długości, strrrrasznie smakowite!)


Potrzebujący wzruszył się niemożebnie, wszak kontekst jest Czytaczom znany, zwierz ma dni/miesiące/niepotrzebne skreślić policzone, zatem wrusz i łzy są uzasadnione.
I tym akcentem kończymy, drodzy, temat Przetargu, Dzieł i Stron, przechodząc do procedur totalnie niesformalizowanych.

Baśka jest cudna.
Zamówisz - skonsultuje każdziuśki detal, uszyje pięknie (trochę to trwa, bo trwać musi, żeby nie było!), wyśle ekspresem.
Robota jest ręczna, manufakturowa, detale dopracowane.
Pakiet fantastycznego poczucia humoru gratis:)
Płonącą Torbę z załącznikami dostała ode mnie w prezencie córka, taki był plan. Ja natomiast zasadzam się na marzec, dostałam mailem paletę kolorów tkaniny, z której powstanie moja torba i mam sobie wybrać:) Moje torbiszcze będzie inne, takich dużych nie noszę. Mam dwa miesiące żeby obcykać sobie, co też Baśka szyła (bloga będę zwiedzać), a jak mi nic w gały nie wpadnie to jej wymyślę jakiś nowy projekt:P

Strzeżcie się tylko Baśkowych załączników - żeby nie było, że nie ostrzegałam!
I uważajcie na pazury - paczka jest zapakowana tak, że tylko huragan z powodzią mógłby jej zaszkodzić:D

P.S. Psina zaczęła żreć, a na Baśkowe kosteczki się po prostu zwyczajnie rzuciła! Pewnikiem więc trapiła ją niestrawność. Uff, ufff - to jeszcze nie TO i jeszcze nie TERAZ - ufff:)