Najpierw chcę podziękować wszystkim, którzy pod poprzednim postem zostawili komentarze. Każdy był dla mnie bezcenny. Każdy dokładnie dokładnie przeczytałam i przeanalizowałam.
A później poszłam przemyśleć sprawę jeszcze raz.
Zwykle to ja zajmuję się psem, to przysłowiowy mój pies i moje pchły.
We wtorek u weterynarza był ze zwierzakiem mąż, bo ja dorobiłam się takiego zapalenia gardła, że mój lekarz był w szoku (rana na tylnej ścianie gardła).
I to mąż był przy psich badaniach i on przyniósł mi informacje, że jest źle.
Wczoraj mnie tknęło.
Zadzwoniłam do psiego doktora.
Zapytałam, co naprawdę radzi.
To bardzo dobry lekarz... I bardzo dobry człowiek.
Wiecie, co mi powiedział?
Że gdyby był na moim miejscu w życiu by sobie nie darował, że nie spróbował ratować zwierzaka.
Że moja psina ma zdrowe serce i nerki i że to ją do zabiegu kwalifikuje.
I że jego zdaniem mimo ogromnego guza (8 cm!) jest żywotna, że szanse na zdrowie ma bardzo duże.
Operacja jutro o 10.00.
Niech się dzieje. No niech.
Powiedziałam lekarzowi, że po zabiegu nie będę miała jak dotrzeć do domu, że pies ciężki, że nie dam rady.
Odpowiedział, że mnie odwiezie i psinę po schodach wniesie.
Wymiękłam...
To dobry lekarz i dobry człowiek.
Kto raz do niego ze zwierzęciem poszedł nigdy nie szuka innego.
Wierzę mu, po prostu mu wierzę.
Uspokoiłam się.
Gdzieś w środku mam przekonanie, że to jest najlepsza decyzja.
Łykam antybiotyki, leczę gardło, naćpam się jutro przeciwgorączkowców i staję do walki.
Jak tylko dam radę będę raportować.
Nie mam żadnych doświadczeń z psem w stanie pooperacyjnym.
Nie wiem, czego się spodziewać.
Mam nadzieję, że dam radę.
czwartek, 27 listopada 2014
wtorek, 25 listopada 2014
Ma 13 lat.
I od tych 13 jesteśmy razem.
Śliczna. Mądra. Sprytna. Wesoła.
Żywa. Zabawna. Śmieszna. Skoczna.
Wierna. Szczekliwa.
Nasza...
Guz.
Wątroby lub jajnika.
Wyniki mniej niż średnie.
Kiepsko je, słabnie, dużo śpi.
Patrzy... smutno patrzy...
Z trudem wchodzi na parter, ciągnąc tylne łapki za sobą.
Można operować.
Zabieg kosztowny, a jeśli guz złośliwy to szanse na życie żadne.
Złośliwość prawdopodobna wielce, ponieważ mocno schudła.
Niejedzenie to nie jej bajka, potrafiła zeżreć prawie wszystko...
Nie wiem, co robić.
Ciąć czy pozwolić w spokoju dożyć swoich dni, miziając za uszkiem. ..?
Bliższe mi jest to drugie.
13 lat dla sznaucera to dużo.
Ile dobrych radosnych dni da jej i nam poważna operacja, a ile niepotrzebnego być może cierpienia?
Napiszcie coś.
Podpowiedzcie.
To mój pierwszy pies...
Idę się wyryczeć i wytulić zwierzaka.
Napiszcie.
Śliczna. Mądra. Sprytna. Wesoła.
Żywa. Zabawna. Śmieszna. Skoczna.
Wierna. Szczekliwa.
Nasza...
Guz.
Wątroby lub jajnika.
Wyniki mniej niż średnie.
Kiepsko je, słabnie, dużo śpi.
Patrzy... smutno patrzy...
Z trudem wchodzi na parter, ciągnąc tylne łapki za sobą.
Można operować.
Zabieg kosztowny, a jeśli guz złośliwy to szanse na życie żadne.
Złośliwość prawdopodobna wielce, ponieważ mocno schudła.
Niejedzenie to nie jej bajka, potrafiła zeżreć prawie wszystko...
Nie wiem, co robić.
Ciąć czy pozwolić w spokoju dożyć swoich dni, miziając za uszkiem. ..?
Bliższe mi jest to drugie.
13 lat dla sznaucera to dużo.
Ile dobrych radosnych dni da jej i nam poważna operacja, a ile niepotrzebnego być może cierpienia?
Napiszcie coś.
Podpowiedzcie.
To mój pierwszy pies...
Idę się wyryczeć i wytulić zwierzaka.
Napiszcie.
niedziela, 23 listopada 2014
Nie lubiłam ich.
Kiedyś.
No nie i już.
Bo babcine, bo kwadraty...
Nie lubiłam.
Na szczęście ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów:)
Nie lubiłam do czasu, kiedy na raverly ujrzałam całą masę ciekawych projektów, a co za tym idzie - możliwości, jakie dają rzeczone kwadraty.
A dają chyba nieograniczone... Postanowiłam więc spróbować (choć jedną próbę po prawdzie mam już za sobą, a właściwie jeszcze w trakcie, to po raz pierwszy robię coś z klasycznych granny square).
Efekt jest cudny, aczkolwiek samo dzierganie nudne jak flaki z olejem - przynajmniej dla mnie. Ale czego się nie robi dla efektu. Znosi się nudę cierpliwie:)
Kolory trochę nie teges, bo fotki robiłam komórką. Niezłą wprawdzie, ale to jednak nie to samo co aparat. Spieszyłam się, żeby łapać resztkę dziennego światła. Ostrość też cienka. Poprawię się w następnych postach.
Prawdę o kolorach oddają te miejsca, gdzie barwy są ciepłe i wyraziste - brąz, ciepły beż i ecru. Te zimne to oszukane przez komórkę.
A ponieważ dołączam do Maknetowego wspólnego dziergania i czytania, zatem pokazuję też, co aktualnie czytam. Kindelka kupiłam niedawno, model Peperwhite II, podświetlany, pierwszy mój czytnik, ukontentowana jestem wielce. Odkryłam czas jakiś temu Jodi Picoult, każda kolejna książka to odkrycie, mam sporo do napisania o niej i jej literaturze. Mam nadzieję, że przyjdzie na to czas:)
P.S.1 Moje dziergadło to narzuta - remont wreszcie się skończył, wkroczyliśmy z mężem w jakże rozkoszny etap powolnego dopieszczania wnętrz. Narzuta będzie okryciem sofy w moim pokoju/pracowni/gabinecie/niepotrzebne skreślić. Jestem tuż za połową dziergania. I już kombinuję (obmyślam znaczy) z podobnych kwadratów ponczo ("przymierzałam" narzutę, jako ponczo wygląda obłędnie) i może kolejną narzutę. Się zobaczy.
P.S.2 Staszek jeszcze po tej stronie życia, już w domu. Obolały on, obolała rodzina, wszyscy wiedzą, co będzie, nikt jednak nie wie, kiedy dokładnie to będzie...
No nie i już.
Bo babcine, bo kwadraty...
Nie lubiłam.
Na szczęście ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów:)
Nie lubiłam do czasu, kiedy na raverly ujrzałam całą masę ciekawych projektów, a co za tym idzie - możliwości, jakie dają rzeczone kwadraty.
A dają chyba nieograniczone... Postanowiłam więc spróbować (choć jedną próbę po prawdzie mam już za sobą, a właściwie jeszcze w trakcie, to po raz pierwszy robię coś z klasycznych granny square).
Efekt jest cudny, aczkolwiek samo dzierganie nudne jak flaki z olejem - przynajmniej dla mnie. Ale czego się nie robi dla efektu. Znosi się nudę cierpliwie:)
Kolory trochę nie teges, bo fotki robiłam komórką. Niezłą wprawdzie, ale to jednak nie to samo co aparat. Spieszyłam się, żeby łapać resztkę dziennego światła. Ostrość też cienka. Poprawię się w następnych postach.
Prawdę o kolorach oddają te miejsca, gdzie barwy są ciepłe i wyraziste - brąz, ciepły beż i ecru. Te zimne to oszukane przez komórkę.
A ponieważ dołączam do Maknetowego wspólnego dziergania i czytania, zatem pokazuję też, co aktualnie czytam. Kindelka kupiłam niedawno, model Peperwhite II, podświetlany, pierwszy mój czytnik, ukontentowana jestem wielce. Odkryłam czas jakiś temu Jodi Picoult, każda kolejna książka to odkrycie, mam sporo do napisania o niej i jej literaturze. Mam nadzieję, że przyjdzie na to czas:)
P.S.1 Moje dziergadło to narzuta - remont wreszcie się skończył, wkroczyliśmy z mężem w jakże rozkoszny etap powolnego dopieszczania wnętrz. Narzuta będzie okryciem sofy w moim pokoju/pracowni/gabinecie/niepotrzebne skreślić. Jestem tuż za połową dziergania. I już kombinuję (obmyślam znaczy) z podobnych kwadratów ponczo ("przymierzałam" narzutę, jako ponczo wygląda obłędnie) i może kolejną narzutę. Się zobaczy.
P.S.2 Staszek jeszcze po tej stronie życia, już w domu. Obolały on, obolała rodzina, wszyscy wiedzą, co będzie, nikt jednak nie wie, kiedy dokładnie to będzie...
środa, 12 listopada 2014
Kiedy...
Kiedy w szarości pradawnego czasu
Bóg czynił rzeczy
Stworzył słońce:
I słońce przychodzi i odchodzi i znowu wraca.
Stworzył księżyc:
I księżyc przychodzi i odchodzi i znowu wraca.
Stworzył człowieka:
I człowiek przychodzi i odchodzi...
I nie wraca nigdy.
(Przemijanie, śpiew Dinków).
Bóg czynił rzeczy
Stworzył słońce:
I słońce przychodzi i odchodzi i znowu wraca.
Stworzył księżyc:
I księżyc przychodzi i odchodzi i znowu wraca.
Stworzył człowieka:
I człowiek przychodzi i odchodzi...
I nie wraca nigdy.
(Przemijanie, śpiew Dinków).
poniedziałek, 3 listopada 2014
Później.
U nas wszystko dzieje się później.
Później niż nam podobnej reszcie świata udało się nam usamodzielnić.
Znaczy zaposiąść własne M - ileś tam.
Na własność.
Później niż reszcie świata udało się nam to M do własnych i dziecków potrzeb jakoś przysposobić.
Z naciskiem na "jakoś", nie "jakość".
(choć po prawdzie dorosła już córcianka z łezką w oku wspominała dziś malowanie przez się i brata własnopokojowych starych mebli akrylową farbą; łezkę zatem uroniłam i ja).
Później niż rzeczonej reszcie świata udało nam się kasę nazbierać na remont kapitalny, lat cztery z okładem trwający (a może trzy, już nie pamiętam, długo wszakże jak jasny gwint i jasna takoż cholera, kiedy to już dziecka na swoje poszły, znaczy w pierniki).
Pojutrze młodzież odbiera od nas zużyte letko pokojowe mebelki.
Dla siedmiolatka będą w sam raz.
Popojutrze Firma przywozi nam kolejne nowe mebelki - tą razą do Pańcinej Pracowni (brzmi przeokrutnie dumnie, ale oj tam oj tam).
W sobotę Pani się będzie urządzać. Po czem wraz z Panem zacznie ogarniać Ostatni Pokój, bezlitośnie segregując materię i po raz przedostatni oddzielając ziarno od plew.
I nastanie spokój... i cisza... i ład...
Aż do następnego ( jakkolwiek go rozumieć) razu.
:)))
P.S. Piszę z tableta. Jednak laptok to bardziej przyjazne urządzenie.
Przynajmniej do pisania i publikacji postów.
Jednym z kluczowych elementów remontu było gazowe CO.
Żyjemy nadzieją, że pan P. nie przykręci kurków.
A Staszek - wbrew wszystkiemu - wciąż żyje.
Rodzina mówi, że to wszystko... że to na granicy cudu.
Ale modlitwa wciąż bardzo potrzebna.
Zatem proszę.
Później niż nam podobnej reszcie świata udało się nam usamodzielnić.
Znaczy zaposiąść własne M - ileś tam.
Na własność.
Później niż reszcie świata udało się nam to M do własnych i dziecków potrzeb jakoś przysposobić.
Z naciskiem na "jakoś", nie "jakość".
(choć po prawdzie dorosła już córcianka z łezką w oku wspominała dziś malowanie przez się i brata własnopokojowych starych mebli akrylową farbą; łezkę zatem uroniłam i ja).
Później niż rzeczonej reszcie świata udało nam się kasę nazbierać na remont kapitalny, lat cztery z okładem trwający (a może trzy, już nie pamiętam, długo wszakże jak jasny gwint i jasna takoż cholera, kiedy to już dziecka na swoje poszły, znaczy w pierniki).
Pojutrze młodzież odbiera od nas zużyte letko pokojowe mebelki.
Dla siedmiolatka będą w sam raz.
Popojutrze Firma przywozi nam kolejne nowe mebelki - tą razą do Pańcinej Pracowni (brzmi przeokrutnie dumnie, ale oj tam oj tam).
W sobotę Pani się będzie urządzać. Po czem wraz z Panem zacznie ogarniać Ostatni Pokój, bezlitośnie segregując materię i po raz przedostatni oddzielając ziarno od plew.
I nastanie spokój... i cisza... i ład...
Aż do następnego ( jakkolwiek go rozumieć) razu.
:)))
P.S. Piszę z tableta. Jednak laptok to bardziej przyjazne urządzenie.
Przynajmniej do pisania i publikacji postów.
Jednym z kluczowych elementów remontu było gazowe CO.
Żyjemy nadzieją, że pan P. nie przykręci kurków.
A Staszek - wbrew wszystkiemu - wciąż żyje.
Rodzina mówi, że to wszystko... że to na granicy cudu.
Ale modlitwa wciąż bardzo potrzebna.
Zatem proszę.
piątek, 17 października 2014
Staszek po raz drugi...
w bardzo złym stanie.
Ogromnie cierpi, ma poważne problemy z oddychaniem.
Teraz pozostaje tylko modlitwa o szybką i łagodną śmierć.
Proszę.
Bardzo proszę w imieniu rodziny...
I o wszystko, co im jest potrzebne też proszę.
Ciężko będzie stać się półsierotą przed czterdziestką...
Staszku... „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem”.
Ogromnie cierpi, ma poważne problemy z oddychaniem.
Teraz pozostaje tylko modlitwa o szybką i łagodną śmierć.
Proszę.
Bardzo proszę w imieniu rodziny...
I o wszystko, co im jest potrzebne też proszę.
Ciężko będzie stać się półsierotą przed czterdziestką...
Staszku... „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem”.
Lb 6, 22-27
Niech Pan Cię przyjmie i przytuli. I Twoich bliskich też...
środa, 15 października 2014
Staszek.
Ma na imię Staszek.
I zaawansowany bardzo nowotwór płuc.
Szans na życie po tej-stronie-życia brak.
Choroba postępuje bardzo szybko.
Oddech jest coraz płytszy, bóle coraz silniejsze.
Sił coraz mniej.
Przyplątała się odma.
Nie wiem, czy dni, czy tygodnie, czy miesiące...
Nie wiem.
Tego nie wie nikt.
Staszek wyspowiadany.
Bardzo, bardzo zmęczony - i wystraszony.
Żyje wbrew wszystkiemu (lekarz nie rozumie, czemu jeszcze żyje...)
Proszę o wsparcie.
O modlitwę.
O Autostradę Do Nieba - w postaci Koronki.
Zafundujmy Mu tę Autostradę - to tak niewiele kosztuje...
Proszę o modlitwę serca.
I bardzo, bardzo proszę o komentarz od tych, którzy się do Koronki włączą.
To ważne.
Dla Staszkowej rodziny.
I dla mnie też.
I zaawansowany bardzo nowotwór płuc.
Szans na życie po tej-stronie-życia brak.
Choroba postępuje bardzo szybko.
Oddech jest coraz płytszy, bóle coraz silniejsze.
Sił coraz mniej.
Przyplątała się odma.
Nie wiem, czy dni, czy tygodnie, czy miesiące...
Nie wiem.
Tego nie wie nikt.
Staszek wyspowiadany.
Bardzo, bardzo zmęczony - i wystraszony.
Żyje wbrew wszystkiemu (lekarz nie rozumie, czemu jeszcze żyje...)
Proszę o wsparcie.
O modlitwę.
O Autostradę Do Nieba - w postaci Koronki.
Zafundujmy Mu tę Autostradę - to tak niewiele kosztuje...
Proszę o modlitwę serca.
I bardzo, bardzo proszę o komentarz od tych, którzy się do Koronki włączą.
To ważne.
Dla Staszkowej rodziny.
I dla mnie też.
poniedziałek, 13 października 2014
Wszędzie tego pełno,
a i tak niezmiennie i corocznie lubię:)
Z prawem do upublicznienia.
Zatem - ku pamięci - upubliczniam.
Jesień jest przepiękna.
poniedziałek, 29 września 2014
Lubię ją.
Bo chłodniej.
Bo kolory cudne ma takie.
Bo w w spokojności, bez nadmiernej potliwości się wybiera wyposażenie do domowych wnękowych szaf.
I powoli się-zmierza do końca się-urządzania.
Lubię.
Bo ogrody prawie angielskie w pełnym słońcu się podziwia bez umiaru.
Się idzie, się pacza.
Się cieszy.
Się wycisza i uspokaja...
Bo kolory cudne ma takie.
Bo w w spokojności, bez nadmiernej potliwości się wybiera wyposażenie do domowych wnękowych szaf.
I powoli się-zmierza do końca się-urządzania.
Lubię.
Bo ogrody prawie angielskie w pełnym słońcu się podziwia bez umiaru.
Się idzie, się pacza.
Się cieszy.
Się wycisza i uspokaja...
Się robi piknik przy zamku, pod ogromnym drzewem.
Niedobra herbata smakuje jak najlepsza.
Zmęczenie zaś służy wybornie.
I mnie, i mój-ci-onemu.
Po prawdzie to trudno jest, ale nigdzie i nikomu wszak nie jest łatwo.
Słup boli.
Praca toksyną zalatuje tak, że ledwie wytrzymać można.
Na horyzoncie widać szpital, szpital z kimś bardzo bliskim na pokładzie.
Życie - jak moje, jak Twoje, jak Wasze...
Życie.
A po prawdzie drugiej...
Potomstwo moje ma dom i pracę.
I szczęśliwe, ciekawe życie.
Telefon: " Mamoooo, choooodź na kawęęęęę!" smakuje wyborniej nawet niż herbata pod drzewem.
Bo potomstwo mogłoby wszak być w Szkocji czy też innej Irlandii...
Mówią mi, żem szczęściara. Znaczy że ta dzieckowa zagranica nie jest mym udziałem.
I chyba coś w tym jest:)
Zatem chrzanić bolący ciągle kręgowy słup, chrzanić pracowe toksyny i ich źródło.
Jest mój-ci-on, są protoplasty, są potomki, jest dziecko-dziecka - tegoroczny pierwszoklasista.
Jest kawaaaaaaaaaaaa.
Jest życie.
I tego z całych sił się trzymam - u progu października Anno Domini 2014.
Życia się trzymam, realnego.
Takiego-jakie-jest.
piątek, 12 września 2014
Aaaach!
Mój kręgowy słup prawie jak nowy.
Z naciskiem na "prawie" :P
(boli regularnie, ale do wytrzymania).
Żyję i póki co planuję jeszcze pożyć:)
Po czem (znaczy po mię) pochorował się mój-ci-on.
Z zagrożeniem życia - żeby nie było za łatwo.
Znaczy wylądował w trybie przyspieszonym w szpitalu.
A ja z nim.
Jako osoba towarzysząca.
W celu odholowania i upewnienia się, że szpital zrobi, co należy.
Szpital zrobił :)
Dziś już wiemy, że mój-ci-on jeszcze pożyje, jako i ja:)
Dochodzi do siebie na ZLA.
Pracy zawodowej mam w cholerę.
Wrzesień, po prostu wrzesień. Jak co roku.
O atmosferze w robocie i stosunkach międzyczłowieczych pisać nie będę.
Koszmar z horrorem. I tyle.
Daję radę.
Ale nie każdy daje...
Znalazłam ciekawy (mały) temat do udziergania.
Jak znajdę czas to dziergnę.
Fotek poprzednich (ostatnich moich) udziergów nadal nie mam gdzie trachnąć (końcowka remontu z różnych względów utknęła w martwym punkcie, brak czasu i odpowiedniego tła do udziergów).
Martwy punkt staramy się z mój-ci-onym ożywić.
Z różnym skutkiem:)
Idę spać.
Jutro sobota, żaden to dla mię ujkęd, to po prostu nadrabianie zaległości z całego tygodnia.
Dobranoc Państwu.
Z naciskiem na "prawie" :P
(boli regularnie, ale do wytrzymania).
Żyję i póki co planuję jeszcze pożyć:)
Po czem (znaczy po mię) pochorował się mój-ci-on.
Z zagrożeniem życia - żeby nie było za łatwo.
Znaczy wylądował w trybie przyspieszonym w szpitalu.
A ja z nim.
Jako osoba towarzysząca.
W celu odholowania i upewnienia się, że szpital zrobi, co należy.
Szpital zrobił :)
Dziś już wiemy, że mój-ci-on jeszcze pożyje, jako i ja:)
Dochodzi do siebie na ZLA.
Pracy zawodowej mam w cholerę.
Wrzesień, po prostu wrzesień. Jak co roku.
O atmosferze w robocie i stosunkach międzyczłowieczych pisać nie będę.
Koszmar z horrorem. I tyle.
Daję radę.
Ale nie każdy daje...
Znalazłam ciekawy (mały) temat do udziergania.
Jak znajdę czas to dziergnę.
Fotek poprzednich (ostatnich moich) udziergów nadal nie mam gdzie trachnąć (końcowka remontu z różnych względów utknęła w martwym punkcie, brak czasu i odpowiedniego tła do udziergów).
Martwy punkt staramy się z mój-ci-onym ożywić.
Z różnym skutkiem:)
Idę spać.
Jutro sobota, żaden to dla mię ujkęd, to po prostu nadrabianie zaległości z całego tygodnia.
Dobranoc Państwu.
sobota, 6 września 2014
Myślałam,
(myślenie albowiem zdecydowanie-ma-przyszłość),
że w kwestii biusthaltera doradcą może mię być natenprzykład o taki ktoś.
Ywentualnie kuleżanka, dobra i życzliwa znaczy się.
Ale żeby Pan Rehabilitant???
No w życiu!
Tymczasem ze względu na wzgląd (vide poprzednia notka), po wcześniejszej wizycie u LPK - czytaj: lekarza pierwszego kontaktu (ostre leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, żołądek płaaaacze!), niewielką poprawę zauważając (doprawdy niewielką) poszłam byłam do Pana Od Rehabu. Samowolnie i samorządnie. I niezależnie takoż.
Wybrałam tego, co ma najlepszą opinię w okolicy.
Znaczy że skuteczny niby i jak się na danym przypadku nie zna albo nieznajomość domniemywa to odsyła do ortopedy/neurologa/na RTG/na rezonans/niepotrzebne wiadomo-co.
No to poszłam.
Najsampierw wywiad. Słowny znaczy.
Poczem palpacyjne badanko.
Ooooo - tu, tu jest obrzęk, th-cośtam (znaczy 8-9-10, stawy międzykręgowe, columna vertebralis w odcinku piersiowem) zasklepione i zablokowane.
Dlatego boli w cholerę.
No to odblokowujem.
Nabrać powietrza-wypuścić powietrze - trrrrach!
Auuuć!
Wskoczyło na miejsce - no widzi Pani? jest super!
(Rwa jego mać - jakbym miała zasięg, tobym gościa walnęła z liścia!)
Po czem riplej.
I kolejne auuuuuć!
I jest suuuuuper - rwa jego mać!!!
Po czem... Pani się odwróci. Bardzo proszę.
Prawą dłoń na lewe ramię, lewą dłoń na prawe ramię.
Proszę ładnie trzymać!
(Pan Rehab z tyłu wchodzi na jakieś tajemnicze schodki, łapie mię za moje naramienne rączki i robi mi COŚ TAKIEGO, po czym widzę wszystkie gwiazdy i nie mogę złapać tchu).
- Oddychać, proszę oddychać! - słyszę.
Staram się. Nie mogę!!!
Po czem łapię.
Pierwszy, drugi, trzeci oddech.
Boli jak... rwysyn.
Pan na mię pacza i mówi:
- Wszystko ok, jest w porządku, tak miało być, słyszy mnie Pani?
Słyszę - słyszę!!!
Co nie zmienia faktu, że mam ochotę tym razem przywalić Panu prawym prostym lub sierpowym, bo liść to już dla mnie za mało.
Na TAKIE KUKU w kręgowy słup.
- Jest ok - mówi Pan. - Proszę ćwiczyć, ruszać się jak najwięcej. A jutro (znaczy dzisiaj) będzie się Pani czuła jak po wykopkach. To normalne, to przejdzie, proszę mi zaufać. A jakby coś się działo, gdyby ból narastał proszę dzwonić - przyjmę Panią natychmiast, w poniedziałek.
- Basen? Mogę?
- Ależ jak najbardziej!
- Narty, rower, nordic walking, konie?
- Nawet natychmiast! Zaraz po wyjściu ode mnie. Zero przeciwwskazań. I proszę zmienić biustonosz! Jest za ciasny w obwodzie. Może uciskać.
Płacę.
Wychodzę.
Boli jak... no wiecie.
Nie wierzę mu nic a nic!
Ledwo-dochodzę-do-domu.
Po czym - po godzince z okładem - z mój-ci-onym idziemy na spacer.
I pierwszy raz od wielu tygodni spacerowym kurckalopkiem przebiegam spory odcinek z niewielkim tylko bólem - zupelnie innym, jak dotąd.
Bólem... porehabilitacyjnym:)
Dziś robię duże zakupy.
Taszczę ogromne siaty.
Dwie bite godziny ze sporym obciążeniem ganiam po straganach i sklepach.
Czuję się świetnie!
Znaczy boli, ale tak no... powykopkowo:)
P.S. Myślałam, że pewnie dysk, albo i dwa.
Albo może przepuklina jądra miażdżystego...
A tu tylko zaklinowane stawy.
Jak dobrze.
Jeszcze kilka dni i będę jak nowa.
Po raz kolejny doceniam, co to znaczy mieć zdrowe nogi, ręce, oczy, kręgowy słup... móc dźwigać ciężkie siaty i latać bez większego wysiłku.
Pamiętać.
I dziękować Bogu!
Ruch znaczy dla mnie bardzo wiele.
Jest mi niezbędny.
Jak powietrze...
P.S. 2. Biustonosz zmieniłam.
Znaczy kupiłam nowy.
A nawet dwa!
że w kwestii biusthaltera doradcą może mię być natenprzykład o taki ktoś.
Ywentualnie kuleżanka, dobra i życzliwa znaczy się.
Ale żeby Pan Rehabilitant???
No w życiu!
Tymczasem ze względu na wzgląd (vide poprzednia notka), po wcześniejszej wizycie u LPK - czytaj: lekarza pierwszego kontaktu (ostre leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, żołądek płaaaacze!), niewielką poprawę zauważając (doprawdy niewielką) poszłam byłam do Pana Od Rehabu. Samowolnie i samorządnie. I niezależnie takoż.
Wybrałam tego, co ma najlepszą opinię w okolicy.
Znaczy że skuteczny niby i jak się na danym przypadku nie zna albo nieznajomość domniemywa to odsyła do ortopedy/neurologa/na RTG/na rezonans/niepotrzebne wiadomo-co.
No to poszłam.
Najsampierw wywiad. Słowny znaczy.
Poczem palpacyjne badanko.
Ooooo - tu, tu jest obrzęk, th-cośtam (znaczy 8-9-10, stawy międzykręgowe, columna vertebralis w odcinku piersiowem) zasklepione i zablokowane.
Dlatego boli w cholerę.
No to odblokowujem.
Nabrać powietrza-wypuścić powietrze - trrrrach!
Auuuć!
Wskoczyło na miejsce - no widzi Pani? jest super!
(Rwa jego mać - jakbym miała zasięg, tobym gościa walnęła z liścia!)
Po czem riplej.
I kolejne auuuuuć!
I jest suuuuuper - rwa jego mać!!!
Po czem... Pani się odwróci. Bardzo proszę.
Prawą dłoń na lewe ramię, lewą dłoń na prawe ramię.
Proszę ładnie trzymać!
(Pan Rehab z tyłu wchodzi na jakieś tajemnicze schodki, łapie mię za moje naramienne rączki i robi mi COŚ TAKIEGO, po czym widzę wszystkie gwiazdy i nie mogę złapać tchu).
- Oddychać, proszę oddychać! - słyszę.
Staram się. Nie mogę!!!
Po czem łapię.
Pierwszy, drugi, trzeci oddech.
Boli jak... rwysyn.
Pan na mię pacza i mówi:
- Wszystko ok, jest w porządku, tak miało być, słyszy mnie Pani?
Słyszę - słyszę!!!
Co nie zmienia faktu, że mam ochotę tym razem przywalić Panu prawym prostym lub sierpowym, bo liść to już dla mnie za mało.
Na TAKIE KUKU w kręgowy słup.
- Jest ok - mówi Pan. - Proszę ćwiczyć, ruszać się jak najwięcej. A jutro (znaczy dzisiaj) będzie się Pani czuła jak po wykopkach. To normalne, to przejdzie, proszę mi zaufać. A jakby coś się działo, gdyby ból narastał proszę dzwonić - przyjmę Panią natychmiast, w poniedziałek.
- Basen? Mogę?
- Ależ jak najbardziej!
- Narty, rower, nordic walking, konie?
- Nawet natychmiast! Zaraz po wyjściu ode mnie. Zero przeciwwskazań. I proszę zmienić biustonosz! Jest za ciasny w obwodzie. Może uciskać.
Płacę.
Wychodzę.
Boli jak... no wiecie.
Nie wierzę mu nic a nic!
Ledwo-dochodzę-do-domu.
Po czym - po godzince z okładem - z mój-ci-onym idziemy na spacer.
I pierwszy raz od wielu tygodni spacerowym kurckalopkiem przebiegam spory odcinek z niewielkim tylko bólem - zupelnie innym, jak dotąd.
Bólem... porehabilitacyjnym:)
Dziś robię duże zakupy.
Taszczę ogromne siaty.
Dwie bite godziny ze sporym obciążeniem ganiam po straganach i sklepach.
Czuję się świetnie!
Znaczy boli, ale tak no... powykopkowo:)
P.S. Myślałam, że pewnie dysk, albo i dwa.
Albo może przepuklina jądra miażdżystego...
A tu tylko zaklinowane stawy.
Jak dobrze.
Jeszcze kilka dni i będę jak nowa.
Po raz kolejny doceniam, co to znaczy mieć zdrowe nogi, ręce, oczy, kręgowy słup... móc dźwigać ciężkie siaty i latać bez większego wysiłku.
Pamiętać.
I dziękować Bogu!
Ruch znaczy dla mnie bardzo wiele.
Jest mi niezbędny.
Jak powietrze...
P.S. 2. Biustonosz zmieniłam.
Znaczy kupiłam nowy.
A nawet dwa!
poniedziałek, 1 września 2014
No bolą plecy.
Nie chcą przestać, skubane.
Kręgosłup znaczy...
Żołądek mój nie znosi ketonalu, ale błony śluzowe w zdecydowanie innym niż żołądek miejscu jeszcze dają radę.
Zatem idę zapodać sobie lek w jedynie słuszny sposób.
Całą setkę.
Życzcie mi powodzenia.
Bardzo mi potrzebna spokojnie przespana noc...
Kręgosłup znaczy...
Żołądek mój nie znosi ketonalu, ale błony śluzowe w zdecydowanie innym niż żołądek miejscu jeszcze dają radę.
Zatem idę zapodać sobie lek w jedynie słuszny sposób.
Całą setkę.
Życzcie mi powodzenia.
Bardzo mi potrzebna spokojnie przespana noc...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







