niedziela, 23 lutego 2025

Schudzanie

Przez większość mojego życia byłam szczupłą, wysoką dziewczyną/kobietą. Byłam zdrowa, mogłam ubierać się tak, jak chciałam. Jeszcze dziesięć lat temu byłam metabolicznie zdrowa, nauczyłam się pływać i jeździć na nartach, Piękne czasy... :)

Niepostrzeżenie, rok po roku zaczęło być mnie więcej. Po cichu - po wielkiemu cichu! Rozchwiał się mocno mój metabolizm, byłam coraz okrąglejsza, i - nie wiem, jak to się stało - długo tego nie zauważałam. Byłam wciąż dość aktywna fizycznie, jeździłam na rowerze, pracowałam w pocie czoła w ogrodzie. Mimo nadmiaru kilogramów byłam sprawna.

Najgorsze przyszło około dwa lata temu. Jeszcze chodziłam na siłownię, ćwiczyłam z osobistym trenerem, stosowałam różne diety, ćwiczyłam sposoby odchudzania. I nic - nic, ani odrobinę mniej! I wtedy zrozumiałam, że jestem rozwalona metabolicznie, że mój organizm kompletnie nie ogarnia norm związanym z żywieniem. Czułam się koszmarnie, rosło też poczucie winy z powodu tego, co się ze mną stało.

Rok temu w styczniu złamałam kompresyjnie kręgosłup, MRI pokazało też wcześniejsze identyczne złamanie, tylko w innym kręgu. Zaczęłam szukać przyczyn, poprosiłam lekarza o diagnozę osteoporozy - ot tak, żeby ją wykluczyć lub potwierdzić. Równolegle inny lekarz wspomniał, że mogę mieć szpiczaka mnogiego (a fuj!). Kiedy na badaniu densytometrycznym wyszła mi zaawansowana osteoporoza zaczęłam się śmiać z radości, że to nie szpiczak - nie szpiiiiczak!

Rok 2024 był jednym wielkim bólem. Ani leżeć, ani chodzić, ani stać. Wspominam go jak koszmar. Nie dałam rady gotować, kiepsko mi wychodziło sprzątanie. Zamawialiśmy obiady, coby zjeść coś ciepłego. Gotowania zaczął się uczyć MCO, szło mu słabo. Zresztą ubiegły rok i dla niego nie był łatwy, musiał znosić różne dolegliwości związane z chorobami, jakie zostały mu zafundowane.

Rok 2024 był rokiem, w którym moja waga zwiększyła się o 12 kg... Nie obżerałam się, jadłam rozsądnie. Jednak sporo leżałam, baaaardzo mało się ruszałam. Jeszcze nie wiedziałam, na czym polega otyłość i dlaczego ta choroba mnie dopadła. Zaczęłam szukać ratunku, bałam się, że kolejne kilogramy zrobią za mnie inwalidkę. Znalazłam COŚ, ale długo się bałam zastosować tę terapię. Niepokój nie pozwalał mi w nią wejść, na dodatek koszt miesięczny terapii był powalający. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy zdecydowałam, że wchodzę w to.


Odkryłam internetową przychodnię, umówiłam wizytę online. Spotkanie odbyło się w przyjaznej atmosferze, pani doktor przedstawiła mi trzy różne sposoby zmniejszania wagi, wybrałam jeden z nich, pani doktor zaaprobowała, po czym wysłała mnie na badania. Powiedziała, że jeśli wyniki badania krwi będę dobre będzie można wdrożyć leczenie. Śmignęłam więc piernikiem na badania, wyniki były dobre, dowiedziałam się, że mam zdrowe nerki oraz wątrobę, tak samo wyszło z tarczycą, szwankował jedynie lipidogram (za wysokie trójglicerydy). Poczułam się zdrowa jak qń i zgłosiłam się do pani doktor, która przepisała mi następujący lek:


Dawka początkowa była 2,5 mg, do dawki widocznej na zdjęciu jeszcze nie doszłam. Raz w tygodniu robię sobie zastrzyk, po czterech tygodniach otrzymuję kolejną receptę na kolejną dawkę leku. Każda kolejna dawka jest mi przepisywana po wizycie kontrolnej, każdy kolejny krok jest uzgadniany - co, jak i kiedy. Czuję się zaopiekowana :)


Do figury ze zdjęcia jeszcze mi daleko, niemniej szanse są ogromne, że do niej z czasem dotrę. Lekiem, który przyjmuję jest mounjaro (tirzepatyd). Jest on agonistą receprora GIP oraz GLP1. Reguluje proces trawienia, wpływa też mocno na uczucie głodu - zmniejsza je. Jestem niesamowicie zdziwiona, że jem obecnie mniej więcej połowę tego, co kiedyś, a przecież nie obżerałam się. Choćbym chciała nie mogę zjeść więcej, bo jest mi wtedy niedobrze. To uczucie jest tak mocno motywujące, że po prostu nie da się zjeść więcej, bo się wtedy bardzo cierpi.

Zrozumiałam, że muszę mieć za mało hormonów GIP i GLP1, że te niedobory spowodowały, że zaczęłam przybierać na wadze. Obecnie tirzepatyd pięknie to wszystko reguluje. Leczenie będzie trwało aż do skutku, czyli do osiągnięcia takiej wagi, gdzie moje BMI będzie poprawne. Obecnie jest mnie 4 kg mniej, jeszcze ładniej dzieje się z obwodami. Mąż mówi, że wyładniałam, że mam młodszą buzię :-). Cieszę się bardzo. O caluśkiej drodze staram się nie myśleć, cieszę się procesem, raduję się drogą, jaką przed sobą mam. Często myślę o tłuszczu trzewnym, który się właśnie wytapia, czyniąc mnie powoli coraz zdrowszą. Po trzech miesiącach planuję badania kontrolne, jestem bardzo ciekawa wyników.

Napisałam duuuuużo - po części ku pamięci, a także dla Was. Może ktoś potrzebuje pomocy, może macie w rodzinach kogoś cierpiącego na otyłość, może ten obszerny post komuś zwyczajnie się przyda. Dajcie znać w komentarzach, pytajcie, a ja postaram się odpowiedzieć. No i zdrowia Wam życzę - zdrowia metabolicznego, a także zdrowia szeroko pojętego. Specjalne pozdrowienia ślę do Roksanny - trzymaj się kochana z całych sił i zdrowiej nam!

środa, 19 lutego 2025

Wiktor Frankl

"Wiktor E. Frankl był psychiatrą i terapeutą. Pochodził z Austrii, lecz był Żydem. Z tego powodu został uwięziony w obozie koncentracyjnym. Pracował jako psychiatra i neurolog na uniwersytecie w Wiedniu, a także jako profesor logoterapii w American International University w Kalifornii. Logoterapia to innowacyjna koncepcja Frankla. Jej głównym założeniem jest poszukiwanie sensu życia."*

"Książka << Człowiek w poszukiwaniu sensu>> opisuje doświadczenia, jakich jej autor doznał jako więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego. Opowiada w niej, do jak podłych zachowań potrafi doprowadzić człowieka pobyt w tego rodzaju miejscu. Jednak autora zafascynował pewien fenomen. Niektórzy więźniowie Auschwitz i innych obozów nie tracili nadziei, a nawet potrafili zachowywać optymizm w takich sytuacjach. To z kolei wzbudziło takie zainteresowanie Frankla, że postanowił opracować całą metodę psychoterapeutyczną opartą na swoich obozowych przeżyciach. To właśnie temu poświęcona jest druga część książki. Frankl wykłada w niej swoją myśl terapeutyczną. Czyni to jednak w sposób zrozumiały dla szeregowego odbiorcy."**



*, ** - treści zamieszczone w poście są dosłownymi cytatami ze strony "Tania książka". Zdjęcia książek również pochodzą z tej strony.

niedziela, 16 lutego 2025

Czytam, myślę, szukam...

Klik.

Po raz kolejny, nie pamiętam już który. Lubię wracać do książek Viktora Frankla. Karmią duszę. Sycą intelekt. Robią robotę.


Znacie tego niesamowitego psychiatrę? Jeśli nie to serdecznie polecam. Naprawdę warto.

"Wielkie rzeczy nie powstają w wyniku impulsu, a w wyniku poskładania małych rzeczy w jedną całość" - Vincent van Gogh.

środa, 12 lutego 2025

Demotywatory,

czasoumilacze, łotry i gagatki - czyli moje futra :)

Kiedy odeszła nasza sznaucurka bardzo chciałam mieć jeszcze jednego psa. Niestety zgody na to nie wyraził Mój-Ci-On i musiałam się dostosować, bo argumenty miał poważne i jedynie słuszne. Zaczęłam mu zatem wiercić dziurę w brzuchu, coby się zgodził na kota... jednego kota! No i się zgodził na-jednego-kota, wybraliśmy rasę (Maine Coon), podjęliśmy decyzję i się zadziało! Do domu wprowadziła się dama i królowa, odważna i mężna wielce Kofi (nie Coffee, nie Koffee lecz po prostu Kofi, tak w kociej metryce stoi:)


Kofi okazała się być zwierzęciem wielce niezależnym, a mnie po miłości do psa ciężko było pokochać kota... Wypłakiwałam się MCO, że ja chyba kota pokochać nie umiem! I wtedy Kofi ciężko zachorowała, były dwie operacje, trudne leczenie, momentami nawet strach o to, czy zwierzątko przeżyje. Moje serce otworzyło się wtedy i pokochało koteczkę, która paradoksalnie zaczęła się mnie bać i ode mnie odwracać, to ja w końcu byłam tą złą, która ją kłuła i wlewała do jej gardziołka różne paskudne mikstury. Koniec końców to MCO dostał kota, Kofi chętnie przyjmowała z jego rąk pieszczoty, mnie ciągle traktowała jako zło konieczne. 

Po trzech latach mąż dał się naprosić na kolejnego kota, tak, abym ja również mogła mieć kogoś do głaskania i przytulania. W domu zagościł Rudolf, z tej samej hodowli co Kofi. Rudolf okazał się być miziakiem, przytulasem, trochę tchórzem, a trochę cwaniakiem.


Do tego Rudolf pokochał mnie bezgranicznie. Wprowadzany do naszego kocioludzkiego stada został przez Kofi potraktowany warkotem i syczeniem, choć zachowaliśmy zasady socjalizacji z izolacją. W tym trudnym dla Rudka i Kofi okresie wzięłam kilka dni urlopu, żeby jakoś ogarnąć domową sytuację. Czas poświęcony futrom w tym okresie okazał się bezcenny, Kofi przestała warczeć i syczeć, Rudolf się zaadaptował w swoim nowym domu; po kilku dniach Kofi zrobiła sobie z Rudka swojego synka, a po osiągnięciu trzech lat życia chłopak stoczył "walkę o niepodległość" i w ten sposób uniezależnił się od swojej przybranej mamy:)))


Moje dwa koteły mają się dobrze, każdy z nich ma swój drapak (tu zgodnie wespół wzespół okupują jeden z nich). Żyją w miarę zgodnie, choć czasem pióra lecą, a z kocich gardeł wydobywają się syki i warkoty. Psychika kotów rasy Maine Coon jest bardzo ciekawa, to są w zasadzie kotopsy - łażą za człowiekiem, domagają się bliskości, komunikują swoje potrzeby, gadają. Kofi waży 12 kilogramów, Rudek nieco powyżej 10 kilogramów. Odkąd karmię moje futra wysokomięsną mokrą karmą koty zupełnie nie chorują. Do każdej porcji jedzenia dolewam każdemu z nich porcję wody, która zostaje pochłonięta razem z jedzeniem. Raz w tygodniu zwierzaki dostają żółtko, w ciągu doby pochłaniają 800 gram karmy.


czwartek, 6 lutego 2025

Pitu pitu

Przeziębienie gilowe w styczniu przyszło i w styczniu je pożegnałam. Na szczęście spokojnie było, nie to co rok temu, kiedy złamałam krąg piersiowy. Och wtedy siedziałosiedziałoooo! Dobrze wiedzieć, że może być gorzej i z cierpliwością nabytą niedogodności znosić.

Osteo w procesie, się leczy, skutki punktowo wyeliminowane, przyczyn szukamy cały czas. Niekoniecznie są do odnalezienia, te przyczyny.

Dzisiaj Doroty, będzie świętowanie, polubiłam łyskiii, będzie świętowanie z menżem przy łyski :)))


Wczoraj byli goście, bratanica z mężem i dziećmi. To ona straciła swoje pierwsze dziecko (córeczka, zmarła w jej łonie w ósmym miesiącu ciąży). Dziś ma dwóch synków, jeden pięcioletni, drugi roczniak, cudne dzieciaki z ogromniastymi oczami.

Życie bywa nieprzewidywalne że och, trzeba to jakoś brać na klatę. Pewną przewidywalnością jest emerytura Mój-Ci-Onego, to już niedługo, czekam bardzo. Emerytura menża będzie znacznym dochodem w naszym budżecie. Niech już to się stanie, jeszcze kilkanaście dni. Wyczymię.

Zatem oddalam się z gracją świętować, pyszczycho imieninowo całować możecie, nie obrażę się, będzie mię miło straszniśśśśście! :***

P.S.Edycja - oraz dostałam kwiaty, których zdjęcia tu zamieszczam :)




wtorek, 4 lutego 2025

Nie milijony

lecz tysiące. Trochę okrągłe:) Około 15.50.


Teraz sięgam po sześć ósemek:)

 

czwartek, 2 stycznia 2025

Spóźniona

o 2024 roku.

Początek stycznia 2024 wita nas arcyciężką grypą. Pierwszy raz w życiu mam ochotę odstrzelić sobie obolałą głowę. Ból nie daje się uśmierzyć nijakimi prochami. Chorujemy wszyscy, ostatnia zaczyna chorować mama.

Którejś nocy mama przewraca się w przedpokoju, próbuję ją podnieść, lekkie szarpnięcie powoduje silny ból w odcinku piersiowym mojego kręgosłupa. Równolegle Mój-Ci-On nabawia się rwy kulszowej. Pierwszy raz doświadczamy tak silnej niemocy. Nie jesteśmy w stanie zająć się sobą samymi, z trudem możemy pomóc sobie nawzajem. Jeszcze nie wiem, że moje styczniowe doświadczenie przełoży się na coś o wiele większego.

MCO szuka pomocy u lekarzy, otrzymuje ją, ale rwa nie chce się dać opanować. ja też szukam - neurolog, rezonans, opis, znów neurolog. Wstępna diagnoza - świeże złamanie kompresyjne jednego z kręgów piersiowych, stan po wcześniejszym złamaniu innego kręgu piersiowego. Było coś, faktycznie coś było! Ogarnęłam to sama, bolało, ale się zrosło. Neurolog rozkłada ręce, ja już pani nie pomogę, zgadza się z moimi podejrzeniami, że trzeba by diagnozować dalej, w kierunku osteoporozy. Od innego lekarza słyszę, że to może być również szpiczak mnogi. No cuuuuuudnie...

W maju robię densytometrię, stoi jak wół, że mocno zaawansowana osteoporoza, śmieję się jak głupia po  skończonym badaniu, że to nie szpiczak, nie szpiczak, a przecież mógł być.

MCO w międzyczasie odżywa, leczenie przynosi skutek. Ja cierpię na silne bóle ramion, bóle w odcinku piersiowym kręgosłupa oraz w odcinku lędźwiowym. Nie jestem w stanie sprzątać, gotować, robić zakupy, pracować w ogrodzie. Z trudnością przemieszczam się po domu. Jemy obiady zamówione gdzieś na mieście bądź gotowce kupione w marketach, zakupy robi MCO, tak jak umie ogarnia też chałupę. Ogród zarasta. Choroba i jej skutki wybijają mnie z mojego wiosenno - letniego rytmu - kopanie, sadzenie, sianie, zbiory i przetwory. Cierpię z tego powodu bardzo.

W czerwcu 2024 mam wizytę u ortopedy. Wizyta w ramach tzw. programu, czas dla pacjenta - 3 minuty. Na pani pytania nie odpowiem, nie mam na to czasu, wypisuję lek, proszę też brać wapń, do widzenia. Leczenie przepisane przez doktora jest tak agresywne, że obawiam się je rozpocząć. Mogę sobie pomóc, a mogę też zaszkodzić. Mamy w rodzinie kilka tak trudnych przypadków w temacie leczenia konwencjonalnego (mój ojciec, moja mama, mój mąż, ja), że nieufność do tej medycyny zapisała się mocno w naszym rodzinnym DNA.

Zaczynam powoli chodzić na krótkie spacery, głównie z kijami nordic walking. Do tego oczywiście dwie saszetki Nimesilu, bez niego nie daję rady. Bardzo powolutku mój stan się poprawia na tyle, że mogę już czasem coś ugotować i nie umrzeć z bólu. W międzyczasie robię wszystkie badania, wyniki mam dobre. Nowy lek konsultuję jeszcze z dwoma lekarzami - rodzinnym i reumatologiem. każdy mówi "brać"! Ja leku nie biorę. Samo niebranie jednak sprawy nie rozwiązuje. Potrzebuję pomocy. Nieleczenie się nijak mojego stanu nie poprawia. No i w każdej chwili mogę się połamać, choć uważam bardzo.

W listopadzie 2024 jadę do Wrocławia do nowego lekarza na ostatnią już osteoporotyczną konsultację. Jadę do lekarza, który uratował mi brata, który ma do pacjentów podejście holistyczne. Mówię doktorowi, że jest moim lekarzem ostatniego kontaktu, on się śmieje, że ostatni to jest raczej patomorfolog :)

- Doktorze, czy ja mam brać ten lek?

- A czytała pani ulotkę?

- Czytałam.

- I co pani o tym myśli?

- Nie chcę brać tego leku.

- To niech się pani tego trzyma.

Poczułam, jak schodzi ze mnie powietrze. Doktor jak nie doktor - zalecił odpowiednią dietę (w moim przypadku jest to dieta antyhistaminowa), zapisał masę cennych suplementów i witamin, które mają mi pomóc uporządkować metabolizm (jest mnie ździebko za dużo) oraz zacząć mnie odżywiać na poziomie komórkowym. Powiedział, że za około dwóch lat powinnam mieć temat ogarnięty. Widzimy się 10 stycznia, ja już czuję się lepiej (znacznie zmniejszyły się dolegliwości bólowe, lepszy jest również mój stan emocjonalny). Ciekawa jestem kontynuacji mojego leczenia.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Rok za rokiem...

Wspominam 2018. Rok 2018. Najtrudniejszy rok w moim życiu.

W styczniu 2018 roku po trzymiesięcznym wypowiedzeniu odchodzę z pracy. Do emerytury mam jeszcze kawałek, niemniej w pracy mojej nie da się już wytrzymać. W porę pojęłam, że czeka mnie albo psychiatryk albo lądowanie w pierdlu, z rozemocjonowaną i niestabilną nową dyrekcją nie jestem w stanie się dogadać. W swoim życiu zawodowym przeżyłam różnych dyrektorów całkiem sporo, z tym jednym człowiekiem współpracować nie mogę. Na dodatek w 2017 roku nękają nas liczne kontrole - ZUS, skarbówka, RIO, organ nadrzędny i na deser - NIK! Mam porządek w papierach, niemniej takie nagromadzenie kontroli generuje stres, pożera mnóstwo czasu i nie pozwala wydajnie wykonywać bieżących obowiązków.

Za pracą nie tęsknię, czuję ulgę, decyzja była świadoma i podjęta wspólnie z mężem. Niemniej zmiana to w życiu ogromna.

W lutym tegoż roku w łonie mojej bratanicy umiera znienacka pierwsze dziecko, córeczka, w ósmym miesiącu życia płodowego, uduszona pępowiną. Ciąża idealna, monitorowana, zadbana. Nikt się nie spodziewał. Wszyscy jesteśmy w szoku. Rodzice dziecka w największym...

W czerwcu 2018 moją mamę dopada znienacka udar niedokrwienny. O 9.00 wsiadam na rower, jadę do rodziców sadzić kwiatki, O 9.15 jestem na miejscu, mama traci równowagę, widzi podwójnie. Jedziemy na SOR, biegiem, krzyczę że udar, mama dostaje łóżko, w ciągu godziny sytuacja jest opanowana. Mama na tydzień ląduje w szpitalu, ja doglądam taty, bo sam nie powinien być.

W lipcu i sierpniu tegoż roku rodzice mają planowane zabiegi usunięcia zaćmy, zabiegi się odbywają, towarzyszę im non stop, pomagam w pielęgnacji poszpitalnej. Sprzątam, gotuję, poczyniam zakupy wszelakie.

W listopadzie 2018 zięć ma bardzo niebezpieczny wypadek w pracy, spada ze sporej wysokości na plecy. Badania, diagnoza - na szczęście nic wielkiego się nie podziało, niemniej stres był ogromny. Kilka dni oddychamy z ulgą.

Z końcem listopada na OIOM-ie ląduje zięciowy ojciec. Sprawy mają się poważnie, ojciec zięcia umiera po kilku dniach nie odzyskawszy przytomności. Jeszcze nie wiemy, że za chwilę pojawi się kolejny temat, kolejne zdarzenie, które ponownie zaważy na naszym życiu.

Ostatniego listopada kiepsko zaczyna się czuć mój tato. Boli go żołądek. Dostaje skierowanie do szpitala, jest obolały, ma wysoką gorączkę. Jedzie na oddział. Jestem przy nim ile tylko mogę, dziś sumienie mi wyrzuca, że za mało, że mogłam więcej i dłużej... Tato jest leczony silnymi antybiotykami, które bardzo go osłabiają. Pacjenta szpital wypisuje około 5 grudnia, w wypisie jak wół stoi "w stanie ogólnym dobrym".

Ten wypis bardzo mi się kłóci z biegiem następujących po nim zdarzeń. Mój schorowany wielonarządowo tato z dnia na dzień słabnie coraz bardziej, dyżurujemy przy nim z mamą na zmianę. Towarzyszy nam kilkakrotnie cudowna pielęgniarka, pomaga w opiece i udziela właściwych informacji. Lekarz rodzinny wezwany do taty 19 grudnia mówi, że wszystko jest ok, zakłada tacie cewnik. Pielęgniarka mówi, że serce jest bardzo słabe i że można się spodziewać wszystkiego... około godziny 15.00 tato wchodzi w agonię, o 19.00 oświadcza: "ja umieram", o 20.00 bierze ostatni wdech i wszystko zamiera...

Pogrzeb mieliśmy 24 grudnia, w Wigilię Bożego Narodzenia. Stół zastawili nam obficie przyjaciele. Traumy nijakiej nie mamy.

Odwracając się za siebie w tym 2018 roku pojęłam, że gdybym znała jego przebieg nie udźwignęłabym tego, co ze sobą niósł. A ponieważ przyszłości nie znałam, mogłam krok po kroku przeżyć to, co przyniosło życie. Dałam radę to udźwignąć. No i mogłam być z moimi najbliższymi, bo już nie pracowałam...

Jutro opiszę rok 2024.

sobota, 28 grudnia 2024

Dobry, dobry to czas -

- albowiem tegoroczne Święta Bożego Narodzenia pełne są pięknej, słonecznej pogody. Maszerujemy ile tylko się da, a się nie da długich spacerów uskuteczniać. To ja jestem spowalniaczeniem i ogranicznikiem, aczkolwiek każdy wybierający się ze mną na na spacer wie, na co się pisze.

Zatem słońce świeci, wiatru nijakiego nie ma, plus około zero Pana Celsjusza, co przy pełnym słońcu daje nam piękną, radosną w ciągu dnia pogodę.

Córka z mężem jadą dziś oglądać dorodnego nissana kaszkaja (2015 rocznik, 120 000 km przebiegu), może im wystarczy kasy, a jeśli nie, to jakoś to załatwimy.

Mój-Ci-On wyjechany do mamy, mamę trzeba odwiedzać, ma swoje późne już lata, potrzebuje się widzieć z MCO i z jego bratem. Zatem ja zostałam ze swoją mamą, mamy nasze w jednakim są wieku (88 lat), nie bardzo już się im samym zostawać powinno. Bywa, że nie jest łatwo ten tryb ogarnąć. Cenię sobie zatem, gdy mię MCO bądź z któreś z dziecek naszych ze smyczy spuszczają. Mogę wtedy wybyć bądź w trybie pieszym, bądź też w trybie wyjezdnym. Każdy z rzeczonych wiele mię daje radości :)

Pozostaję z nadzieją, że Mój-Ci-On na rychłą emeryturę przechodzon pozwoli mię pohasać na wolności, wraz z moją mamą pozostając jako opiekun. Nadzieja ma jest już w terminy konkretne ubrana, nadziei mej lipiec miesiącem się roi, pozostańmy zatem w tych lipcowych terminach trzymając się nadziei, że się one spełnią!

czwartek, 26 grudnia 2024

Świętujemy

W Wigilię Bożego Narodzenia - oprócz Wieczerzy i życzeń - się obdarowaliśmy 💑 

Wnuk i jego ukochana zostali obsypani kasą, córka z mężem kasą większą będącą załącznikiem do książki, mama dostała książki i własnoręcznie przez jej wnuczkę, a moją córkę upieczone beziki (ograniczenia dietetyczne mamy pozwalają jej na spożywanie produktów z Wyjątkowo Pewnych Źródeł).

Wczoraj nasze świętowanie to Msza Święta (nie byłam od miesięcy, zdrowie nie pozwalało), spacer godzinny zepsem córkowym w cudnym słońcu oraz wieczorny "Kevin w Nowym Yorku". Parsknęliśmy śmiechem jak jeden mąż, gdy pod koniec filmu podczas sceny pukania w drzwi pies zawołał:" Ołołołołoooooooł!"

Albowiem dokładnie tak samo szczeka wówczas, kiedy w drzwi piesa domowe ktoś znienacka zapuka 😀😀😃



wtorek, 24 grudnia 2024

Wigilia

Bożego Narodzenia.

Od kilkunastu już lat nie organizuję Świąt sama. Do pewnego czasu mocno angażowała się moja mama, później nie miała już sił i wtedy mi było najtrudniej. Teraz, od kilku lat głównym organizatorem oraz głównodowodzącym jest córka, wspólnie omawiamy kto, co i jak - i działamy. Ciekawe, że co roku przygotowujemy coraz mniej i co roku nam coraz więcej po Świętach zostaje :)

W tym roku w przygotowania zaangażował się również wnuk i jego dziewczyna, stół szykuje się zastawiony mocno i gęsto, ponieważ młodzi wprowadzają lubiane przez siebie potrawy. Będzie się działo i będzie się jadło. 


Wszystkim tu zaglądającym błogosławionych Świąt, łask wszelakich od Narodzonego, spokoju, radości i wszelkiej obfitości.



P.S. Dziś 6 rocznica pogrzebu mojego Taty. Tak, mój Tato odszedł w grudniu, a pogrzebany został właśnie w Wigilię Bożego Narodzenia. Dajemy radę, świętujemy radośnie, czasem tylko ktoś się zamyśli i łezkę otrze.

No i dziś, pierwsza od kilku lat Wigilia bez syna. Czasem musi tak być, powtarzam sobie. Czasem musi. Na szczęście mamy siebie na łączach telefonicznych, ile fabryka dała.
Czasem musi tak być.

niedziela, 22 grudnia 2024

Urodziłam Cię

właśnie 22 grudnia, córeczko. Moje drugie dziecko, upragniona po synku dziewczynka. Dziś niedziela, możemy poświętować Twoje urodziny, nie każdy rok jest nam tak łaskawy. Bo kiedy 22 grudnia wypada w dzień roboczy wtedy ciężko pracujesz i na świętowanie nie masz już czasu ni chęci.

W prezencie dostałaś pieniądze (zbierasz kasę na coś większego) oraz ciepłą "bloozie" w duże truskawy, która ogromnie Ci się spodobała :) Rzadko się zdarza aż tak trafić z prezentem dla kogoś bliskiego. Bardzo się cieszę. Bardzo bardzo. 

Póki co - uszka świąteczne mamy już nalepione 😃😃😃